Ile zostanie z obietnic wyborczych

Z dr Ireną Kowalską, demografem ze Szkoły Głównej Handlowej, rozmawia
Paulina Gajkowska

Ostatnie dane GUS wskazują na pierwszy od 2006 roku ujemny przyrost
naturalny. W pierwszym półroczu urodziło się w Polsce 192,2 tys. dzieci, a
zmarło w tym czasie 194,2 tys. osób. Te badania mogą nas już poważnie niepokoić?

– Przed wyborami po raz kolejny sięga się do danych demograficznych o obecnej
sytuacji demograficznej kraju oraz perspektywach rozwoju ludnościowego. Kolejny
raz odkrywamy Amerykę, słysząc komunikat Głównego Urzędu Statystycznego o
istotnej redukcji liczby dzieci, które przyszły na świat w pierwszej połowie
bieżącego roku, o czynnikach, jakie ją determinują, i oczekiwanych
konsekwencjach zmian liczby i struktury ludności w niedalekiej przyszłości.
Tymczasem od lat jesteśmy świadomi tego, że demograficzny boom zakończył się w
1983 r. maksymalną liczbą urodzeń równą 723,6 tys., a w kolejnych latach – poza
nielicznymi, jednorazowymi wyjątkami – przychodziło na świat coraz mniej dzieci.
W 2010 r. zanotowano 413,3 tys. urodzeń, tj. o 4,3 mniej w wyrażeniu absolutnym
oraz o 1 proc. w wyrażeniu względnym w relacji do roku poprzedniego, a
odpowiednio o 310,3 tys. oraz o 42,9 proc. mniej w stosunku do stanu w roku
1983.
Dzisiaj najstarsze dzieci urodzone w latach boomu demograficznego kończą 28 lat
i jest to wiek, w którym znaczna część ogółu kobiet, posiadających jedno lub
dwoje dzieci, rezygnuje z dalszego powiększania rodziny. Wobec tego z
demograficznego punktu widzenia trudno oczekiwać pozytywnych zmian w trendach
liczby urodzeń.

Jednak realny problem niskiego wskaźnika urodzeń istnieje…
– Bliska perspektywa wyborów do Sejmu i Senatu nadaje problemowi rozwoju
demograficznego znaczącą rangę. W podejmowanych przedwyborczych debatach
podkreślany jest postęp w działaniach polityki prorodzinnej, wdrażanej od 2007
r., oraz wskazuje się jej braki. Kolejny raz obiecywany jest postęp w
wychodzeniu naprzeciw potrzebom rodziny, wspieranie rodziny w opiece nad
dzieckiem, umożliwienie rodzicom godzenia obowiązków zawodowych z rodzinnymi,
słowem – niemal wszystko, czego oczekują.
Czy potencjalni kandydaci do małżeństwa i rodzicielstwa uwierzą w te obietnice,
trudno orzec. A jeśli nawet uwierzą, trudno łudzić się, by ich zachowania
zdołały wyrównać braki w zachowaniu właściwych proporcji w rozwoju
społeczno-demograficznym i ekonomicznym kraju.

Co może odwrócić ten trend?
– Wskaźniki demograficzne jednoznacznie wskazują, że nie zanosi się na zmianę
sygnalizowanej od lat perspektywy znaczącej nadwyżki osób niepracujących, a
wśród nich licznej grupy osób starszych i sędziwych, nad populacją osób
pracujących. Mimo znaczącej wagi nadawanej rodzicielstwu w naszym społeczeństwie
oceny dotychczasowych, obiecujących, ale rzadko wdrażanych pomysłów wspomagania
młodych małżonków, którzy chcieliby mieć dzieci, nie wróżą pomyślnego
scenariusza nagłego wzrostu liczby urodzeń.

Z czego to wynika?
– Moda na wolne związki, obawa przed brakiem miejsca pracy lub jej utratą,
niemożliwe do pokonania bariery dostępu do przedszkoli, brak wzorców pożądanego
wychowania dzieci i młodzieży oraz zagrożenia młodego pokolenia zniechęcają do
tworzenia rodzin opartych na małżeństwie otwartym na dzieci, mimo że – według
wyników różnych sondaży – pełna rodzina z dziećmi wciąż znajduje się na wysokim
miejscu w systemie norm i wartości naszego społeczeństwa. Sama chęć posiadania
rodziny nie wystarczy, by ją założyć, powiększać, a nade wszystko szanować.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj