Gubi nas dwuznaczność

Z mec. Piotrem Ł. Andrzejewskim, wieloletnim senatorem RP, rozmawia
Małgorzata Rutkowska

W ramach powyborczych remanentów pada pytanie: czy Prawo i Sprawiedliwość
jest zdolne skutecznie reprezentować wyborców prawicowych i wygrywać wybory.
Szósta z rzędu porażka zaniepokoiła Pana?

– Po pierwsze, nie uważam – przy tym stanie umysłów w Polsce, żeby była to
przegrana Prawa i Sprawiedliwości. Nie należy rozpatrywać w kategorii zawodów
partyjnych tego, co niesie za sobą każdorazowa rzekoma porażka partii. PiS nie
jest partią władzy, jest partią budowania IV RP.

To nie wyklucza, że dąży do objęcia rządów.
– Nie dla samej władzy. Przynajmniej większość tych, do których i ja należę,
uważa, że PiS ma trochę inny horyzont niż doraźne wybory. To tylko środek do
celu, jakim jest przekształcenie Polski w państwo praworządne, chrześcijańskie i
solidarnościowe. I w tym kierunku krok po kroku zmierzamy.

Dlaczego ta wizja nie znajduje przełożenia na głosy?
– Poza wyborcami Prawa i Sprawiedliwości Polacy uważają dziś, że nie zasługują
na więcej. Coś się buduje, coś da Unia… Panuje powszechny pogląd, że nikt nie
powinien nam przeszkadzać w taplaniu się we własnym ciepełku. Do tego zmierzała
socjotechnika stosowana od 1989 r., która miała na celu obniżyć samoocenę Polski
i polskości, a potem dowartościować postawy egoistycznych dążeń i aspiracji
materialnych.

Nie dostrzega Pan niedostatków i błędów po stronie PiS, np. w przekazie do
społeczeństwa?

– To jest osobny problem. Na pewno pojawia się pytanie, czy zastosowano
wszystkie właściwe środki w komunikacji społecznej. W ostatnim okresie Prawo i
Sprawiedliwość trzeba porównać do zamkniętej, okopanej twierdzy, która broni
swoich pozycji, bo jest otoczona przez czerń luzactwa i nie ma przełożenia na
pospolite ruszenie. Chodzi też o inny sposób uprawiania polityki – rozumianej
nie jako walka, ale troska o dobro wspólne.

To ważna uwaga, bo "zatroskani" o PiS mówią o demokratyzacji, popełnionych
błędach. Jakie zmiany powinny być przeprowadzone, by partia pociągnęła za sobą
wyborców?

– Wydaje mi się, że to, co było dostrzegane jako mankament, dziś jest traktowane
jako wyzwanie na przyszłość, mianowicie wspieranie ruchów wspólnotowych, np. w
samorządzie gospodarczym, zawodowym. Są przecież Kluby Służby Niepodległości,
Kluby Obrony Dobrego Imienia Polski i wiele innych inicjatyw, ale nie stworzono
z nich jednolitej sieci. Powiązanie PiS z tymi grupami sprawiłoby, że program
pozytywny, który nie może się przebić do społeczeństwa, będzie dominować nad
programem walki, który narzucany nam jest z zewnątrz. Dlatego jestem za
tworzeniem solidarnościowych komitetów obywatelskich, gdzie członkowie PiS mogą
odgrywać rolę decydującą i w jakimś sensie wspierać ludzi aktywnych, którzy chcą
wyjść z kręgu samozadowolenia w kierunku dobra wspólnego.

W ten sposób uda się zakończyć wyniszczającą życie publiczne wojnę
polsko-polską?

– To nie jest wojna polsko-polska. Bo na czym polega dziś polityka? Na kreowaniu
ciągle nowego konfliktu, który przesłania problemy, z jakimi rządzący nie
potrafią sobie poradzić, a potem na zarządzaniu tym konfliktem. Typowa była
agrawacja, czyli wyolbrzymienie i przeinaczenie słów Jarosława Kaczyńskiego o
Angeli Merkel.

Książka "Polska naszych marzeń" dostarczyła amunicji, prezes PiS sam to
przyznał.

– Nie, ta książka nie dostarczyła argumentów, tylko opaczna interpretacja
wypowiedzi, z której to nie wynikało. Dajemy sobie ciągle narzucić rolę w tej
rozgrywce politycznej. Psy szczekają, karawana idzie dalej – taki powinien być
dzisiaj program działań PiS.

A może partie polityczne stają się przebrzmiałą strukturą? Czy nie powinny
zostać zastąpione właśnie przez ruchy społeczne?

– Nie, partia jest absolutnie niezbędna, bo ktoś musi koordynować wzajemną
łączność wspólnot skupionych wokół partykularnych celów na rzecz dobra wspólnego
i zarządzać strukturą.

To ma być partia mała, kadrowa czy raczej szeroka, wielonurtowa, z silnymi
skrzydłami?

– Jedno drugiego nie wyklucza. Dzisiaj pada wezwanie: wszystkie ręce na pokład,
ale wszystkie ręce będą bezużyteczne bez absolutnego posłuszeństwa kapitanowi,
który kieruje okrętem podczas sztormu. W związku z tym nie ma alternatywy dla
przywództwa Jarosława Kaczyńskiego. To autentyczny, decyzyjny, odpowiedzialny,
etyczny, mocny przywódca, i drugiego takiego w tej chwili nie ma. W sytuacji, w
jakiej się znajdujemy, nie można dyskutować o wewnętrznych rozwiązaniach i
podważać autorytet kapitana. Natomiast na pewno ten okręt, którym jest PiS,
powinien torować drogę wszystkim innym małym jednostkom, by mogły one stworzyć
flotyllę, która zmieni obraz toczącej się batalii.

Dostrzega Pan w obecnym kierownictwie PiS chęć otwarcia się na nowe
środowiska?

– Młode pokolenie zasklepiło się w swoich indywidualnych celach. Została
obrzydzona im polityka jako gra partyjnych układów i interesików, gdzie ten, kto
wygrywa, bierze wszystko. Natomiast oferta PiS powinna być inna. Musi nastąpić
ucieczka do przodu, wyjście do innych. Dlatego nie szukajmy rozliczeń, ale
aktywności, pobudzenia ducha społecznego. To, co reprezentuje PiS, to trwały
fundament, który wcześniej czy później będzie podstawą budowy autentycznych, a
nie instrumentalnych, obliczonych tylko na doraźny sukces postaw.

Kiedy rządziło PiS, obrona fundamentalnych wartości nie znajdowała wsparcia w
partii, że przypomnę sprawę obrony życia, traktatu lizbońskiego. Po odejściu
Marka Jurka partia przestała być azymutem dla wyborców konserwatywnych.

– Tak, ma pani rację, to jest grzech zaniechania, za który dzisiaj płacimy. Nie
tylko za ten jeden. Mój patron i przyjaciel mec. Władysław Siła-Nowicki mówił
mi, gdy zaczynałem swoją działalność jako adwokat: "Pamiętaj, Piotrze, bój się
ludzi, którzy za wszelką cenę chcą się wszystkim podobać i zbudować karierę,
usiłując wszystko ze wszystkim pogodzić". Dlatego trzeba dzisiaj odwołać się do
pryncypialnych postaw, odnaleźć jednocześnie szacunek dla ludzi, którzy budują
swoje postawy w oparciu o inne wartości niż tylko elastyczność polityczna.

Jak Pan to widzi w praktyce?
– Widzę to ciągle jako otwartą dłoń do konfederacji ze wszystkimi zmierzającymi
do tego samego celu, tj. Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka, PJN,
Solidarnością Wiejską i innymi organizacjami. To nie musi być jedna partia, ale
wspólny ruch, reprezentacja wszystkich organizacji. Realizm polityczny nakazuje
się zjednoczyć w konfederację, a nie nawzajem osłabiać swoje pozycje.
Wyrozumiałość dla frakcji, innych partii prawicowych czy tych, którzy odeszli z
PiS, jest potrzebą chwili. Nasza siła powinna być nie tylko w twardości postawy
i posłuszeństwu w ramach struktur ściśle partyjnych, ale równocześnie w dużej
wyrozumiałości dla tych, którzy inaczej widzą świat. My nie musimy mieć racji,
ale mamy swoje poglądy, które dają nam poczucie, że służymy wartościom, które
warto, by były naszymi drogowskazami.

Jeżeli powstanie kilka partii, to będzie powrót do początku lat 90., gdy
prawicowe ugrupowania toczyły bratobójcze walki – ze znanym skutkiem.

– Nie chciałbym powtórzyć błędu AWS, która była pospolitym ruszeniem dla
osiągnięcia celów wyborczych i nie przekształciła się nigdy w jakiś poważniejszy
ruch, w partię. Natomiast teraz jest czas nie tylko na refleksję, na czym mamy
budować, w jaki sposób, ale też jakie kompromisy strukturalno-organizacyjne
należy zastosować, aby być razem. Prawica w Polsce, jak pokazuje tradycja, z
reguły się dzieli. Być może potrzeba jeszcze większego kryzysu społecznego i
materialnego, żeby zmusić tych wszystkich, którzy uważają, że tylko oni mają
rację, reprezentują jedynie słuszne poglądy, do tego, by tak prowadzili swoje
działania, żeby cokolwiek z nich można było wspólnie wprowadzić w życie. Jednym
słowem, trzeba bardzo pryncypialnie patrzeć na rzeczywistość, ale elastycznie
reagować. Przypominam sobie, co kiedyś w prywatnej rozmowie usłyszałem od ks.
Jerzego Popiełuszki: "Nie trzeba wielu, żeby reprezentować postawy, które
uważamy za godne naśladowania. Gdy będziemy je wcielać w życie, przyjdzie czas,
że inni pójdą za nami". To jest dyrektywa na przyszłość.

Jak Pan zdefiniuje warunki brzegowe dla takiej szerokiej współpracy?
– W każdym środowisku należy rejestrować kontakty, informacje o ruchach
lokalnych i w nie wchodzić. Tam, gdzie mamy posłów, senatorów, każdy z nich
powinien się znaleźć w tych wspólnotach, ale nie jako przedstawiciel struktur
partyjnych czy klubu parlamentarnego, ale jako obywatel, który wnosi wartości,
którym służy PiS. Prędzej czy później te wspólnoty przekonają się, kto ich
skutecznie ma reprezentować. Na pewno PiS nie może być dwuznaczne czy
kunktatorskie w zakresie stosowanych środków.

Wiele osób nie chce być w getcie wiecznej opozycji.
– To niech idą do Platformy Obywatelskiej, do partii władzy! Będzie nas mniej,
ale za to będziemy bardziej zdecydowani, czyści, jaśni. Nie na ilości polega
siła PiS, tylko na tym, co się myśli i jak się działa. A jeżeli chcemy tylko iść
po władzę, to mnie nie po drodze z taką formacją partyjną.

Pan był zawsze osobą bezpartyjną, akcentując przede wszystkim sprawy ideowe.
– Ale jestem też praktykiem. Prowadziłem dziesiątki, jeżeli nie setki
interwencji, spraw, obron wspaniałych ludzi – wydaje mi się, że ten bilans
osobisty czy wspólnoty, do której się należy, jest dużo większy, niż to, czy się
jest w jednej kadencji posłem czy senatorem. Każdy z nas w swoim sumieniu, tak
samo Jarosław Kaczyński, jest wygrany.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj