Głód w oczach dziecka

Mieszkańców popegeerowskich wsi na północy Polski denerwują ekipy
telewizyjne, które chcąc pokazać ich życie, filmują kilku pijanych mężczyzn pod
sklepem. To, według nich, bardzo uproszczony i niesprawiedliwy obraz,
nieprzedstawiający prawdziwych problemów tamtych regionów, jedynie jeden z ich
objawów. Bo rzeczywistość najbardziej wymownie opisuje los dzieci, dla których
darmowy obiad w szkole to często jedyny posiłek w ciągu dnia, oraz ich rodziców,
którzy zrezygnowani mówią wprost, że świat o nich zapomniał. A swoim dzieciom
życzą, żeby jak najszybciej stąd wyjechały.

Kiedy wreszcie będzie obiad?
Warmińsko-Mazurskie to jeden z tych regionów, gdzie wskaźniki zagrożenia
ubóstwem są najwyższe. Od kiedy zlikwidowano PGR-y, szaleje tam bezrobocie. W
szkołach nawet 90 proc. uczniów korzysta z dożywiania finansowanego przez Gminne
Ośrodki Pomocy Społecznej. Często jest to dla nich jedyny posiłek. Nauczyciele
mówią, że niektóre dzieci przychodzą do szkoły bez śniadania i wprost nie mogą
doczekać się obiadu. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek skupieniu w czasie lekcji.
– To przecież normalne. Przecież nikt, kto jest głodny, nie będzie dobrze
pracował – przyznają. W miarę swoich możliwości szkoły dbają o to, aby dzieci
otrzymywały pełnowartościowy, dwudaniowy obiad, a jeśli to możliwe, również
deser.
Pani Elżbieta jest wdową. W ogóle jakoś dużo wdów w wieku 50-60 lat jest w tym
rejonie. Dlaczego mężczyźni tak szybko umierają? Może z powodu niezdrowego trybu
życia i kiepskiego dostępu do opieki zdrowotnej. A może to brak nadziei na
lepszą przyszłość i ciągły stres o przeżycie każdego następnego dnia tak skraca
życie. W każdym razie pani Elżbieta już dziesięć lat sama wychowuje czworo
dzieci w wieku od 13 do 19 lat. Wszystkie korzystają z darmowych obiadów. –
Dzieci przynajmniej w szkole zjedzą porządny obiad. Bo w domu jest z tym nieraz
bardzo ciężko – wzdycha. Jej miesięczny budżet domowy składa się z renty w
wysokości 740 zł i zasiłku rodzinnego wynoszącego 91 zł na jedno dziecko. – Po
zapłaceniu rachunków za mieszkanie, prąd, wodę i gaz pozostaje 300 zł – wylicza
pani Elżbieta. Czy da się z tego przeżyć? – Idzie się do sąsiadów po pożyczkę i
żyje dalej – odpowiada. Zaznacza, że trochę pomocy otrzymuje również z Caritas.

Kiedy pani Elżbieta kupuje jedzenie, to jedynym kryterium jest cena. – W sklepie
kupuję najtańszą żywność, jaka tylko może być. Często na zeszyt. W końcu dzieci
trzeba czymś nakarmić – opowiada. Tak więc w skład żelaznego domowego menu
wchodzą m.in. pasztety, ziemniaki, którymi – jak mówi – najlepiej i najtaniej
zaspokoić głód, a od święta jakiś kawałek wędliny. – Ciężkie czasy nastały, a
będzie jeszcze gorzej – przewiduje pani Elżbieta. Zapytana o przyszłość swoich
dzieci odpowiada zdecydowanie: – Niech uciekają stąd jak najdalej. Bo co do
przyszłości miejsca, w którym mieszka, nie ma żadnych wątpliwości: – Za
pięćdziesiąt lat zaorzą nas i będzie spokój – dodaje. I wcale nie brzmi to jak
żart.

Biedą nikt się nie chwali
Jak mówią mieszkańcy jednej ze wsi w gminie Kalinowo w powiecie ełckim,
bezrobocie w ich rejonie wynosi nawet 80 procent. A jeśli już ktoś pracuje, to
ze względu na brak wykształcenia otrzymuje wynagrodzenie najniższe z możliwych.
Nie może być inaczej, skoro w pobliżu nie ma żadnych zakładów pracy, brakuje
dróg, a w okresie wakacyjnym do najbliższej większej miejscowości autobus
dojeżdża dwa razy dziennie. Owszem, od czasu do czasu zdarza się, że jakiś
inwestor chciałby otworzyć w pobliżu większy zakład pracy, ale wtedy okazuje
się, że infrastruktura na to nie pozwala. Mieszkańcy gminy Kalinowo twierdzą, że
takie graniczne miejscowości jak ich są całkiem zapomniane.
– Biedą nikt nie lubi się chwalić – mówią, nie chcąc podawać nazwiska ani nawet
miejscowości, z których pochodzą. Bo tutaj wszyscy się znają. A i chwalić się
nie ma czym. Jeśli rodzina z trojgiem dzieci, w której nikt nie ma pracy,
utrzymuje się tylko z zasiłku z opieki społecznej i dodatku rodzinnego
wynoszącego około tysiąca złotych, to cóż tu komentować. Z roku na rok jest
coraz gorzej, bo ceny rosną. – W naszym rejonie bieda rodzi biedę i chyba już
zawsze tak będzie – twierdzą pesymistycznie. – Nie ma po co z domu wychodzić –
dodają. Wydają się być pogodzeni ze swoim losem, ale najtrudniej jest pogodzić
się z tym, że nie mogą zapewnić godnych warunków do życia swoim dzieciom.

Na nic nie ma pieniędzy
Rzadko zdarza się, żeby jakieś dziecko wyjechało na wypoczynek. Nauczyciele
mówią, że stać na to tylko nielicznych rodziców. Argument, że mieszkają na
Mazurach – w jednym z najpiękniejszych regionów kraju, traktują jak ponury żart.
– Co to za cud natury, jeśli ludziom źle się tutaj żyje? – pytają. – Bardziej
dba się o żaby niż o nas – rzucają rozgoryczeni. – Piękne jeziora, owszem, są,
wkoło mamy nawet kilka, ale do większości z nich nie mamy dostępu. Tereny wokół
nich zostały wykupione i ogrodzone siatką – opowiadają. Mazury ładnie wyglądają
z Warszawy. A dzieci w czasie wolnym od szkoły na osiedlach popegeerowskich po
prostu straszliwie się nudzą, a często i demoralizują. Pojawia się alkohol i
papierosy. – Nie ma ani placów zabaw, ani świetlic – dzieci nie mają gdzie się
bawić – narzekają rodzice. Dlatego kiedy przychodzą wakacje, to dzieciaki już po
tygodniu chcą wracać do szkoły, bo tam przynajmniej mają zajęcie i są obiady.
– W mojej szkole są dzieci zdolne, które już widzę na straconej pozycji. Po
prostu ich rodziców nie stać na posłanie tych dzieci na studia – mówi
nauczycielka jednej ze szkół w powiecie ełckim. Budżet samej szkoły jest tak
niewielki, że jeśli nauczyciel chce zorganizować jakiś konkurs, to sam musi
zakupić nagrody. Nie lepiej jest z wycieczkami. Jeśli wyjazd kosztuje dziesięć
złotych, to jeszcze udaje się zebrać grupę chętnych. Ale jeśli w rachubę wchodzi
większa kwota, to można o tym zapomnieć. Chyba że nauczyciel systematycznie co
miesiąc stara się zebrać od dzieci mniejsze sumy, wtedy czasem uda się pojechać
gdzieś dalej.

Karygodne marnotrawstwo
Od lat nie zmienia się mapa miejsc w naszym kraju, gdzie wskaźniki biedy są
najwyższe. Są to głównie województwa północne: warmińsko-mazurskie, podlaskie,
pomorskie, ale nie tylko – źle jest również w świętokrzyskim i lubelskim.
Tradycyjnie bieda dotyka najbardziej mieszkańców wsi, szczególnie tych
położonych na terenach byłych PGR-ów, osób bezrobotnych i słabo wykształconych
oraz rodzin wielodzietnych. Opublikowany w lipcu br. raport GUS na temat ubóstwa
w Polsce w 2010 r. potwierdza, że zagrożenie ubóstwem dzieci i młodzieży jest
znacznie silniejsze niż dorosłych. I tak w 2010 r. dzieci i młodzież stanowiły
ok. 1/3 populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem.
Doktor hab. Katarzyna Przybyłowicz z Katedry Żywienia Człowieka UWM w Olsztynie
nie ma wątpliwości, że błędy żywieniowe mają fatalny wpływ na kondycję zdrowotną
całej populacji dzieci i pociągają za sobą nieodwracalne konsekwencje. –
Produkty kupowane po najniższych cenach są wysoce przetworzone i mają dużą
zawartość soli oraz nasyconych kwasów tłuszczowych. Kiepska jakość żywności i
nieregularność spożywania posiłków, np. kiedy dziecko nie zjada rano śniadania,
może prowadzić do utraty zdrowia i pogorszenia jakości życia – przestrzega dr
Przybyłowicz. Według niej, może stać się to przyczyną wielu chorób, jak np.
cukrzyca insulinoniezależna, otyłość i wiele innych. To z kolei będzie się
wiązało z wysokimi nakładami na specjalistyczną opiekę medyczną. Obok wielu
odpowiedzialnych za taką sytuację czynników politycznych i gospodarczych dr
Przybyłowicz podnosi kwestię odpowiedzialności społecznej. – Żywności jest
bardzo dużo, tylko jest ona źle zarządzana. Mamy takie przepisy prawne, które
uniemożliwiają ludziom chcącym pomagać niesienie tej pomocy – podkreśla. I
podaje przykład USA. – Żywność, która jest wyrzucana w Stanach Zjednoczonych,
wystarczyłaby do nakarmienia Trzeciego Świata – podsumowuje. l
 

Bogusław Rąpała

 


Raport GUS wskazuje, że w 2010 r. dzieci i młodzież stanowiły ok. 1/3
populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem

drukuj