Gierek się nie umywa

"Ja obserwuję budowę tego osiedla od początku, zresztą byliśmy
inicjatorami tego. Ładnie to wygląda. Nie wiadomo, jak to jest we wnętrzu". I
kto to powiedział? Nie, to nie Donald Tusk podczas kolejnego ustawionego
przystanku swojej wyborczej eskapady po Polsce pod hasłem "Polska w budowie". To
akurat pierwowzór i oryginał – I sekretarz KC PZPR Edward Gierek wizytujący
budowę osiedli na warszawskim Ursynowie w latach 70. "My tu z towarzyszem
Karkoszką [ówczesny wicepremier i minister budownictwa – przyp. red.] widzimy,
że trochę są zaległości. Więc co robić, by zaległości nadrobić, ale mieć jakieś
wyprzedzenie, by przekroczyć, bo ludzie mieszkań potrzebują?" – pytał I
sekretarz kierownika budowy. Jak widać, nie tylko nasłuchiwał oklasków tłumu
klakierów i ustawionych do kamery wybrańców klasy robotniczej i partii. Mówił
też to, co każdemu Polakowi w tym czasie leżało na sercu. To sprawdzona metoda
marketingowa. Kto nie sarkał przez lata w oczekiwaniu na własne cztery kąty,
czekając w wieloletniej kolejce w spółdzielni? Wszystko skrzętnie filmowała i
pokazywała ówczesna telewizja. Ta sama zresztą, w której jednym z głównych
macherów od rozrywki był Mariusz Walter i jego małżonka. Dziś współwłaściciel
"zaprzyjaźnionej" z rządem i Platformą TVN, która również skrzętnie relacjonuje
wojaże premiera po kraju. Swoją drogą Tusk oświadczył, że czas, jaki spędza na
tych wyjazdach, jest wreszcie sensownie spożytkowany.

Tak jak Gierek wczuwał się w ciężki los doganiających "pierwszy świat" Polaków,
tego samego, nie pierwszy raz zresztą, próbuje nieszczęsny szef obecnego rządu.
W ramach terapii empatią Donald Tusk z zafrasowaną miną wysłuchuje żali
napotkanych po drodze nieszczęśników, ludzi często rozgoryczonych, znajdujących
się w ciężkiej sytuacji. Wczoraj pojechał do Wielkopolski, bo jak słusznie
stwierdził, "to dobre miejsce, żeby o polskiej przedsiębiorczości serio
porozmawiać". Nie wiem, co konkretnie chciał wcisnąć napotkanym lub ustawionym
do rozmowy ludziom. Wiadomo jednak na pewno, że przed rokiem, by załatać dziurę
budżetową, trzeba było podnieść VAT, benzyna już dawno kosztuje ponad 5 zł,
podatek CIT nie został obniżony, nie przeprowadzono żadnej próby reformy
finansów państwa, dług publiczny rośnie w tempie najszybszym od 20 lat. "Wiem
dobrze też, że wielu przedsiębiorców uważa, że to było o wiele za mało, aby
uczynić im satysfakcję. Będę o tym rozmawiał" – deklarował, chyba również serio,
szef rządu. A co mówił w październiku 2007 roku podczas exposé: "Będziemy
wspierać przedsiębiorczość, (…) radykalne uproszczenie prawa gospodarczego,
prawa podatkowego i trybu poboru składek ZUS, wprowadzenie, ale wreszcie na
serio, zasady jednego okienka przy zakładaniu firmy, usprawnienie sądownictwa
gospodarczego i realne skrócenie okresu sądowego egzekwowania należności" – i
tak dalej, i tym podobne. Kto chce, niech wierzy. Ale nie ma co brać na wiarę,
bo wystarczy sprawdzić, że król jest nagi. Jak pokazuje raport Fundacji
Republikańskiej zatytułowany "500 dni spokoju", w tej kwestii nie są znane żadne
inicjatywy ustawodawcze, a na polu przedsiębiorczość i podatków rząd nie
wprowadził w życie 7 z 12 zapowiedzi. Reszta jest w stanie ciągłej realizacji.
Choć, jak mówił premier, wszystko miało być "serio".

 

Maciej Walaszczyk

drukuj