Europyskówka, czyli teutońska buta
Część tzw. elit politycznych w Polsce lansuje wyidealizowane wyobrażenie o polityce europejskiej. Mają się nią zajmować szlachetni dżentelmeni, tolerancyjni, wierni głoszonym ideałom i zasadom, uznający demokrację, respektujący zasadę solidarności i suwerenności dla każdego państwa, które należy do „europejskiej rodziny”. Problemy powinno się rozwiązywać na drodze „otwartego i szczerego dialogu” oraz „kultury kompromisu”. Ten obraz jest przeciwstawiany wizerunkowi polskiej polityki, która według euroentuzjastów jest „prowincjonalna”, „zaściankowa”, „pełna konfliktów” i oparta na zasadzie: „i tak moje będzie na wierzchu”.
Słowna napaść na prezydenta Czech – jaka miała miejsce w Pradze na hradczańskim zamku, 5 grudnia br., podczas spotkania z przedstawicielami Parlamentu Europejskiego pod wodzą przewodniczącego Hansa-Gerta Poetteringa – ujawniła opinii publicznej żenujące oblicze „światłych Europejczyków”. Vaclav Klaus został brutalnie zaatakowany przez szefa europarlamentarnej frakcji Zielonych Daniela Cohn-Bendita oraz irlandzkiego posła Briana Crowleya. Z opublikowanego stenogramu rozmowy wyłania się ponury obraz pogardy, literalnego chamstwa, poczucia wyższości, braku szacunku dla odmiennych poglądów, zwyczajnej pyskówki. A wszystko zostało skierowane pod adresem człowieka, który od 1 stycznia przyszłego roku obejmie przewodnictwo Unii Europejskiej. Rozmowa ta dla wielu Polaków była szokiem, ale czy uzasadnionym? Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że przedstawiciele UE zachowują się podobnie jak nasi rodzimi politycy.
O całej sprawie wiemy dzięki temu, że stenogram rozmowy został upubliczniony na oficjalnych stronach internetowych Vaclava Klausa (www.klaus.cz – tłumaczenie Patrycja Krauze). Ten niespotykany krok w historii czeskiej dyplomacji był wynikiem „niedopuszczalnego i trudnego do wytłumaczenia” ataku grupy eurodeputowanych na czeskiego prezydenta.
Guru europejskich lewaków
W słynnej już rozmowie z prezydentem Czech obok Hansa-Gerta Poetteringa (Niemcy) oraz Daniela Cohn-Bendita (Niemcy) i Briana Crowleya (Irlandia) uczestniczyli również: Irena Belohorska (Słowacja), Martin Schulz (Niemcy), Graham Watson (Wielka Brytania), Francis Wurtz (Francja) i Hanna Dahl (Dania).
Z opublikowanego zapisu rozmowy wynika, że spotkanie, które miało mieć charakter rutynowy, od samego początku przebiegało w atmosferze konfrontacji. W późniejszych opiniach unijnych analityków na ten temat dominowało przekonanie, że swoisty dialog na Hradczanach na pewno nie polepszy i tak napiętej atmosfery przed rozpoczęciem czeskiej prezydencji Unii Europejskiej. Większość obserwatorów i komentatorów potępiła styl rozmowy zaprezentowany przez eurodeputowanych i zwracała uwagę na spokój, opanowanie i celne riposty prezydenta Czech.
Od początku było też oczywiste, że opinia publiczna w Czechach i tamtejsi politycy murem staną za Vaclavem Klausem. Czesi – podobnie jak Polska, choć w innej skali – tragicznie doświadczyli w XX wieku skutków dwóch totalitaryzmów – niemieckiego narodowego socjalizmu i rosyjskiego socjalizmu w wydaniu stalinowskim i sowieckim. Stąd arbitralne metody ingerowania w wewnętrzne sprawy Republiki Czeskiej przez czynniki zewnętrzne spotykają się z wyjątkowym potępieniem.
Jak informowały media w Pradze, Cohn-Bendit, niemiecki eurodeputowany, został porównany jednak nie tyle do jakiegoś komunistycznego genseka z Moskwy, ale do niemieckiego narodowosocjalistycznego zbrodniarza Reinharda Heydricha. Czeski eurodeputowany Vladimír ZĄelezny, w liście do przewodniczącego PE, Niemca Hansa-Gerta Poetteringa, napisał: „Protektor Czech i Moraw Reinhard Heydrich mówił takim tonem do czeskiego prezydenta protektoratu Emila Hachy”. Trzeba pamiętać, że choć Niemcy nie dali się Czechom poznać od tak złej strony jak Polakom, to jednak zajęcie Sudetów w 1938 roku, upokorzenie monachijskie w roku 1938 i sama okupacja wywarły niezatarte piętno na Czechach. Jakby tego było mało, w obecnych Niemczech nadal jest bardzo żywy i politycznie silny posthitlerowski rewizjonizm, którego zwolennicy domagają się od obecnego państwa czeskiego anulowania dekretów prezydenta Benesza z lat 1946-1948, na podstawie których z Czech wysiedlono 3 miliony tzw. Niemców sudeckich, oraz wypłacenia gigantycznych odszkodowań. Dlatego Vaclav Klaus niespodziewanie stał się znów bohaterem czeskich mediów i wszystkie siły polityczne stanęły za nim murem. ZĄelezny, wyraził też żal, że Poettering zignorował prośbę Klausa i pozwolił Cohn-Benditowi na takie zachowanie.
Spuszczenie ze smyczy Cohn-Bendita przez przewodniczącego Parlamentu Europejskiego odniosło efekt odwrotny do zamierzonego, i to z kilku powodów. Oczywistym celem Poetteringa było „zmiękczenie” Vaclava Klausa, znanego ze sceptycznego stanowiska wobec traktatu lizbońskiego. Szef frakcji Zielonych Cohn-Bendit oświadczył: „Daję Panu w prezencie flagę, którą powinien Pan wywiesić na zamku. To flaga Unii Europejskiej”. Następnie prezydent Czech został obcesowo zapytany, kiedy „będzie respektował demokratyczną wolę deputowanych wybranych przez czeski naród” i złoży podpis pod ratyfikacją traktatu lizbońskiego. „Będzie Pan musiał to podpisać!” – krzyczał szef frakcji Zielonych.
Czechy od 1 stycznia przyszłego roku obejmują prezydencję Unii Europejskiej i jeszcze nawet formalnie nie rozpoczęły procedury ratyfikacyjnej. Prezydent Czech już w połowie br. stwierdził, że ewentualna ratyfikacja eurotraktatu zagraża ważności dekretów Benesza. Przedstawiciele eurosceptycznego skrzydła rządzącej nad Wełtawą Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) uważają, że jeśli w ogóle nie odrzucić traktatu, to chociaż – jak Irlandczycy przed drugim referendum – należy wywalczyć kilka ustępstw, w tym przynajmniej dodatkową deklarację potwierdzającą nienaruszalność dekretów Benesza.
Klaus, który twardo stawia interesy narodowe swego kraju i nie pozwala na wywieszenie flagi unijnej nad zamkiem hradczańskim, działa jak płachta na byka na Cohn-Bendita, znanego skandalistę (Polskę niedawno oskarżał o faszyzm) i skrajnego federalistę europejskiego. Jednak Poettering przedobrzył, bo napaść Cohn-Bendita, który jest Niemcem, na prezydenta Czech oraz prowokacja z flagą unijną została odebrana w Pradze jako przejaw typowej teutońskiej arogancji i buty. Tym sposobem przewodniczący PE strzelił gola do własnej bramki, bo utrudnił ratyfikację traktatu lizbońskiego nad Wełtawą.
Cytowana przez „Rzeczpospolitą” Hanna Dahl, duńska eurodeputowana, uczestniczka spotkania na Hradczanach, powiedziała: „Nie mam żadnej wątpliwości, że wina leży po stronie Cohn-Bendita. Od początku zachowywał się idiotycznie. Gdy tylko weszliśmy do sali, nie wiadomo po co wręczył Klausowi flagę Unii. Potem zaczął go ostro pouczać. Od jego ostrych pytań wszystko się zaczęło. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Nigdy nie widziałam, by ktokolwiek zwracał się tak do głowy państwa. Doszło do złamania wszelkich zasad protokołu dyplomatycznego”. Poza tym „wypuszczenie” do czarnej roboty, delikatnie rzecz ujmując, jednego z najbardziej kontrowersyjnych przedstawicieli establishmentu eurokratycznego ośmieszyło Unię Europejską.
Daniel Cohn-Bendit, uchodzący za jednego z przywódców rewolty studenckiej 1968 roku i guru lewactwa europejskiego, jest znanym pedofilem. W swojej autobiografii zatytułowanej „Wielki bazar” (Wydawnictwo Trikont, 1975 rok) następująco opisuje swoje specyficzne skłonności: „Od dawna miałem ochotę pracować z dziećmi. W 1972 roku złożyłem podanie o pracę w przedszkolu we Frankfurcie nad Menem. Pracowałem tam ponad dwa lata. Mój nieustanny flirt z dziećmi szybko przyjął charakter erotyczny. Te małe pięcioletnie dziewczynki już wiedziały, jak mnie podrywać…”. W dalszej części wypowiedzi następuje obrzydliwy opis przebiegu owych flirtów. Wypowiedź ta wystawia wyjątkowo ponure świadectwo osobom promowanym jako „oświecone elity europejskie”.
Promotorem Cohn-Bendita w Polsce jest redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Niemiecki lewak we wstępie do książki Cyrila Bouyeure’a „Adam Michnik. Biografia”, która ma się ukazać w Polsce, następująco opisuje ich wzajemne relacje: „Poznaliśmy się w 1984 roku. Byłem zafascynowany jego umiejętnością analizy. Moja fascynacja dotyczyła także stosów pustych butelek po wódce, które się zebrały w trakcie naszej rozmowy. Byliśmy do siebie podobni. Dla nas, studentów francuskich z generacji ’68, Adam Michnik był jednym z nas, człowiekiem lewicy…”. Czyżby to przywiązanie do „lewicowości” spowodowało, że w winiecie „Gazety Wyborczej” został umieszczony mały czerwony sztandar?
Drugą osobą atakującą Vaclava Klausa był Brian Crowley, irlandzki eurodeputowany, który miał za złe czeskiemu prezydentowi, że spotkał się z głównym przeciwnikiem eurotraktatu w Irlandii, Declanem Ganleyem, twórcą udanej kampanii przeciwko eurotraktatowi, który w kręgach euroentuzjastów jawi się jako „diabeł wcielony” i jest oskarżany o związki z CIA.
Defenestracja praska
Europyskówka na Hradczanach zbiegła się w czasie z inauguracją czeskiej prezydencji UE. Euroentuzjaści są zaniepokojeni, że Praga przez najbliższe pół roku będzie miała większy wpływ na sprawy unijne, które obecnie zdominowała konieczność rozwiązania kryzysu finansowego i ekonomicznego, ale nadal pozostaje „stara bieda”, czyli ciągle nierozwiązane problemy polityczne. Odczuwalny jest wzrost napięcia między Brukselą oraz Paryżem (kończącym właśnie swoje przywództwo) a Pragą. Prezydent Sarkozy skrytykował podpisanie umowy czesko-amerykańskiej (jak również polsko-amerykańskiej) w sprawie budowy tarczy antyrakietowej oraz próbował podjąć działania mające na celu osłabienie wpływu Pragi na UE, co oczywiście nad Wełtawą wywołało oburzenie.
Sam Vaclav Klaus ze swoimi „politycznie niepoprawnymi” poglądami na eurotraktat oraz humbug określany mianem „globalnego ocieplenia”, które jest nieudowodnioną naukowo hipotezą stanowiącą zasłonę dymną dla osłabiania potencjału gospodarczego konkurencji, nie jest ulubieńcem salonów europejskich. Po europyskówce jeszcze bardziej niepewna jest ratyfikacja traktatu lizbońskiego, która – jeżeli w ogóle nastąpi – to zapewne najwcześniej jesienią przyszłego roku. Środowiskom politycznym w Europie, szczególnie tym lewicującym, nie podobają się również dobre stosunki Pragi z Waszyngtonem wraz z wizją pogłębienia strategicznej współpracy z USA oraz perspektywą zaostrzenia kursu wobec Moskwy.
19 lutego przyszłego roku prezydent Vaclav Klaus ma przedstawić na forum Parlamentu Europejskiego cele prezydencji czeskiej. Według zgodnej opinii obserwatorów, prezydencja Czech może oznaczać istotną korektę w europejskiej polityce zagranicznej. Znaczącym wydarzeniem będzie zaplanowany na 2 kwietnia przyszłego roku szczyt przywódców europejskich z prezydentem Stanów Zjednoczonych Barackiem Obamą na hradczańskim zamku. Spodziewana jest też rychła ratyfikacja przez czeski parlament umowy o budowie tarczy antyrakietowej. Przy tym Praga bez entuzjazmu podchodzi do realizacji pomysłu Sarkozy’ego, zorganizowania w czerwcu przyszłego roku szczytu UE – Rosja – USA. Czesi słusznie obawiają się, że jego celem będzie usankcjonowanie tendencji tworzenia Europy dwóch prędkości, składającej się ze strefy A (euroland pod przywództwem francusko-niemieckim) oraz strefy buforowej B (Europa Środkowowschodnia) poddanej podziałowi wpływów między Moskwą a Berlinem (Paryżem). Dlatego nad Wełtawą akcent będzie postawiony na zacieśnienie współpracy transatlantyckiej.
W trakcie prezydencji czeskiej zakończy się 5-letnia kadencja Parlamentu Europejskiego (ostatnie posiedzenie jest zaplanowane na 7 maja przyszłego roku) i odbędą się eurowybory. Ponieważ do tego czasu na pewno nie wejdzie w życie traktat lizboński, zapanuje bałagan, bo np. nie wiadomo, ilu eurodeputowanych przypadnie na każdy z krajów członkowskich. Obecne parytety na mocy eurotraktatu mają być zmienione i Polska z 54 posłów do PE ma mieć ich 51. Wszystko to razem spędza sen z oczu euroentuzjastów i eurokratów, którzy zdają sobie sprawę, że przed Unią Europejską stoi bardzo wiele trudnych problemów.
Być może dobrze znają oni historię i mają w pamięci wydarzenia sprzed 390 lat. 23 maja 1618 roku miała miejsce tzw. defenestracja praska (od łac. de fenestra – przez okno) – z okna Zamku Królewskiego na Hradczanach przedstawiciele czeskich stanów wyrzucili dwóch cesarskich namiestników – Jarosława Booita z Martinitz i Wilhelma Slavatę oraz ich sekretarza Fabriciusa jako protest przeciwko pogwałceniu przez cesarza Macieja Habsburga czeskich swobód religijnych i politycznych. Wydarzenie to było bezpośrednią przyczyną rujnującej siedemnastowieczną Europę Środkową wojny trzydziestoletniej, a defenestracja stała się symbolem wypowiedzenia uległości wobec obcej zewnętrznej władzy. Co prawda Czesi 5 grudnia br. nie wyrzucili z okien hradczańskiego zamku europosłów, ale zbieżność miejsca i okoliczności konfliktu stanowi swoiste memento.
Jan Maria Jackowski
