Eurodeputowani chowają głowę w piasek
Z Bogdanem Pękiem, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Marcin Austyn
Jakie starania podejmują polscy eurodeputowani, by upamiętnić ludobójstwo na Wołyniu i potępić zbrodniarzy?
– Sprawa jest co najmniej dziwna. Kwestia ludobójstwa na Kresach jest w Parlamencie Europejskim przemilczana, pomijana, łagodzona – podobno w imię wyższych racji. Osobiście uważam, że nie da się budować niczego trwałego bez podania pełnej prawdy i potępienia zbrodni ludobójstwa. Dopiero na takim fundamencie można budować prawdziwe przymierze między narodami. Wielu ludzi zastanawia się, dlaczego część polityków, w tym prezydent RP Lech Kaczyński, zachowują się w tej sprawie co najmniej dwuznacznie. W PE ta poprawność polityczna również polega na tym, że kwestia ludobójstwa – najdelikatniej mówiąc – przesuwana jest na drugi czy trzeci plan. Nie nazywa się rzeczy po imieniu.
Ale to z inicjatywy polskich eurodeputowanych Parlament Europejski uznał Wielki Głód na Ukrainie za zbrodnię ludobójstwa. Dlaczego w sprawie rzezi wołyńskiej takich prób nie ma?
– Tego typu akcje mają charakter propagandowy – mówię to w tym sensie, że aby taka rezolucja miała szanse ujrzeć światło dzienne, trzeba zebrać ogromną ilość podpisów poselskich. W praktyce tego typu akcje są, ale niemal nikomu nie udaje się zakończyć ich powodzeniem. Jedyny tego typu sukces w PE w ostatnim czasie to przeforsowanie rezolucji w sprawie rury przez Bałtyk. Ta sprawa miała jednak wymiar gospodarczy. Kwestia Wołynia jest z zakresu źle rozumianej poprawności politycznej, która jest grzechem ciężkim UE.
Nie widzi Pan więc sposobu na to, by na forum europejskim zbrodnia ta została upamiętniona jako ludobójstwo?
– Realnie patrząc, tę kwestię może przeforsować polski rząd przy udziale prezydenta RP i wsparciu parlamentarzystów europejskich. Taka wspólna akcja mogłaby mieć szanse na sukces.
Pana zdaniem takie wspólne działania w tak szerokim gremium są dziś możliwe?
– Pan prezydent i pan premier są bardzo wrażliwi na wszelkie wystąpienia medialne. Jeżeli prośby i przekonywania nie pomogą, trzeba będzie wymusić na nich właściwe postawy. Można to osiągnąć poprzez publiczną krytykę ze strony poważnych środowisk. Takie wystąpienia medialne muszą przynieść efekt, bo dzisiejsza polityka sprowadza się do – już sięgającego granic rozsądku – public relations.
Czy planuje Pan wystąpienie na forum PE w sprawie ludobójstwa wołyńskiego?
– To jest możliwe na zasadzie sygnalnej. W najlepszym wypadku mogę dostać półtorej minuty na takie wystąpienie. W takim czasie można jedynie sprawę zasygnalizować jako ważną, rysując tylko podstawowy schemat problemu. Niestety, takie są możliwości w Parlamencie Europejskim.
Pojedyncze wystąpienia nie mają sensu?
– Nie twierdzę, że nie należy podejmować prób. Każdy głos ma swoje znaczenie. Jednak oceniam sytuację w ten sposób, że realne szanse ma tylko jednoznaczne stanowisko rządu, prezydenta RP i europosłów. Jednocześnie trzeba wyjaśnić naszym sąsiadom zza wschodniej granicy, że prawda o Wołyniu jest warunkiem progowym współpracy. Jesteśmy narodem chrześcijańskim i chcemy wybaczyć, ale pod warunkiem, że zbrodnię uzna się za zbrodnię, a nie będzie unikać się prawdy na jej temat i gloryfikować zbrodniarzy z oddziałów OUN – UPA.
Z czego wynika wspomniana przez Pana zmowa milczenia o ludobójstwie na Wołyniu?
– To jest tzw. krzywy kompromis, który polega na tym, żeby nie drażnić naszych ukraińskich przyjaciół. Jestem przeciwnego zdania. Tu dobrym przykładem są Żydzi, którzy bezwzględnie egzekwują prawdę o wszystkich zbrodniach na ich narodzie i uzyskują korzystne dla siebie wyniki. Także zbrodnia wołyńska powinna być do końca wyjaśniona, powinno zostać wydane orzeczenie o winie, a dopiero potem można budować trwałą współpracę. W przeciwnym wypadku okaże się, że potomkowie tamtych zbrodniarzy przejmą stery.
Dziękuję za rozmowę.
