Dziennikarz z charakterem

Ze Stanisławem Michalkiewiczem, publicystą, rozmawia Joanna Gradowska

Dziennikarz i polityk to profesje wymieniane wśród zawodów zaufania
społecznego. Na ile, Pana zdaniem, jest to myślenie życzeniowe, a na ile
odzwierciedla stan faktyczny?

– Opinie o politykach i dziennikarzach jako zawodach zaufania społecznego należą
raczej do sfery powinności niż rzeczywistości. Byłoby dobrze, gdyby politycy,
podobnie jak dziennikarze, cieszyli się zaufaniem, ale tak nie jest. Według
sondażu przeprowadzonego w różnych krajach wiosną 2009 roku przez GFK Trust
Index, politycy znaleźli się na jednym z ostatnich miejsc; zaufaniem obdarza ich
zaledwie 8 proc. ludzi (wyjątek w USA, gdzie politycy też są na samym dole, ale
z zaufaniem na poziomie 21 proc.), zaś dziennikarzom całkowicie odmawia zaufania
co najmniej połowa respondentów, przez co plasują się również w niskiej strefie
stanów niskich. Na pierwszym miejscu pod względem zaufania znajdują się
strażacy, potem lekarze i nauczyciele oraz wojsko. Brak zaufania do polityków
wynika, jak sądzę, z zauważalnych skutków negatywnej selekcji, która występowała
nie tylko w krajach komunistycznych, ale również w demokracjach. Ta negatywna
selekcja z kolei wynika stąd, że demokracja polityczna stała się jedynie
dekoracją, mającą przesłonić ręczne sterowanie państwem przez oligarchię z
udziałem tajnych służb, finansistów, tu i ówdzie wojska, ewentualnie grup
etnicznych, jak np. lobby izraelskiego w USA, i wreszcie gangsterów. Politycy
mają zadanie maskowania tego układu przed opinią publiczną, stąd też nie mogą
mieć wyrazistych poglądów, dzięki czemu można ich wymieniać bez obawy
spowodowania istotnej różnicy w sposobie funkcjonowania państwa. Każdy, kto z
tej negatywnej selekcji próbuje się wyłamywać, jest przez układ odrzucany jako
"ekstremista". W rezultacie również oficjalna scena polityczna coraz bardziej
się oligarchizuje, wskutek czego obywatele tracą zainteresowanie procedurami
demokratycznymi i popadają w polityczny eskapizm. Jeśli chodzi o dziennikarzy,
to na skutek uniformizacji mediów, wymuszanych zarówno przez środowiska tworzące
układ faktycznie rządzący państwem, jak i finansowe zaplecze korporacji
medialnych, przestali być oczami i uszami opinii publicznej, stając się częścią
rządzącego establishmentu. Pogłębia się rozziew między zuniformizowanymi mediami
"głównego nurtu" i mediami niszowymi, a przede wszystkim internetem. Stał się on
masowym forum wymiany opinii, ignorującym media głównego nurtu, a często
występującym wobec nich w zdecydowanej opozycji. Dlatego też w ostatnich latach
obserwujemy coraz bardziej nasilające się próby rozciągnięcia politycznej
kontroli nad internetem pod pretekstem pilnowania "standardów", zwalczania
"języka nienawiści" i "terroryzmu".

Opublikowany w tym roku ranking zawodów godnych zaufania (będący częścią
szerszego badania European Trusted Brands) wskazuje, że w Polsce dziennikarze
cieszą się większym zaufaniem niż w innych krajach europejskich. Z czego to może
wynikać?

– Naprawdę? Możliwości jest kilka; po pierwsze, nasze społeczeństwo może być
bardziej naiwne od innych, po drugie – w co chętnie wierzę – w innych krajach
europejskich stopień sprostytuowania dziennikarzy może być wyższy niż w Polsce;
na taką możliwość wskazywałaby krytyczna ocena poziomu kseno- i homofobii oraz
"antysemityzmu" w Polsce przez paneuropejskie gestapo, co odbieram jako
informację, iż zakres wolności słowa na razie jest u nas większy niż w krajach
dłużej niż Polska podlegających unijnej tresurze. Po trzecie – w Polsce ludzie
biorący udział w jakichś badaniach ankietowych bardzo często odpowiadają nie
tak, jak naprawdę myślą, tylko tak, jak sądzą, że będzie poprawnie. Krótko
mówiąc, niczym w szkole starają się udzielać odpowiedzi uznanych za prawidłowe i
w ten sposób następuje sprzężenie zwrotne z odgórną indoktrynacją. Moim zdaniem
– a trochę środowisko dziennikarskie w Polsce znam – zasadniczo nie zasługuje
ono na wyższe zaufanie, co nie oznacza, że nie ma wyjątków. I chyba zdają sobie
oni z tego sprawę – o czym świadczy zrezygnowana uwaga pani redaktor z pewnej
stacji telewizyjnej, do której zostałem zaproszony: "Szkoda, że nie chce się pan
DO NAS przyłączyć!".

Najniższe noty już tradycyjnie przypadają politykom. Taka opinia może
odstraszać młodych ludzi od bycia aktywnym w tej tak ważnej społecznie
dziedzinie. Co może być argumentem zachęcającym do podejmowania pracy na rzecz
dobra wspólnego, zarówno społeczności lokalnej, jak i w szerszym wymiarze?

– Ależ wcale ich nie odstrasza – o czym świadczy choćby liczba kandydatów na
posady, których uzyskanie uwarunkowane jest przynależnością do grona
politycznych klientów. Politycy mogą przebierać w nich jak w ulęgałkach i wcale
nie dobierają takich, którzy motywowani są pragnieniem pracy dla dobra wspólnego
– cokolwiek by to nie oznaczało – bo tacy ludzie mogą okazać się
nieprzewidywalni i przez to niebezpieczni dla establishmentu. Dobierają raczej
tych, którzy kierują się motywacjami przewidywalnymi, gdyż łatwiej ułożyć sobie
z nimi bezkolizyjną współpracę. Proszę zwrócić uwagę, że w otoczeniu znanych
polityków spotyka się raczej ludzi o umiejętnościach wykonawczych, co oczywiście
nie pozostaje bez wpływu na wyjałowienie sceny politycznej z wszelkich idei na
rzecz tak zwanego PR, czyli mówiąc mniej wytwornie – bajeru. Ci, którzy są
motywowani pragnieniem pracy dla dobra wspólnego, działają raczej albo na własną
rękę, albo w nieformalnych grupach, niekiedy "ekstremistycznych", albo wreszcie
w tak zwanych organizacjach pozarządowych. Chociaż do tych ostatnich nie mam
zaufania, bo jest wśród nich bardzo wielu filutów, którzy tylko opanowali sztukę
dojenia.

Rodzi się pytanie: jak kształcić studentów dziennikarstwa i politologii, aby
postulaty zawarte w sformułowaniu "zawód zaufania publicznego" były realizowane?

– Moim zdaniem, powinno się przekazywać im rzeczywisty obraz funkcjonowania
państwa i społeczeństwa, a nie przykrojony ad usum Delphini, bo w przeciwnym
razie można uzyskać co najwyżej dysonans poznawczy i wytresować do recytowania
prawidłowych odpowiedzi, odpowiadających gustom "panów z miasta". Wykładowcy nie
powinni być pogromcami, tylko przyjaciółmi studentów i mówić im prawdę, a nie
tresować do wygłaszania patetycznych sloganów. Dopiero na tej płaszczyźnie można
zacząć przygotowywać ich do zadań, jakich mogliby i przede wszystkim jakich z
własnego przekonania chcieliby się podjąć.

Czy Pana zdaniem, WSKSiM przygotowuje swoich studentów do odpowiedzialnego
pełnienia ról społecznych, w tym dziennikarza i polityka?

– Do tego nie potrzeba jakichś specjalnych studiów, tylko charakteru. Oczywiście
pewnych umiejętności można się w szkole nauczyć i pewien zakres wiedzy
przyswoić, ale charakteru to nie zastąpi. Zatem z tego punktu widzenia,
oczywiście na tyle, na ile to jest możliwe, należy kłaść nacisk raczej na
wydobywanie indywidualnych zalet każdego studenta, na uświadamianie mu ich, na
kształtowanie w nim poczucia własnej wartości i postawy dżentelmena, niż na
naginanie do wykoncypowanego ideału, który na ogół redukuje się do konformizmu.
Natomiast na to pytanie trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam zbyt rozległych
kontaktów z absolwentami, a bez tego rzetelna ocena jest niemożliwa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj