Dzieci czekają na świetlicę
Warszawska Praga Północ. To ta biedniejsza część stolicy, zaniedbana
przez całe dekady przez władze. Więcej tu ubóstwa, nędzy, problemów z
alkoholem i innych patologii. Więcej dzieci ulicy. To z myślą o nich
Siostry Loretanki założyły Dom Ojca Ignacego – jedną z największych na
Pradze świetlic środowiskowych. Pomogły wielu dzieciom odnaleźć sens
życia, otoczyły serdeczną opieką niejedną rodzinę. Mogłyby zrobić
jeszcze więcej, gdyby udało się dokończyć niezbędny remont świetlicy.
Założenie
świetlicy w 1995 r. było odpowiedzią Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej
Loretańskiej na apele zgłaszane przez nauczycieli i siostry katechetki,
którzy z troską patrzyli na pozostawione bez opieki dzieci wałęsające
się po ulicach stolicy.
– Wychowałam się w rodzinie bez mamy i taty,
opiekowała się mną jedynie babcia. Mama była alkoholiczką, więc przez
prawie dziewięć lat chodziłam do świetlicy na warszawskiej Pradze
prowadzonej przez Siostry Loretanki. Ta świetlica dużo mi pomogła,
nauczyła, jak normalnie żyć i pracować w świecie bez alkoholu –
podkreśla 21-letnia Marta, wychowanka Sióstr Loretanek. Od kilku lat Dom
Ojca Ignacego, bo taką nazwę nosi świetlica, stoi zamknięty.
Czuły się tu kochane
Świetlica
miała charakter charytatywny, pomoc udzielana w niej dzieciom była
nieodpłatna. Powstanie placówki było odpowiedzią Zgromadzenia Sióstr
Matki Bożej Loretańskiej na apele zgłaszane przez nauczycieli i siostry
katechetki, którzy z troską patrzyli na pozostawione bez opieki dzieci
wałęsające się po ulicach stolicy. Siostry Loretanki podkreślają, że
świetlica powstała przede wszystkim z odczytania naglącego wezwania
Chrystusa: „Coście uczynili jednemu z tych najmniejszych, Mnieście
uczynili”, oraz w odpowiedzi na słowa ich założyciela bł. ks. Ignacego
Kłopotowskiego, który mówił: „Siostry, obyście tylko chciały to zrobić,
co Pan Bóg zamierza zrobić przez was dla biednych”.
Od początku
świetlica gromadziła dzieci, by zaspokoić ich elementarne potrzeby:
siostry wydawały posiłki, zapewniały miejsce do zabawy i pracy, a gdy
zaistniała taka konieczność – także nocleg. Ofiarowywały także coś,
czego zabrakło w rodzinnych domach ich podopiecznych: miłość i poczucie
bezpieczeństwa. – Wielokrotnie zdarzało się, że któraś z dorosłych już
dziewczynek, mających własne dzieci, mówiła mi, że okres, jaki spędziła w
świetlicy, był najlepszym w jej życiu – mówi siostra Dominika, dyrektor
świetlicy.
Pomoc w wyborze właściwej drogi
Codziennie
do świetlicy przychodziło około 60 dzieci, mogły w niej przebywać cały
dzień, od godziny 10.30 do 19.30. Po obiedzie, gdy odrobiły lekcje,
brały udział w wielu zajęciach, które prowadziły siostry. Było ich
niemało, bo i kółko teatralne, i kurs tańca towarzyskiego, i zajęcia
sportowe, plastyczne czy muzyczne. Latem dzieci wraz ze swoimi
opiekunami ze świetlicy wyjeżdżały na wspólne, zorganizowane przez
siostry wakacje. Oprócz czasu na pracę, naukę i zabawę część dnia
podopieczni Sióstr Loretanek przeznaczali na modlitwę. Ponieważ ich
własne środowisko rodzinne nie podsuwało właściwych wzorców, ideałów i
dobrych perspektyw na przyszłość, siostry kładły szczególny nacisk na
duchowy i kulturalny rozwój dzieci. Bardzo ważne były wspólne Msze
Święte, Różaniec, lektura Pisma Świętego. – Dzięki siostrom umocniła się
moja wiara, przez pewien czas myślałam nawet o wstąpieniu do zakonu.
Bardzo dużo dowiedziałam się od nich o Biblii, w domu w ogóle nie
rozmawiało się na tematy religijne – podkreśla Marta.
Liczy się każda ofiara
W
styczniu 2006 r. świetlica musiała zawiesić swoją działalność. Ta część
Domu Generalnego Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej
mieszczącego się przy ul. ks. Ignacego Kłopotowskiego 18 w Warszawie
wymagała pilnego remontu. Pomimo wielkiego wkładu finansowego, jaki
siostry wniosły w projekt renowacji i modernizacji budynku, wciąż
brakuje środków na dokończenie prac.
– Koszty przerosły nasze
najśmielsze oczekiwania. W miarę upływu lat zwiększyły się dwukrotnie.
Pojawił się dodatkowy problem: trzeba wymienić dach na domu generalnym –
wyjaśnia siostra Zuzanna, ekonomka w Domu Generalnym Zgromadzenia
Sióstr Matki Bożej Loretańskiej. Na razie m.in. wymienione zostały
stropy, zrobiono większość ścianek działowych w kondygnacji
przeznaczonej na większą niż do tej pory świetlicę, zamontowano
centralne ogrzewanie, wentylację, a także ocieplono cały budynek i
wykonano nową elewację. Jak informuje siostra Zuzanna, do wymiany
pozostały jeszcze instalacja elektryczna i sanitarna, trzeba też
przeprowadzić prace wykończeniowe w łazienkach, wyposażyć kuchnię.
Siostry postanowiły zagospodarować także piwnice i zorganizować w nich
pomieszczenia do indywidualnej pracy z dziećmi oraz wykorzystać
powierzchnię strychu, adaptując go na cele rekreacyjne. Niestety,
zgromadzenie nie dostało wsparcia finansowego z Regionalnego Programu
Operacyjnego Województwa Mazowieckiego, na które bardzo liczyło. Projekt
wprawdzie został zakwalifikowany w konkursie, lecz z powodu braku
środków finansowych przeznaczonych na ten cel znalazł się na pierwszym
miejscu listy rezerwowej.
Niewiele brakuje, by świetlica została
uruchomiona, jednak brak pieniędzy wstrzymuje niezbędne, końcowe prace
remontowe. Cierpią z tego powodu dzieci, które nie mając w domu
odpowiednich warunków do pracy i odpoczynku, wpadają często w złe
towarzystwo.
Część podopiecznych sióstr wyszła już na prostą:
założyli własne rodziny, znaleźli pracę, mają mieszkanie i starają się
żyć według przykazań Bożych. Niestety, nie wszyscy mają motywację do
dobrego życia, nierzadko więc popadają w konflikt z prawem. – Często
widzę je na ulicy. Nie mają co robić, więc kradną jakiś złom – mówi ze
smutkiem Marta. Siostra Dominika zauważa, że sporo z tych dzieci, które
kilka lat temu chodziły do świetlicy, z braku właściwej opieki trafiło
do domów dziecka, pogotowia opiekuńczego, a nawet do domów poprawczych.
Gdyby siostry miały pieniądze na uruchomienie swojej świetlicy, życie
tych młodych na pewno potoczyłoby się inaczej.
– Wiem od koleżanek,
że ich młodsze rodzeństwo czeka, kiedy świetlica zostanie otwarta. Wciąż
pytają o to Siostry Loretanki – zaznacza Marta. Sama nie musi już
chodzić do świetlicy, założyła własną rodzinę, ma dwuletniego synka. Dom
Ojca Ignacego wspomina jednak z ogromnym sentymentem, zaznaczając, że
to, jak wygląda jej dzisiejsze życie, zawdzięcza właśnie świetlicy.
Piotr Czartoryski-Sziler
