Dwudziestu gentlemanów na kawie

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w dziedzinie polityki z Instytutu
Sobieskiego, rozmawia Marta Ziarnik

Warszawa na kilka godzin stała się – jak podkreślała wczoraj ekipa rządząca –
polityczną stolicą regionu. Polska ma aspirację, by zostać na stałe liderem
Europy Środkowej?

– Każda ze stron musi się czymś pochwalić i takie przedstawianie sprawy mnie nie
dziwi. W końcu trzeba całą tę imprezę jakoś "sprzedać". Ale gdyby dzisiaj spytać
się Polaków o to, co tak naprawdę dzieje się w tych dniach w Warszawie, to
zapewniam, że nikt nie wspomni o szczycie państw Europy Środkowej, a jedynie o
wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy. Czyli mówimy o spotkaniu
towarzyskim głów 20 państw Europy Środkowo-Wschodniej, w którym tak na dobrą
sprawę nie widać ani lidera, ani wyraźnie zarysowanych tematów wspólnych, które
miałyby ewidentnie wskazywać kierunek wspólnych prac i działań. Chciałbym tutaj
podkreślić też jeszcze jedną rzecz, a mianowicie, że spotkanie rozpoczęło się w
godzinach porannych, a prezydent Obama przyleciał do Warszawy późnym
popołudniem. To z kolei pokazuje, jak Stany Zjednoczone dzisiaj widzą Europę
Środkowo-Wschodnią, czyli że ta wizyta amerykańskiego prezydenta, która miała
być mocno podciągnięta pod spotkanie głów państw Europy Środkowej i spotkanie z
polskim prezydentem, rozmija się z tym założeniem. Te interesy Europy
Środkowo-Wschodniej i samych Stanów Zjednoczonych to są naprawdę dwie różne
"bajki". Z drugiej strony nasza pozycja w regionie jako "lidera" po prostu nie
funkcjonuje. Nie ma dzisiaj czegoś takiego jak "liderowanie" Polski jako
państwa, które staje się ambasadorem grupy państw Europy Środkowo-Wschodniej.
Jesteśmy rozbici wewnętrznie i nie ma u nas tej definicji planów długofalowych.
Przede wszystkim zaś odnowiły się stare rany, które znów krwawią i powodują
niesnaski.

Na tego typu spotkaniach nie wypracowuje się i nie podejmuje żadnych
wiążących decyzji.

– Tak, tu się wymienia poglądy i omawia problemy z danego regionu. Ale zawsze
musi być podczas takich spotkań jakiś lider, ktoś prowadzący. Jednak na dzisiaj
my – jako lider, w ostatnich latach nie zdaliśmy tego egzaminu. O ile w momencie
konfliktu gruzińskiego byliśmy wyraźnym liderem, taką maszyną zbierającą wokół
siebie państwa Europy Środkowo-Wschodniej, tak dzisiaj ani prezydent, ani
premier nie mają takiej możliwości, takiej mocy, ani nawet takich chęci.
Wyraźnie oddali pola szczególnie dyplomacji Niemiec, jeśli chodzi o politykę
wschodnią i rosyjską. Z drugiej strony wychodzi nijakość polskiej dyplomacji i
nijakość polskiej wizji polityki zagranicznej w tym regionie.

Wspomniał Pan, że momentem dogodnym do wybicia się na pozycję lidera był
konflikt w Gruzji, ale szanse zostały zaprzepaszczone. Które to były te istotne
momenty w tym niweczeniu naszych możliwości?

– Przypomnę, że w trakcie konfliktu gruzińskiego pierwszym błędem był dystans
rządu Donalda Tuska do działań prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Premier w wyniku
tego konfliktu gruzińskiego na jakiś czas zniknął, uznał, że nie będzie się
odzywał, bo nie ma tematu. W tym czasie prezydencję w Unii Europejskiej miała
Francja, a Nicolas Sarkozy na siłę chciał udowodnić, że jest mężem stanu
potrafiącym zaprowadzić pokój w Gruzji. Oczywiście za każdym razem, będąc
okłamywanym przez Rosjan, przyjął ich zapewnienia za pewnik, jakoby wszystko
było w porządku i nic złego się nie działo, a polska dyplomacja nagle stanęła w
swoistym rozkroku, gdyż okazało się, że co innego mówi prezydent, a co innego
premier. Dodatkowo polski minister spraw zagranicznych nie szanuje głowy państwa
– bo, przypomnijmy, że w tamtym czasie minister Radosław Sikorski był osobą
zachowującą się nielojalnie wobec pierwszego obywatela Rzeczypospolitej – i
tutaj wyszła już nasza słabość, która była bardzo silnie zauważana również na
zewnątrz. I tę słabość bardzo szybko wykorzystali Rosjanie, a za tym bardzo
szybko poszły kolejne konsekwencje, w tym m.in. osłabienie relacji z
poszczególnymi sąsiadami, jak chociażby z Ukrainą, i zatracenie tej dobrej linii
rodzącej się współpracy z Litwą. To właśnie poprzez takie działania doszło do
tego rozmycia i do obecnej sytuacji. Dzisiaj więc mamy stan, jaki mamy, gdzie na
dobrą sprawę spotyka się 20 gentlemanów, którzy wypiją po kawie, każdy powie, co
ma do powiedzenia i nasza ekipa rządząca będzie mogła "odfajkować" kolejne
kurtuazyjne spotkanie, które niczego istotnego nie wniesie. Wystarczy chociażby
otworzyć piątkowe dzienniki, żeby się o tym przekonać. Gdzie w tych tytułach i
wiadomościach widać siłę polskiej dyplomacji? Czy widać w nich, żebyśmy
aspirowali do roli lidera? Tego nie ma.

Spotkanie prezydentów medialnie i PR-owo zdominował przyjazd Baracka Obamy…
– Dokładnie. No i jeszcze dyskusja na temat gazu łupkowego. Tymczasem na dobrą
sprawę można powiedzieć, że przyjazd do Polski Obamy po niemal trzech latach
jego prezydentury już nie jest dowodem tego, że jesteśmy jakimś strategicznym
partnerem w regionie. Bo to jest żałosne, że amerykański prezydent przyjeżdża do
nas dopiero po tak długim czasie – i do tego jeszcze bez pierwszej damy, mimo że
miał wcześniej ku temu wiele okazji. Miał wiele sposobności, by udowodnić, że
Polska jest dla USA ważnym partnerem. Uważam więc, iż musimy to odchorować i
taki kubeł zimnej wody – w ramach dyplomacji – wylać sobie na głowę, że to
wszystko inaczej wygląda niż powinno.

Katastrofa smoleńska obnażyła dramatyczną słabość państwa polskiego. Może to
właśnie od wyjaśnienia tej kwestii Bronisław Komorowski powinien rozpocząć
odbudowywanie pozycji kraju?

– Tego się nie da zamknąć jednym zdaniem, ale wiem na pewno, że każdy racjonalny
przywódca każdego państwa, widząc, co się dzieje, czyli że w trakcie takiej
tragedii ginie nie tylko głowa państwa, ale i cały sztab Wojska Polskiego, to
jest to dramat już nie tylko w ramach polityki, ale i dramat bezpieczeństwa
militarnego kraju. I taki prezydent powinien z góry być pierwszym, który będzie
akcentował potrzebę śledztwa prowadzonego przez NATO. A jestem przekonany, że w
tamtym czasie Rosjanie poszliby na wszystko po to tylko, żeby udowodnić światu,
że oni, jako strona, w tym wszystkim nie maczali palców i są czyści. Ktoś w
pewnym momencie nie wziął pod uwagę tego, że coś takiego należało zrobić i wyjść
z taką inicjatywą. A NATO na pewno byłoby tym zainteresowane. Czyli, jak pani
mówi, to unaoczniło kolejną słabość naszego państwa.

Rozpoczynając spotkanie, prezydent Komorowski, jako gospodarz, nie powiedział
nic, co mogłoby wytyczyć perspektywę działania na przyszłość.

– Z przykrością muszę stwierdzić, że prezydent mojego kraju niestety nie dorósł
do pozycji prezydenta Polski w sensie osobowościowym. Bo żeby być prezydentem,
trzeba być osobowością. Trzeba być osobą, która patrzy nie tylko na sprawy tu i
teraz, ale patrzy też na sprawy w perspektywie najbliższych kilku, kilkunastu
lat i na sprawy w całym otaczającym nas regionie. Tego nie ma. I wszystko
wskazuje na to, że Komorowski nie jest w stanie tego opanować. W konsekwencji
doprowadziło to do tego, że to premier Tusk przejął inicjatywę, a prezydent nie
jest w stanie przeciwstawić się tokowi działania szefa rządu i jego
administracji. Z drugiej strony polski prezydent stał się "prezydentem
dryfującym" i mamy w kraju taki bezwład dyplomatyczny. Sprowadza się to do tego,
co kiedyś powiedział premier Tusk, czyli że "władza żyrandola działa" i że
doszło do zamknięcia prezydenta na salonach na gruncie tylko kurtuazyjnym, bez
rzeczy najbardziej istotnych, które wyznaczają wszystkie państwa, a więc bez
chociażby kwestii gospodarczych. Gaz łupkowy stanowi dziś dla nas "5 minut" w
Europie, niemal "być albo nie być", jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo, a
paradoksalnie okazuje się, że to Amerykanie będą dziś naszymi największymi
sojusznikami, a nie UE. I mówmy dzisiaj wyraźnie: prezydent USA nie przyjechał
na spotkanie prezydentów państw Europy Środkowo-Wschodniej, ale przyjechał
lobbować na rzecz interesów amerykańskich firm zajmujących się wydobywaniem gazu
łupkowego. Pytanie, czy my wiemy, jakie mamy te interesy i jak chcemy je
zrealizować. Bo jeżeli pada pytanie chwilę przed rozpoczęciem szczytu o to, co
prezydent Komorowski i nasz rząd chcą załatwić w ramach tego szczytu i wizyty
Obamy, to okazuje się, że nasza ekipa rządząca milczy, bo nie poczyniła żadnych
ustaleń w tym zakresie. Przykład Ameryki pokazuje, iż właśnie polityka
konsekwencji i kontynuacji oraz zasada ewolucji, a nie rewolucji w polityce
zagranicznej jest tą najlepszą. Zauważmy, że w tych sferach polityki, gdzie nie
zastosowano tej zasady kontynuacji polityki poprzednika, niczego nie osiągnięto.
I niestety, dzisiaj Polska nie ma tematu numer jeden w polityce zagranicznej. A
powinna nim być gospodarka i kwestia gazu łupkowego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj