Droga do socjalizmu

Ścieżka obok drogi

Starzy ludzie zapewne pamiętają jeszcze, jak to w latach 40. Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, co to Usta Słodsze Miał Od Malin, nie pozostawiał nikomu nadziei uchronienia się przed socjalizmem, ale dawał do zrozumienia, że każdy będzie mógł do socjalizmu podążać własną drogą. W tym właśnie duchu toczyła się słynna „Rozmowa w kartoflarni”, kiedy to Wiesław z mocą deklarował Tarasowi: „nie chcę budować w stepie baraków; będę więzienia wznosił z pustaków”. Te pustaki to właśnie była własna droga do socjalizmu. Jak pamiętamy, nawet i to odchylenie okazało się niemożliwe; jeden „wściekły pies imperializmu”, czyli Józef Broz „Tito” w Jugosławii, był wyjątkiem, a nie regułą.

Wspominam o tamtych złudzeniach i płonnych nadziejach, bo 25 marca br. w Deklaracji Berlińskiej wydany został jasny rozkaz: do roku 2009 wszystkie państwa mają przyjąć konstytucję Unii Europejskiej. Znaczy – kierunek jest przesądzony, pytanie tylko, czy będą możliwe jakieś „własne drogi”, czy też zatwierdzona zostanie jedynie słuszna? Doświadczenia zebrane przez Chorążego Pokoju nie pozostawiają wątpliwości; kiedy kładzie się fundamenty, czy to pod odwieczny Związek Rad, czy pod Festung Europa, to porządek musi być. Przewidywali to także filozofowie, pisząc, iż „kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku”. Znalazło to wyraz również w anonimowej twórczości ludowej: „Za Lenina – strzelanina. Za Stalina – dyscyplina”.

W takich warunkach może oczywiście rozkwitać „sto kwiatów”, ale tylko takich, które, na podobieństwo słonecznika, odwracają się zawsze w jedną stronę – w stronę Słońca Narodów. Wolność słowa, pluralismus – owszem, trzeba o tym mówić, żeby było ładniej, ale Ordnung – przede wszystkim. Toteż kiedy tygodnik „Wprost”, który uważam za organ razwiedki, a ściślej – tej jej części, która w 1993 roku w ramach strategii przetrwania poszła na kolaborację z prezydentem Wałęsą – ogłosił wypowiedzi, z jakimi miał do studentów zwrócić się Ojciec Tadeusz Rydzyk – wszyscy kandydaci na europejsów rzucili się na wyścigi, jeden przez drugiego, do potępiania, czując, że Wielki Brat, który przystąpił do porządkowania rynku medialnego w Polsce przed przesileniem rządowym, patrzy i notuje. Nie sposób wymienić wszystkich oburzonych; już prędzej można powiedzieć, jakie autorytety moralne nie zdążyły jeszcze zabrać głosu: chyba tylko Doda Elektroda i Mandaryna. Ale nic straconego; tylko patrzeć, jak zarejestrowani w IPN uczestnicy ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa zaczną zbierać podpisy pod jakimś „apelem sztokholmskim”, więc każdy zdąży. Jednak nie ma rzeczy doskonałych i ta masowa skwapliwość może doprowadzić do bałaganu, w którym zatraciłaby się słuszna linia.

Dlatego też warto odnotować program publicystyczny nadany 9 lipca w telewizji „Puls” z udziałem trzech publicystów reprezentujących chyba wszystkie, a w każdym razie główne słoneczniki, zatwierdzone do rozkwitania: pan red. nomen omen Lizut z „Gazety Wyborczej”, wybitny reprezentant „judeochrześcijan” pan red. Terlikowski i „siedoj, bojewoj kapitan”, czyli pan red. Rolicki, zasadniczo z „lewicy” a obecnie z „Faktu”. Communis opinio doctorum w tym składzie zgodnie uznała, że Radio Maryja nie ma racji bytu, bo emituje treści „antysemickie”. Jako ich przykład redaktorzy podali wypowiedź o „lobby żydowskim”. Mógłby ktoś pomyśleć, iż ci publicyści są tak mało spostrzegawczy, że nie zauważają słonia w menażerii. Tak źle z nimi nie jest; słonia oczywiście zauważają, podobnie jak sznur w domu wisielca, tylko wiedzą, że jest rozkaz, by o tym głośno nie mówić. Jedynie słuszna droga do socjalizmu jest już wytyczona, a kto z niej zejdzie, będzie potępiony, na razie na tym świecie, ale wszystko przed nami, bo przecież marsz dopiero się zaczyna.

Stanisław Michalkiewicz
drukuj