Domaganie się prawdy nie jest antyrosyjskie

Z prof. Romualdem Szeremietiewem, wiceministrem i p.o. ministrem
obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, wykładowcą Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Jacek Dytkowski

Gdyby miał Pan możliwość zadania pytań prowadzącym śledztwo w sprawie
katastrofy prezydenckiego samolotu, o co by Pan dopytywał?

– W miarę
upływu czasu pytań jest więcej, a nie mniej. To bardzo niepokojące. Katastrofa
prezydenckiego samolotu jest przecież wydarzeniem bez precedensu. Polska
otrzymała ciężki cios, a opinia publiczna coraz mniej wie na ten temat. Jedna
kwestia dotyczy przebiegu zdarzenia, a więc wypadku i oceny sytuacji na
lotnisku, które przyjmowało ten samolot. W tej kwestii rzeczywiście trzeba
współpracować z Rosjanami. Natomiast druga okoliczność, którą może ustalić
strona polska bez konieczności badania i współpracy z Rosjanami, to kwestia, w
jaki sposób została zorganizowana wyprawa do Smoleńska w Polsce. Słyszałem już
oskarżenia tego typu, że to Kancelaria Prezydenta tym się zajmowała. Wniosek z
tego miałby płynąć taki, że skoro tak było, a oni zginęli, „to nie ma o czym
mówić”. Tymczasem zapomina się o tym, że wykonywała lot jednostka, która
podlegała Bogdanowi Klichowi, ministrowi obrony narodowej. Ponadto ten samolot
miał bardzo wyraźne zadania do wykonania, mianowicie odpowiadał za transport
najważniejszych osób w kraju. Oznacza to, że ta tragedia ma skutki znacznie
dalej idące, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, funkcjonowanie i prestiż państwa,
niż – przepraszam, że tak powiem – normalna katastrofa lotnicza, gdzie giną
przypadkowi pasażerowie samolotu. To była specjalna misja i w Polsce zlecono jej
realizowanie i ochronę właśnie MON.

Z wiadomym skutkiem…
– Na ministrze obrony narodowej
ciąży odpowiedzialność, aby ta jednostka funkcjonowała w sposób właściwy, loty
odbywały się całkowicie bezpiecznie, piloci zostali należycie przeszkoleni oraz
by był zapewniony odpowiedni sprzęt. Tymczasem wszystkie te elementy były,
najdelikatniej mówiąc, nieodpowiednie. Można tu jeszcze dyskutować, na ile
zawinił obecny minister, a w jakim stopniu jego poprzednicy. Dlaczego nie
kupiono nowych samolotów, dlaczego piloci z doświadczeniem podawali się do
dymisji, rezygnowali z pracy itd.?

Wcześniejsza delegacja z premierem Donaldem Tuskiem była dobrze
przygotowana…

– Naturalnie, ale proszę pamiętać, że strona
rosyjska przyjmowała ją jako delegację oficjalną. W związku z tym o
bezpieczeństwo na lotnisku zadbały służby rosyjskie. Przylatywał Władimir Putin,
premier Rosji, więc nie sądzę, żeby tam w tak lekkomyślny sposób traktowano
podróże najwyższych urzędników państwowych, jak to się stało w przypadku
polskim. Te przygotowania nie odbyły się w odniesieniu do lotu z prezydentem
Lechem Kaczyńskim, ponieważ Rosjanie traktowali go jako wizytę prywatną.

Czyli część odpowiedzialności spada na MON?
– Absolutnie.
Uważam, że tutaj nie ma dyskusji. Należy zbadać, jak minister i podległe mu
jednostki wykonali swoje zadanie. Przypominam, że w jego dyspozycji są służby
tajne, które odpowiadają m.in. za ochronę naszych żołnierzy – a byli oni na
pokładzie razem ze zwierzchnikiem sił zbrojnych – również poza granicami
kraju.

Jakie minister Klich miał możliwości zapewnienia
bezpieczeństwa?
– Jeżeli minister chciał właściwie wykonać swoje
obowiązki i wiedział, że taki lot jest planowany, a lotnisko, na którym ma
wylądować delegacja polska z prezydentem na czele, nie jest najwyższej jakości
portem lotniczym, to należało wcześniej wysłać odpowiednią ekipę ludzi, którzy
sprawdziliby, jakie są warunki na miejscu. Chodzi przecież o bezpieczeństwo
państwa – czyli rzecz najważniejszą. Co więcej, sądzę, że strona rosyjska nie
przeszkadzałaby w tym zakresie, a nasi specjaliści powinni być obecni przy
obsłudze lotniska, kiedy samolot lądował. Natomiast my nawet nie wiemy, czy
ambasador czekał tam na prezydenta! Kto w ogóle na niego czekał? Kiedy
dowiedzieliśmy się, że nastąpiła katastrofa? Teraz na przykład okazuje się, że
inny był termin tego zdarzenia, niż wcześniej podawano. Są to problemy
wskazujące na to, iż mamy do czynienia z co najmniej lekkomyślnym bałaganem. Nie
ulega dla mnie jednak wątpliwości, że jest to skandaliczne zaniedbanie
obowiązków. I teraz pytanie jest takie: czy premier Donald Tusk jest w stanie
podjąć działania, zbadać i wyjaśnić tę sprawę opinii publicznej, czy też
nie.

W 2008 r. rozbił się samolot CASA z oficerami lotnictwa na
pokładzie…
– Po tym wypadku minister Klich powiedział, że zmiany
już nastąpiły i teraz wszystko jest w porządku. Procedury są zachowane,
przestrzegane. Nawet sugerował, że MON jest gotowe udzielić tych rozwiązań innym
resortom. Tymczasem katastrofa samolotu z prezydentem świadczy o
nieodpowiedzialności ministra. To przekroczyło wszystkie możliwe standardy i
granice dopuszczalności. Nie może tak postępować ważny urzędnik w państwie.

Jak Pan ocenia niepodjęcie starań o przejęcie śledztwa w sprawie
katastrofy?
– Niebezpieczne jest, że władze polskie nie odgrywają
aktywnej roli w tym śledztwie. Wyraźnie godzą się na to, co robią Rosjanie, i
mam wrażenie, że dają sobie wmówić wszystkie argumenty, które są po stronie
rosyjskiej, żeby nie podejmować tutaj żadnych działań. Dochodzi do sytuacji, że
domaganie się prawdy na temat rzeczywistych przyczyn katastrofy niekiedy jest
traktowane jako próba nawoływania do waśni i skłócenia z Rosjanami. A przecież
nie ma to z tym nic wspólnego. Wiadomo, że odpowiedzialni mogą być także po
stronie rosyjskiej. A jeżeli naprowadzanie samolotu było wadliwe, urządzenia
sygnalizacyjne informujące o lotnisku były w fatalnym stanie i jeśli miało to
wpływ na przebieg katastrofy – wtedy należy to ustalać czy też nie? I kto ma
zbadać tę sprawę? Przecież wiemy, że sugestia, iż winny jest pilot, pojawiła się
ze strony rosyjskiej zaraz po katastrofie. Było to później powtarzane przez
wszystkie agencje prasowe.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj