Czyżby pierwszy akt łaski nowego prezydenta?

W dniu zaprzysiężenia Bronisława Komorowskiego na urząd prezydenta RP
policja zwróciła Stowarzyszeniu Contra in vitro z Rzeszowa zaaresztowaną półtora
miesiąca temu lawetę. Tymczasem billboard przedstawiający obecnego prezydenta,
który wielokrotnie publicznie pochwalał tzw. kompromis aborcyjny, w zestawieniu
z zabitym w wyniku aborcji dzieckiem, wciąż pozostaje w rękach organów ścigania.

Sprawa ciągnie się od 16 czerwca br. i ma związek z akcją billboardową podczas
kampanii prezydenckiej, kiedy na ulicach Rzeszowa pojawił się samochód z lawetą,
na której widniał plakat ze zdjęciem Bronisława Komorowskiego i zabitego
ludzkiego płodu. Pod zdjęciami widniały napisy: "Marszałek Komorowski popiera
kompromis aborcyjny" i "Kompromis aborcyjny zabija chore dzieci". Akcja na dzień
przed wizytą Komorowskiego w Rzeszowie wywołała stanowczy sprzeciw posła Tomasza
Kuleszy (PO), który doszukując się zniesławienia ówczesnego marszałka Sejmu,
zgłosił ten fakt na policję. Ta zatrzymała samochód i zaaresztowała przyczepkę z
billboardem, która przez półtora miesiąca nie mogła wrócić do właściciela.
Sprawa nie znalazła finału w sądzie, bo Prokuratora Rejonowa dla miasta Rzeszowa
jeszcze przed wszczęciem dochodzenia umorzyła śledztwo, nie znajdując interesu
społecznego do objęcia ściganiem z urzędu czynu prywatno-skargowego. Również
sztab Bronisława Komorowskiego zrezygnował z dochodzenia racji. Wprawdzie
prokuratura orzekła o zwrocie lawety właścicielowi, ale bez billboardu. Dlatego
Jacek Kotula, prezes Contra in vitro, złożył do Sądu Okręgowego w Rzeszowie
zażalenie na bezprawność postanowienia prokuratury dotyczącego zatrzymania
lawety i billboardu. Kiedy pod koniec lipca Kotula zgłosił się na policję po
odbiór lawety, usłyszał, że jest to niemożliwe. Natomiast prokurator Łukasz
Harpula, zastępca prokuratora rejonowego dla miasta Rzeszów, powiedział nam, że
laweta wraz z billboardem zostaną zwrócone właścicielowi wówczas, kiedy będą
zbędne dla potrzeb postępowania związanego z zażaleniem, jakie złożył Jacek
Kotula. Urażony szef Contra in vitro zagroził, że w razie dalszej zwłoki
prokuratury co do zwrotu jego własności zwróci się o wyjaśnienie tej sprawy do
prokuratora generalnego i rzecznika praw obywatelskich. W czwartek wieczorem w
domu Jacka Kotuli pojawiło się dwóch policjantów, którzy poinformowali, że
przyczepka jest do odebrania następnego dnia. – Kiedy w piątek przybyliśmy na
policyjny parking, doszliśmy do wniosku, że jeżeli nie chcą nam zwrócić
billboardu, tylko samą przyczepkę, to niech go ściągną sami. My nie będziemy do
tego przykładać ręki. Tak więc kilku policjantów bez naszej pomocy samodzielnie
odcinało billboard od lawety – relacjonuje szef Contra in vitro. Mariusz
Dzierżawski, członek Rady Fundacji PRO, powiedział "Naszemu Dziennikowi", że
zatrzymanie lawety z billboardem to bardzo niebezpieczne zjawisko, które wiąże
się z wykorzystaniem aparatu państwowego: prokuratury i policji w interesie
konkretnej grupy politycznej. – To nic innego jak psucie państwa – uważa
Dzierżawski. – Billboard pokazuje prawdę, o której niektórzy woleliby zapomnieć.
Tymczasem takie są fakty – dodaje Dzierżawski. Jego zdaniem, zatrzymanie
billboardu przypomina mu peregrynację Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w
czasach PRL, który został zaaresztowany, a po kraju wędrowały same ramy obrazu i
paschał. – Władcom PRL, ale także dzisiejszym rządzącym wydaje się, że prawdę
można ukryć, można ją schować, lecz to tylko złudzenie. Prawda zawsze wyjdzie na
jaw – komentuje Mariusz Dzierżawski.

Komorowski wciąż w rękach policji

Zdaniem Jacka Kotuli, działania, jakie podjęto wobec jego osoby 16 czerwca,
miały znamiona gry politycznej. Zaaresztowanie lawety uważa za utrudnianie
działań społecznych, które są przedmiotem pracy stowarzyszenia, jawnym
pogwałceniem Konstytucji i karygodnym przykładem łamania prawa do wolności
słowa. – Przez ponad półtora miesiąca przetrzymywano nam przyczepkę, tym samym
uniemożliwiając działalność, która nie ogranicza się przecież jedynie do
pokazania społeczeństwu poglądów Bronisława Komorowskiego, ale jest znacznie
szersza. Teraz nam się zwraca przyczepkę. Czyżby to był pierwszy akt łaski
nowego prezydenta… – zastanawia się Jacek Kotula. Zdaniem szefa Contra in
vitro, takie rozwiązanie jest jednak tylko połowicznym rozwiązaniem sprawy. –
Być może prokuratura i policja chciały jakoś wyjść z twarzą z tej sytuacji i
zdecydowały się przynajmniej na taki krok. Chcę podkreślić, że laweta jest nam
niezbędna do dalszej naszej działalności – wyjaśnia Kotula. Stowarzyszenie znane
z akcji prospołecznych przygotowuje się bowiem do zbierania stu tysięcy podpisów
pod wnioskiem o uchylenie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. W
obecnym kształcie ogranicza ona swobody obywatelskie, a ponadto sprawia, że
rodzina jest kojarzona z przemocą. Akcji towarzyszyć będzie specjalny billboard.
Ponadto, wzorem parlamentu litewskiego, który w ubiegłym roku przegłosował
ustawę o ochronie nieletnich, stowarzyszenie chce również wprowadzenia w Polsce
prawa, które zakazywałoby promocji stosunków homoseksualnych, biseksualnych i
poligamicznych. – W związku z tym, że nasi parlamentarzyści w sposób mało
zdecydowany działają w tym zakresie, sami chcemy przekonać Polaków o słuszności
takich działań. Dlatego przygotowujemy się do akcji zbierania podpisów pod
obywatelskim projektem ustawy o całkowitym zakazie propagowania homoseksualizmu
w Polsce – zapowiada Jacek Kotula.
Billboard z Bronisławem Komorowski i zamordowanym w wyniku aborcji dzieckiem
wciąż pozostaje w rękach policji. Czy i kiedy wróci do właściciela – nie
wiadomo. Wiadomo natomiast, jak zresztą informowaliśmy na łamach "Naszego
Dziennika", że sprawa znajdzie swój finał w sądzie kościelnym. Inicjatorzy akcji
billboardowej wnieśli pozew przeciwko posłowi Kuleszy (PO), który na łamach
jednej z lokalnych gazet nazwał ich "ateistami" i "praktykującymi
niewierzącymi".

Mariusz Kamieniecki

drukuj