Czy musiało tak się stać?

Dlaczego? To pytanie nie przestaje rozbrzmiewać od sobotniego
poranka. Przeklęta ziemia, jak zwykło się mówić o Lesie Katyńskim, pochłonęła
następne ofiary. Czy musiało tak się stać? Dlaczego Polska znów jest dotkliwie
doświadczana cierpieniem? W jaki sposób człowiek wierzący powinien przeżywać
tragedię? W którą stronę spoglądać?…

Na większość pytań nie ma odpowiedzi. I nie ma sensu szukać ich na siłę.
Przekroczenie tej granicy grozi osunięciem się w banał, błądzeniem w
ciemnościach. Każda próba racjonalizacji śmierci, szukania ukrytych przyczyn,
metafizycznych teorii jest bezsensowną retoryką – plastrem, który nakleja się na
ranę ze świadomością, że być może będzie ona mniej widoczna, ale nie umniejszy
bólu, nie zniweluje cierpienia. Ze śmiercią trzeba się zmierzyć, także z tą
pozornie bezsensowną – spojrzeć jej odważnie w oczy, wyjść poza emocje, sięgnąć
wzrokiem poza jej horyzont. Tylko tam jest ukryta odpowiedź. Ale od „naszej”
strony granicy życia nie da się jej dostrzec…
Śmierć jest wpisana w ludzkie
życie. Wiemy przecież o tym, ale zarazem zaakceptowanie jej należy do
najtrudniejszych ze wszystkich rzeczy, z jakimi przychodzi nam się w życiu
zmierzyć. W suplikacjach śpiewamy: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw
nas, Panie”. Niespodziewanej, tzn. takiej, która pozostawia człowieka bez szans
na poukładanie ważnych spraw, pojednanie, bez możliwości odważnego spojrzenia za
siebie i przed siebie, bez uświadomienia sobie kierunku wędrówki, którą za
moment trzeba będzie podjąć.
Ludzie wybierający drogę na skróty czasem mówią:
„Bóg tak chciał”. To nieprawda. On nie chce śmierci – jest Bogiem żyjących. Dał
nam wolność, a wraz z nią przyszła śmierć. Sam zapłacił za to najwyższą cenę,
kiedy przybito do krzyża Jezusa Chrystusa. Jego wielkość polega na tym, że nawet
ze śmierci może wyprowadzić dobro. Ufamy, że stanie się tak i tym razem, a
tragedia, która na wieki spięła niewidzialną nicią wydarzenia, oddzielone od
siebie siedmioma dziesięcioleciami burzliwej historii, zaowocuje dobrem. Jakim?
Tego jeszcze nie wiemy, ale pierwsze znaki już wyraźnie widać.
Co robić,
kiedy przyjdzie zmierzyć się z umieraniem w sposób tak dosłowny, jak to się
stało w sobotni poranek? Jak się zachować, gdy niespodziewanie zawita w progi
domu, okryje kirem żałoby przyjaciół, bliskich? Przede wszystkim słuchać. Jest w
nas ukryta pokusa, by wbrew temu, co podpowiada intuicja, śmierć zarzucić
słowami, sloganami, zakryć emocjami. Tak było, kiedy odszedł Jan Paweł II.
Emocje wypaliły się szybko, słowa przyprószone szarzyzną życia zamieniły się w
albumowy banał. Jedność, solidarność bólu stały się okazjonalne i w perspektywie
czasu nic nieznaczące. Milczenie, którego domaga się tragiczna chwila, stwarza
szansę na to, że człowiek usłyszy coś więcej niż tylko słowa niedowierzania,
dostrzeże perspektywę szerszą niż tylko współczucie, własne skamienienie i
smutek. W pełnej pokory ciszy, w towarzyszeniu pogrążonym w żałobie udaje się
usłyszeć coś, o czym można tylko pomarzyć w zgiełku życia: że tylko w Bogu
„przemijanie ma sens” (Jan Paweł II). Poza Nim śmierć jest absurdem, stoczeniem
się w nicość, bezsensem. Rozumiemy to. Dlatego tak wiele osób w sobotę,
niedzielę udało się do świątyń, modliło się przy Pałacu Prezydenckim, na Wawelu.
Msze św. celebrowano w polowych namiotach żołnierzy w Afganistanie, Iraku, w
katedrach i małych wiejskich kościółkach. W takich chwilach człowiek nie chce
być sam. Szuka drugiego, czując, że wydany tylko sobie nie udźwignie bólu. Przed
obliczem Pana Boga druga strona życia, choć nadal pozostająca tajemnicą, staje
się realna. Nie przeraża. Zostaje otulona nadzieją. To jej szukaliśmy.
Polacy
w sobotę wyszli z domów, wyciszyli się, zaczęli się wspólnie modlić. I to jest
druga ważna lekcja: w śmierci przeraża nas nie sam jej fakt, ale to, że wobec
niej człowiek zawsze staje sam, nic nie może już zrobić. Stawia go ona w
perspektywie nieuchronności. Jest jedno miejsce, gdzie wtedy czuje się on
najbezpieczniej: pod krzyżem. Tu śmierć została pokonana, jej bramy zostały
strzaskane. Stało się to mocą Jezusa Chrystusa. W tym miejscu człowiek nigdy nie
jest sam. I jeśli szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego?, to przy Nim
najłatwiej ją odnaleźć. Tu śmierć jest przezroczysta.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj