Czy mamy szanse na trwałe małżeństwo?

Niedawno do jednej z audycji poświęconych rodzinie, w której była mowa o pięknie, a zarazem o wysiłku i trudzie, jaki wiąże się z powołaniem małżeńskim, dodzwonił się młody mężczyzna. Powiedział, że widzi piękno i wartość takiego życia, ale nie jest ono dla niego – dla niego jest to nierealne, więc z góry już rezygnuje. Smutny miał głos. Nie wierzył, że coś takiego jak udane życie w małżeństwie może być jego udziałem.

Nie dowiedziałam się, jaka jest jego sytuacja rodzinna, dlaczego tak myśli. Potem uświadomiłam sobie, że wielu młodych ludzi doświadczyło w swoim życiu ogromnej tragedii – rozpadu więzi małżeńskiej ich rodziców, co często kończy się rozwodem. Przeżycie takiego dramatu nie pozostaje bez wpływu na psychikę dzieci, ich podejście do życia, na podejmowane przez nich decyzje.

Dane statystyczne są alarmujące. Mówi się aktualnie o 40 proc. par, które się rozwodzą. Niesamowity wzrost liczby rozwodów – aż o 20 proc. – nastąpił w ciągu ostatnich 10 lat. Można sobie wyobrazić, jak wielka jest liczba dzieci dotkniętych do głębi swojego jestestwa rozpadem małżeństwa swoich rodziców. U wielu młodych ludzi rodzą się pytania, czy są oni zdeterminowani decyzjami rodziców, czy pomimo dobrej woli i starań ich małżeństwo również musi się rozpaść, i czy wobec tego lepiej w ogóle nie podejmować decyzji o zawarciu małżeństwa.


Co decyduje o trwałym młżeństwie?

Mieliśmy okazję z mężem śledzić kolejne etapy pisania przez naszą znajomą pracy habilitacyjnej dotyczącej wpływu dzieciństwa na późniejsze życie w małżeństwie i rodzinie. W pięciu wyodrębnionych grupach różniących się jakością przeżyć w dzieciństwie analizowała ona oczekiwania wobec małżeństwa, wzajemną bliskość i więź małżonków, poziom zaspokojenia podstawowych potrzeb, akceptację wartości. Wnioski wydawały się oczywiste: autorka pracy ogólnie stwierdziła, że osoby, które były kochane w dzieciństwie, mają bardziej pozytywny obraz małżeństwa i rodziny, mocniej wierzą w miłość współmałżonka, w małżeństwie czują się bezpieczniej. Ciekawe było stwierdzenie, że małżeństwo kobiety mającej pozytywne doświadczenia z dzieciństwa z mężczyzną pochodzącym z rodziny negatywnej ma większe szanse na wyższą „jakość” związku, niż w sytuacji odwrotnej.

Praca pokazała też, że osoby mające pozytywny obraz każdego z rodziców, lecz złe doświadczenia płynące z wzajemnych negatywnych stosunków między rodzicami, mają duże problemy z zaufaniem do innych, co odbija się na „jakości” więzi w ich własnych małżeństwach i rodzinach.

Nasza znajoma musiała przeprowadzić bardzo dużo ankiet wśród małżeństw o różnej kondycji. Zasygnalizowaliśmy jej, że chętnie wypełnimy jedną z nich, lecz okazało się, że nie jesteśmy wiarygodni, ponieważ nie mamy jeszcze pięciu lat stażu małżeńskiego. Należelibyśmy do najgorzej rokującej na przyszłość grupy badanych małżeństw (obydwoje z mężem pochodzimy z rodzin dotkniętych rozpadem więzi rodziców i w efekcie rozwodem). No cóż, dzisiaj mielibyśmy ten staż z nadmiarem.


Dobra Nowina dla wszystkich

Czytamy różne opracowania, statystyki, rozglądamy się wkoło i często ogarnia nas przerażenie i zwątpienie w sens podejmowanych wysiłków, „bo przecież i tak się nie uda”. Negatywne przykłady naszych rodziców i znanych nam małżeństw osłabiają nadzieję i powodują, że zapominamy o Dobrej Nowinie, która dotyczy również małżeństwa i rodziny. Mamy też znajomych, przyjaciół z rodzin negatywnych, a jednak zawarte przez nich małżeństwa są – najogólniej mówiąc – udane.

Na szczęście prawda nie zależy od liczby osób nią żyjących (chociaż niewątpliwie fakt, że wielu ludzi nią żyje, mógłby być wsparciem dla innych) i w żadnym razie statystyki nie determinują naszej osobistej drogi. Nie chcemy być „jednostkami” do analizy i badań. Nie chcemy należeć do jakiejś „grupy” badanych, którym się udało lub nie. Każdy z nas w głębi serca pragnie być potraktowany indywidualnie i do tego, co najważniejsze, z bezwarunkową miłością. Powstaje więc pytanie: Co robić? Do kogo się zwrócić?

Szkoda, że w wielu badaniach nie bierze się pod uwagę autentyczności wiary (żywej wiary) małżonków, ich nawrócenia się do Boga, roli zbawiającego Boga w ich życiu. Rozumiem, że trudno byłoby przeprowadzić takie ekspertyzy. Znamy również bardzo zgodne, kochające się małżeństwa, których dzieci podejmowały złe decyzje dotyczące ich własnych rodzin.

Psycholodzy mówią, że szczególnie ważnym zagadnieniem jest problem głębi i trwałości doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Pocieszają, że pomimo trwałości doświadczeń z tego okresu istnieje możliwość zmian. Dla mnie jest to słabe pocieszenie. Proponują terapie, które mają sens, ale są niewystarczające. Bo przecież jak, mając niskie poczucie własnej wartości, brak poczucia bezpieczeństwa i zaspokojenia innych podstawowych potrzeb oraz często poczucie winy za niewłaściwe postawy rodziców, można „bezkarnie” wejść w pierwszy etap terapii, który polega na poznaniu, zrozumieniu i przeżyciu głębokości traumatycznych doznań z dzieciństwa. Jest to przecież rozrywanie ran, coś w rodzaju śmierci. Jak wejść na drugi etap terapii, polegający na konfrontacji z rodzicami, określeniu własnych przeżyć z dzieciństwa i ich wpływu na dalsze życie, jasnym sformułowaniu dalszych oczekiwań i co najważniejsze – przebaczenia? Czy może zrobić to człowiek, który nie czuje się kochany? Jak w dalszym etapie zaafirmować samego siebie, jeśli nie akceptuje się siebie takiego, jakim się jest? Jak to zrobić, jeśli nie doświadczyło się prawdziwej akceptacji ze strony najważniejszych osób? Kolejnym etapem jest ustalenie oczekiwań od życia i analiza celu życiowego w świetle przyjętego systemu wartości. Powstaje pytanie, jakiego systemu wartości? Czy jakikolwiek w ogóle będzie pomocą?


Klucz do udanego małżeństwa

Jest Ktoś, komu na nas bardzo zależy jak żadnemu, nawet najbliższemu człowiekowi na świecie. Pokazał nam, jak bardzo nas kocha, umierając na krzyżu. Jego śmierć stała się dla nas nadzieją. On wziął na siebie wszystkie grzechy i wszystkie rany, jakich doświadczamy, i – co jest niezwykłe – wciąż nas szuka, pierwszy wychodzi do nas z miłością.

Tak naprawdę kobieta i mężczyzna od początku zostali włączeni przez Boga w trynitarną wymianę miłości. Bóg zamieszkał w człowieku, a człowiek stał się mieszkaniem Boga.

Po grzechu pierworodnym przez łaskę sakramentu chrztu świętego zostaliśmy wprowadzeni znowu w ten miłosny obieg. Chrzczeni jako maleńkie dzieci, często później nie zdajemy sobie sprawy z daru, jaki otrzymaliśmy. Żyjemy poza obiegiem miłości, radząc sobie ze swoim życiem i układając je po swojemu. Dlaczego części osób pochodzących z tzw. rozbitych rodzin „udaje się” stworzyć dobre rodziny? Mogę powiedzieć to z własnego doświadczenia i patrząc na rodziny niektórych przyjaciół, że są to ludzie, którzy w życiu doświadczyli przyjścia Boga – Miłości, i – co jest bardzo ważne – odpowiedzieli na Jego zaproszenie. Uchwycili się Go mocno z wielką determinacją i konsekwencją, bo gdzież poza Nim możemy szukać ratunku. A dalej? Trzeba iść za Nim dzień po dniu i wtedy, wiedząc, że jesteśmy bezwarunkowo kochani, możemy przystać na Bożą „terapię”. Czując się kochani, możemy spojrzeć odważnie wstecz, poznając głębokość traumatycznych sytuacji z dzieciństwa. Tak naprawdę to Jezus nam je pokazuje i przeprowadza nas przez to doświadczenie jakby egzystencjalnej śmierci. On uzdrawia nasze rany, On mówi nam, że trzeba przebaczyć (co wcale nie znaczy zbagatelizować ciosy, które się otrzymało), On dalej pomaga nam zaakceptować, pokochać siebie. Pomaga w tym fakt, że On nas kocha i widzi w nas wielką wartość (On za każdego z nas oddał życie). No i dalsza droga, tzw. trzeci etap „terapii” – ustalenie celu życiowego. Tym celem jest Bóg – Miłość, a drogą – podążanie za Nim zdecydowanie, bez półśrodków. Mamy wielką pomoc na tej drodze w postaci sakramentu pokuty, Eucharystii. Jemu stale zależy na nas. W tym trudnym procesie przemiany Jezus nieustannie nam towarzyszy. Tylko autentyczna, żywa wiara, która jest darem Boga (On ją każdemu chce dać) i naszą odpowiedzią na ten dar, może nas, tak często poranionych, przemienić, byśmy byli znowu zdolni coraz bardziej włączać się w ten „rodzinny” obieg miłości wewnątrz Boga.


Nowe narodzenie

Dlaczego wiele osób nie doświadcza uzdrawiającego spotkania z Bogiem? Jest to na pewno osobista tajemnica każdego człowieka, ale można powiedzieć, że powtarza się scenariusz z czasu grzechu pierworodnego: diabeł wmawia nam na różne sposoby, że Bóg nas oszukuje, że nie chce dla nas dobra, a my Mu nie ufamy. Nasza pycha powoduje, że uważamy się za źródło, z którego wszystko pochodzi: „wiem”, „mogę”, „zdobędę”. Nie otwieramy się na Jego dar, chcemy być niezależni. Ludzie zranieni przez swoich rodziców nie chcą już nic przyjmować od Niego. Pycha powoduje również, że nie chcemy się dzielić. Zamykamy się w patologii egocentryzmu. „Wszystko dla mnie”. Nie otrzymujemy wtedy życia od Boga, nie rozpoznajemy własnej tożsamości przed Jego obliczem, doświadczamy namiastki istnienia, opierając się na udawaniu, posiadaniu czy władzy.

Pycha zakłóca relacje z drugim człowiekiem. Jesteśmy wtedy skłonni do postawy niezależności lub właśnie zależności od drugiego: wchodzę w kontakt, by panować nad drugim, lub pozwalam panować nade mną, mając nadzieję, że to przywróci moją tożsamość.

Musimy przeżyć nowe narodzenie, a jest ono jakby śmiercią, której się boimy – boimy się stracić to, do czego jesteśmy przywiązani. W rzeczywistości znikają tylko pozory, a nasza prawdziwa istota wewnętrzna ze zdolnością do kochania pozostaje nietknięta. Jest to droga od infantylizmu, w którym również utrwaliły nas warunki życia w rozbitej rodzinie, do prawdziwej drogi dziecięctwa.


Moc w słabości się doskonali

Każda ludzka rodzina nie jest samowystarczalna ani doskonała. Wiele z nich jest „pękniętych”, co wcale nie musi oznaczać ich śmierci, lecz czas Bożej potęgi, która ujawnia się w słabości człowieka. Właśnie w tej szczelinie, gdzie człowiek, stając w prawdzie (pokora jest przeciwieństwem pychy), powierza Bogu swoje: niemoc kochania, kruchość i słabość, to, co niemożliwe – zdolność kochania aż do śmierci z miłości – staje się możliwe.

Jeśli w naszym życiu godzimy się – co jest bardzo trudne – na własną ułomność, słabość, ograniczenia, wydarzenia, których nie pojmujemy, upadki, choroby, nie próbując ich ominąć, i ufnie zwracamy się do Boga, jesteśmy wciąż w miłosnym obiegu Boga Trójjedynego.

Jest to niezwykle radosna nowina dla wszystkich najsłabszych, poranionych przez swoje własne rodziny. W te szczeliny ran, jeśli tylko na to pozwolimy, Bóg wlewa swoją moc.

Wielkim darem i pomocą jest Maryja. Oddanie się Jej prowadzi do odrodzenia człowieka, niesie ogromną pociechę w strapieniu, radość i pokój, ale również nie wyklucza walki. Maryja pociesza i napełnia każdego w tej sferze, w której brakowało miłości w dzieciństwie. Ona nas rodzi, a my, choć tego nie odczuwamy, poznajemy Jej działanie poprzez odnalezienie naszej tożsamości dziecka i odczuwamy coraz większą tęsknotę za Ojcem. Skłania nas do coraz głębszego kontaktu z Ojcem. Młodzi niechętnie poddają się leczeniu terapeutycznemu i tak naprawdę pragną autentycznego doświadczenia duchowego.

Uważam, że droga wiary, o której próbowałam pisać, jest jedyną nadzieją dla młodych ludzi, poranionych przez własnych rodziców.


Elżbieta Marek
drukuj