Czy kapusie między nami będą do końca świata?
„Oni”
i my. Potęga tajemniczych układów i – my, tacy bezradni, poczciwi,
kornie dający się spychać na najgorsze pozycje. Ofiary własnego lęku o
byt, ale i często marni w oporze, wszystko usprawiedliwiający mitem
niekończącej się dominacji „czerwonych” albo „kapusiów”. Taka jest cena
bezkrwawej rewolucji, długiego czasu przemian ustrojowych, gdy tyrani
przegrupowują się w mafie, a te przeistoczą się wkrótce, wraz z
pokoleniową wymianą – w sprawnie zarządzających, uczciwych kapitalistów.
Wbrew
pozorom spośród tych „słabszych” najszybciej przegrają bierni,
niedomagający się uznania własnych praw wynikających z podstawowego
prawa każdego człowieka, tj. prawa do sprawiedliwości.
Teraz
właśnie przekraczamy kolejny wysoki próg bezkrwawej rewolucji:
likwidacja WSI, oczyszczenie sądownictwa, odzyskanie zawłaszczonych
mediów publicznych…
A że postanowiliśmy kiedyś dokonać rewolucji pokojowymi metodami, to przychodzi nam płacić za te decyzje…
Gdy
Ojciec Święty uczył nas cierpliwości, wyrozumiałości i prawdziwego
znaczenia słowa „tolerancja”, to zwykle dodawał naukę o miłosierdziu –
że to obowiązek i jedna z najpiękniejszych cech, dróg katolika.
Wydawało się to takie proste: trzymać się Dekalogu i już uda się „być
katolikiem”.
Upływ lat, gromadzące się doświadczenia wynikające z
życia w wolnym, wciąż budującym demokrację, dorastającym do wolności
kraju ukazują, jak szalenie złożone, jak trudne to wyzwanie –
miłosierdzie… A miłosierdzie i kompromis to bardzo odległe sprawy.
Ostatnimi laty szczególnie się mieszają, a raczej – są mieszane,
zacierane…
Scena I. Październik 1984 roku
…stoję
przed bramą kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie. Msza św.,
zwykle o tej godzinie odprawiał ją ks. Jerzy Popiełuszko, „mój” ksiądz
Jerzy… Jak zwykle dużo ludzi, stoją przed kościołem, przed bramą, na
chodniku i dalej na skwerze. Mam tu „swoją” płytkę w chodniku,
charakterystycznie popękaną, zwykle na każdej Mszy św. u ks. Jerzego
stawałam w tym miejscu, by mieć poczucie miejsca, mój kawałek Polski,
mojej Warszawy. Ale tego dnia jest gęsta atmosfera, oczekiwanie i
niepewność… Gdzie jest ksiądz, czy go już wypuszczą, co nam opowie o
ostatnim zatrzymaniu, gdzie go przetrzymywali, może bili? I pewnie
będzie o tych ubekach mówił z cierpliwością, wyrozumiałością, z
miłosierdziem… A ja będę skwapliwie się od niego uczyć, jak dalej
znosić szykany, inwigilację. Jak dalej żyć w tej Polsce…
Czekamy,
ale Msza św. się opóźnia, księdza Jerzego wciąż nie ma, narasta w nas
napięcie, niepokój, lęk, wreszcie i złość… Ksiądz Teofil Bogucki,
proboszcz, prosi nas o cierpliwość, zaraz coś się wyjaśni. Ale już nikt
się nie modli, napięcie w tłumie przeradza się we wściekłość i bunt:
niech nam oddadzą księdza! Niech go wypuszczą! I nagle słyszę szepty:
bierzemy kamienie, płyty z chodnika, idziemy na „nich”, na KC, niech
nam oddadzą księdza! Bo dlaczego mamy tak stać biernie, jak bez niego
przeżyć kolejny tydzień?! Pamiętam do dzisiaj to nagłe, zaskakujące
poczucie siły. Przyglądam się „mojej” płycie w chodniku, obmyślam, jak
ją wyrwę z ziemi i pójdę tam, gdzie wszyscy, na KC…
Z ambony
kościelnej ktoś mówi do nas mocnym głosem, niemal krzyczy: „Oni tylko
czekają na pretekst do użycia siły! Ludzie, nie dajmy się sprowokować!
Nie będzie rozlewu krwi, nie będzie nienawiści, odwetu! Ksiądz Jerzy
nie chciałby tego! Ojciec Święty uczy nas, Polaków, miłości!”.
Opadły
emocje, z całą mocą dotarło do mnie odkrycie: jaka ogromna jest moc
psychomanipulacji, manipulacji w tłumie… I ten szept, słyszę go
wyraźnie za swoimi plecami: „Wyrywajcie płyty z chodnika, idziemy na
KC”… Taki iście diabelski głos. Czasem, gdy wydaje mi się, że już
więcej nie zniosę trudności, jadę do tamtej parafii postać chwilę na
„mojej” płycie z chodnika, usłyszeć walkę dwóch mocy, ten głos zza
ramienia i ten drugi głos: „Nie dajcie się sprowokować, 'oni’ tylko
czekają na to”.
Przy grobie księdza Jerzego odnajduję pełne potwierdzenie, czym jest wiara katolicka, tak prosta staje się w tym miejscu.
A
więc – „oni” żyją, nie siedzą w więzieniach, nikt ich nie katował ani
nie katuje. Co więcej, powodzi im się dużo lepiej niż nam. Mieszka im
się wygodniej, ich emerytury są wielokrotnie wyższe od naszych. To
„oni” tak często są dzisiaj panami codziennego bytu wielu z nas czy
naszych dzieci – są pracodawcami, właścicielami fabryk,
przedsiębiorstw, kopalni, banków, szkół…
To „oni” wymuszają
uległość, godzenie się na mobbingowe stosunki w pracy, rozpowszechniają
korupcję, deprawację, szydzą z naszej poczciwości, naiwnej wiary,
bezbronności.
„Oni” bezszelestnie rozdali między siebie majątek
państwowy, czyli nasz, podzielili role między utworzone przez siebie
„grupy nacisku”, weszli do władzy, do parlamentu, do aparatu kontroli
(MSW, policja itp.), do mediów.
Technika jest prosta, jak w
sekcie: jest „grupa nacisku”, a kontrolę nad „poddanymi” sprawuje się
banalnymi metodami – siejąc poczucie lęku i permanentnego zagrożenia.
Podkopując filary bytu, tj. wiarę i monolit Kościoła, wartość trwałej
rodziny. Dzisiaj Polacy żyją w nieustannym poczuciu zagrożenia przed
utratą pracy, zarobków, możliwości leczenia. A Kościół? Tyle przecież
zasiano zwątpienia co do „ojców duchowych”, by wmówić ludziom, że nie
ma gdzie szukać oparcia. Zostaje mamona, no i „moralny kompromis”.
Scena II. 1992 rok
Wiceminister
obrony narodowej. Dyskusja o oficerach politycznych w mediach.
Tłumaczę: zmienia się struktura mediów w kraju, szczególnie ważna jest
batalia o telewizję, aby była publiczna i służąca misji
informacyjno-edukującej. Chcę się dowiedzieć od ministra, co zamierza
zrobić z oficerami politycznymi Ludowego Wojska Polskiego pracującymi –
jak żołnierze – na etatach w MON, a jednocześnie od stanu wojennego
wciąż pozostającymi we współpracy z TVP. Odpowiedź: – Trzeba iść na
kompromis, nie można podejmować walki z tymi ludźmi, oni mają wsparcie
w służbach, w wywiadzie… Takie mają możliwości… No, sama pani
rozumie chyba, abyśmy mogli pełnić swoje funkcje, nie możemy zadzierać.
Zemsta nie jest wskazana…
Znowu próbuję: – Gdzie tu mowa o
zemście? Krzywda im się nie stanie, mają swoje oficerskie etaty w LWP,
służbowe wojskowe mieszkania i samochody, nikt im tego nie chce
odbierać!
A minister: – W polityce tak ważny jest kompromis…
Dzisiaj
ci sami oficerowie polityczni (nauczmy się rozróżniać: oficerowie
służący w wojsku, w jednostkach, to inna kwestia, to trochę jak
strażacy – zawsze w jakiejś „praktycznej” pracy, a polityczni – to
relikt najgłębszej komuny, od pół wieku kontrolującej dostęp obywateli
do ich prawa do wolności) pracują w wielu mediach, przede wszystkim w
Telewizji Polskiej. Któryś z nich jest rzecznikiem prasowym w wielkiej
charytatywnej organizacji. Inny robi doktorat w niby-naszej Akademii
Obrony Narodowej. Inny prowadzi czasopismo. Inny jest doradcą prezesa
TVP do spraw obrony tejże TVP… Czyżby nie było nowoczesnych
specjalistów w dziedzinie ochrony budynków i ludzi, czyżby nie
wykształcono ani jednego nowoczesnego, o europejskiej mentalności,
fachowca do np. ochrony TVP przed terroryzmem? Czy to jest ten
„kompromis”, dający takie głębokie poczucie własnego bezpieczeństwa?
Nie
chodzi o odwet, chodzi o mentalność i kontynuację powiązań
politycznych. Powiedzmy sobie wyraźnie: Ludowe Wojsko Polskie było
armią poddaną i służącą pod dowództwem sowieckim. Przygotowując stan
wojenny, gen. Jaruzelski zwrócił się osobiście do sztabu w Moskwie z
prośbą o przejęcie dowodzenia nad LWP. Być kapusiem KGB to jedno
przestępstwo, ale być sługusem KGB to dewiacja. Czym dziś uzasadniać
kontynuację tej dewiacji?! Mentalność oficera politycznego, wybranego
według zasady obowiązującej w PRL, tj. doboru negatywnego (mierny,
bierny, ale wierny – a zwłaszcza gdy „mamy haka na swojego”, np. czyny
przestępcze, dewiacje osobowościowe, nienawiść religijną czy rasową
itp.) – ta mentalność nie nadaje się do przemiany, tu pomóc może
nawrócenie. Ale uwaga: „nawróceń” koniunkturalnych w ostatnich latach
było sporo, szczególnie w dwóch okresach, przy dochodzeniu do władzy
Wałęsy i „Solidarności” i teraz, powtórnie, po zwycięstwie wyborczym
PiS.
Scena III. 1998 rok. Spotkanie wojskowe
Wśród
gości jeden z dyrektorów, potem wieloletni doradca prezesa TVP, dziś
skromny emeryt, ale ciągle obecny w gabinetach TVP. Oglądamy fotografie
z przygotowań do pielgrzymki Ojca Świętego. Prezes Kwiatkowski, ks. bp
Pieronek, ks. bp Chrapek, no i ów pan. I jeszcze pewien oficer LWP,
taki sympatyczny, uczynny, specjalista do spraw organizacji pielgrzymki.
I oni wszyscy razem, na jednej fotografii!
W
dziennikarskim świecie powszechnie wiadomo, że „ów pan” to dziennikarz
szczególnie zasłużony dla wywiadu wojskowego podczas inwazji wojsk
Układu Warszawskiego na Czechosłowację, współpracownik Moskwy. „Pewien
oficer LWP” to ogromnie oddany gen. Jaruzelskiemu specjalista –
nazwijmy to umownie – do kontroli kadr oficerskich w mediach…
Przyboczny prezydenta Kwaśniewskiego, organizator jego biura filmowego
itp.
Tak, środowisko dziennikarskie to wie, bo styka się z tym na co
dzień. A księża biskupi? Mogą tego nawet się nie domyślać… Zapewne…
Kilka
lat wcześniej powstaje film o Prymasie Polski ks. kard. Józefie
Glempie. Taki sobie film, niewielu go widziało, na szczęście. Kto jest
autorem? Rzekomy reżyser, miły, nobliwy pan, wieloletni lektor w
PZPR… A o funduszach na taką długą, kosztowną realizację, decydują…
panowie wymienieni powyżej. W tym czasie nie ma już środków na
najbardziej oszczędne produkcje filmowe wypróbowanych, profesjonalnych
twórców filmowych w TVP czy np. dla absolwentów wyższej szkoły
filmowej… Cóż, układ działa.
Jakie zagrożenia niosą takie
„kompromisy”? Po pierwsze, mamy do czynienia z fachowcami inwigilacji,
budowania choćby portretów psychologicznych, tzw. prowadzenia osoby
(obserwacja osoby, mapa kontaktów, ewentualne uzależnienia np. od
alkoholu, narkotyków i innych), uzależnianie osoby prowadzonej (np. od
ewentualnych awansów, zysków, budowania iluzji władzy). Po drugie,
blokada czy ograniczanie dostępu tzw. uczciwych, czystych ludzi – do
osób z wyższej strefy wpływów, daje także to poczucie opuszczenia,
osamotnienia i niemocy osób zasłużonych dla obrazu Kościoła,
„Solidarności”, dobrych katolickich inicjatyw, także i dziennikarzy
próbujących odbudowywać katolickie, narodowe media.
Tu także wkracza
trzecia metoda służb: plotka. Najczęściej oczerniająca, brukająca,
skierowana przeciwko danej wartościowej jednostce, która mogłaby, mając
odpowiednie zaplecze, poparcie (np. księdza biskupa czy środowiska
prawicowego itp.) stać się kimś wpływowym, zyskać stanowisko czy dobrą,
pewną pozycję zawodową i integrować wokół siebie konstruktywną, uczciwą
grupę fachowców (tu widoczny przykład blokowania inicjatyw powstających
i upadających błyskawicznie mediów katolickich, TV czy prasy, akcji
katolickich, rozpady redakcji katolickich czy polityczno-prawicowych,
usuwanie z pracy dziennikarzy prawicowych, katolickich i po prostu –
niekorumpowalnych). Także plotka przeciwko swemu „prowadzonemu” –
przecież pozyskując portret psychologiczny, fachowy prowadzący wie, jak
uderzyć w środowisko wspierające np. księdza Prymasa, w niego samego…
Jak manipulować wizerunkami innych jego współpracowników, duszpasterzy,
aby i on sam zagubił jasność i przenikliwość spojrzenia.
Scena IV. 1995 rok
Miejsce: gabinet szefowej redakcji wojskowej w TVP.
Kulminacja
przygotowań do pierwszej transmisji satelitarnej z planowanych
pierwszych w dziejach uroczystości religijnych i państwowych w Katyniu.
Gość szefowej: osoba widywana w pobliżu księdza prałata Zdzisława
Peszkowskiego, zamożny ochotnik – wolontariusz, spieszący z pomocą
starszemu już świadkowi mordu katyńskiego.
Pan wchodzi do gabinetu
ze sporą czarną teczką. Ubiór pana zdumiewający – jak ze sklepu w
Moskwie, tam, gdzie politrucy ubierali się elegancko na specjalne
„tałoncziki” dla swoich. Bez ceregieli pan kładzie teczkę na biurku
szefowej. Mówi: – Umówmy się, nie będzie pani nagłaśniać księdza
prałata, nie będzie go nigdzie w pani programach ani w programach
kierowanej przez panią redakcji, przez najbliższe trzy lata… A to, co
w teczce, to dla pani.
Pan otwiera teczkę: jest wypełniona
pieniędzmi! Szefowa woła swoją asystentkę: – Zobacz, Zosiu, co mi pan
tu przyniósł. I poproś tu pana redaktora Karola, to taki sprawny
oficer. Asystentka Zosia wraca z oficerem, to zweryfikowany fachowiec,
uczciwy, profesjonalny. Szefowa prosi ich obydwoje, aby natychmiast
wyprowadzili pana z budynku telewizji. Natychmiast powiadamia księdza
Peszkowskiego, a także prawnika… Po kilku latach dowiem się, że ów
prawnik należał do grona bardzo zaprzyjaźnionych z salonami, powiedzmy,
prezydenckimi…
Tak, już wcześniej byłam w podobnej sytuacji. Gdy
przychodzili np. przedstawiciele agencji handlujących bronią,
proponowali kryptoreklamę w zamian za np. wczasy z generalicją LWP (w
latach 1994-1995, gdy kierowałam Naczelną Redakcją Programów Wojskowych
i przeprowadzałam jej restrukturyzację, powstawały zręby
restrukturyzacji wojska i wstąpienia do NATO; Układ Warszawski dopiero
się rozpadł, a pełne członkostwo w NATO uzyskaliśmy niedawno, w 1999
roku!).
Każda tego rodzaju prowokacja, próba korupcji, jej
odrzucenie, dla kobiety działającej bez jakiegokolwiek zaplecza,
własnej „grupy nacisku”, pociągała za sobą dolegliwe skutki – plotka,
oczerniająca lub ośmieszająca, utrudniająca tak skuteczne działania
zawodowe, jak i życie prywatne. Ale także pozwalała zdobywać coraz
większą wiedzę o rzeczywistości politycznej, medialnej w okresie
największych szans na odbudowę wolności słowa, niezależności medialnej
w Polsce (moja „grupa wsparcia” wywodząca się z „S” rozpadła się około
1994 roku).
Scena V. 1995 rok
Miejsce wydarzenia: budynek MON, tzw. dom bez kantów, przy placu Piłsudskiego w Warszawie.
Wiosenny,
słoneczny ranek. Niedawno funkcję wiceministra obrony narodowej objęła
Danuta Waniek. To nic, że nie kończyła żadnych wojskowych akademii, że
nie była nawet na najkrótszym kursie w kwaterze NATO, przecież jej
przyjaciel z SLD jest prezydentem, a więc i zwierzchnikiem Sił
Zbrojnych, więc tu liczy się nie fachowość, ale zaufanie i lojalność
polityczna. Szefowa redakcji wojskowej powinna zadbać – obie panie
powinny umieć o to zadbać – o dobre relacje, o dobrą współpracę „ponad
podziałami” departamentów kierowanych przez panią wiceminister obrony i
dziennikarzy, w tym byłych oficerów politycznych, pracowników redakcji
obronnej kierowanej przez dziennikarkę. Taka tu różnica, że
dziennikarka z drugiej flanki, przezywana „kościółkową”, związana z
„S”, jest absolwentką Akademii Obrony Narodowej – podyplomowego studium
związanego ze strategią bezpieczeństwa narodowego RP, absolwentką kursu
w Pentagonie, Norfolk, Kopenhadze…
Pani minister jest bardzo
elegancka, serdeczna, częstuje domowym ciastem. Szefowa redakcji wręcza
jej książkę o Katyniu, z autografem świadka Katynia. Obie panie miło
rozmawiają o programowej linii redakcji. Pani minister szczerze
informuje o niedawnej… wizycie grupki oficerów politycznych LWP,
pracujących w TVP – ze skargą na szefową, z prośbą o interwencję i
doprowadzenie do usunięcia jej ze stanowiska. Ale pani minister jest
wrażliwą i zorientowaną w układach politycznych kobietą, gardzi
donosicielstwem, docenia profesjonalizm dziennikarki. Pociesza: – Niech
pani się nie boi, mam ważniejsze sprawy niż wyrzucanie pani z pracy
(dreszcz przechodzi dziennikarkę, podobno „najważniejszy kompromis”,
porozumienie ponad podziałami, więc jak mam pracować z oficerami,
nagradzać ich, znosić ich obelgi, plotki, walczyć z ich pijaństwem,
wytrzymywać wszelkie upokorzenia, a tu… nie o to chodzi, aby dobry
był program w telewizji, aby TVP była misyjna, aby widz otrzymał
prawdę, za którą płaci?! To pani minister trzyma moje losy w garści,
ona jedna?).
Pani minister dolewa kawki, zachęca do pysznego
biszkopciku. Naprawdę, była dla mnie wtedy bardzo serdeczna. Czepiam
się tego „matczynego ciepła” promieniującego od pani minister, próbuję
przekonywać, że ufam, że się porozumiemy, że zdołamy zapewnić
stabilizację dziennikarzom w redakcji, że kompromisy są dla mnie
zdecydowanie za trudne, ale każdy uczciwy, rzetelny dziennikarz, bez
względu na przeszłość zawodową, ma w mojej redakcji zapewnione dobre
warunki pracy, są środki techniczne i finansowe. Ale czuję, że pani
Danusia jakoś mnie nie słucha, skupiona na innej myśli. Aż wreszcie
przerywa mi, patrząc badawczo w moje oczy, lodowato pyta: – Dziewczyno,
ty sama tam nie dasz rady z tą redakcją, z wojskowymi, w telewizji!
Obudź się! Powiedz mi, tak otwarcie, a kto za tobą stoi?!
Nie
zrozumiałam pytania, nie byłam na nie przygotowana… Łapiąc oddech,
zaskoczona, odruchowo odwróciłam się, jakby ktoś ukryty jednak za mną
stał. Ujrzałam śliczną, ozdobną firankę zwiewnie poruszającą się na
zefirku wiosennym z otwartego na oścież ministerialnego okna… W
oddali był rozległy plac Piłsudskiego… Miejsce po krzyżu, gdzie
modlił się z nami Papież w 1979 roku… A na wprost był Grób Nieznanego
Żołnierza…
W zupełnej ciszy patrzyłam za siebie, docierał do mnie
paradoks sytuacji, abstrakcja moich skojarzeń, których ona, pani
minister w mojej wolnej Ojczyźnie, na pewno by nie zrozumiała… Że za
mną stoją ONI, jedynie te wielkie symbole narodowe… Mój Ojciec
Święty…
Przejmujące było to poczucie osamotnienia. I ta cisza,
która zapadła między nami, dwiema Polkami, w wiosenny poranek, w sercu
stolicy, w naszej wspólnej wolnej Ojczyźnie…
Mam taki swój
„przewodnik po życiu codziennym w Polsce i na świecie”, malutką
formatem książeczkę, mieści się do dziennikarskiej, nawet i damskiej
torebki. „Serce pragnie sensu” („Motywy życia i nadziei”, wybór z nauki
Jana Pawła II). Jest tam i takie zdanie: „…może zmienić się struktura
polityczna lub ustrój społeczny, lecz bez zmiany serc i sumień nie
zostanie osiągnięty sprawiedliwszy i trwały porządek społeczny”.
Pani
minister obrony przez kilka następnych lat rządziła KRRiT, w jej gestii
były i nowe koncesje, i wpływy programowe, i wpływy jej grupy na
personalne losy i kariery dziennikarskie. Nie było mowy o
„kompromisach”.
Reprezentowała interesy nie „widza” czy „misji
publicznych”, a mówiąc wprost – jej grupy nacisku politycznego, ludzi
prezydenta Kwaśniewskiego. Na porządku dziennym były czystki w mediach,
w TVP, odcinanie dziennikarzy od pracy i odbudowanie pozycji byłych
oficerów politycznych. Przetrwali do dzisiaj. Jeden wybrany i mianowany
jeszcze przez generalicję z Głównego Zarządu Politycznego LWP, inny z
Wojsk Ochrony Pogranicza (nie chroniły one granicy przed wrogiem, ale
służyły inwigilacji społeczeństwa i upilnowania go przed ewentualnymi
ucieczkami na Zachód czy przed próbami przemytu „bibuły”)… Inny
„opiekuje się” pewną decydentką prowadzoną jeszcze przez dowódcę
Warszawskiego Okręgu Wojskowego… a w gestii tej damy są poważne
decyzje programowe, personalne, finansowe.
Po stanie wojennym
Komitet Obrony Kraju, wraz z ludźmi gen. Jaruzelskiego uplasowanymi w
wielu porównywalnych rolą do TVP instytucjach w kraju, umocnił pozycję
i zasięg wpływu „swoich ludzi”, oficerów służb wywiadowczych rodem z
układów sowieckich, oficerów politycznych czy np. „zasłużonych”
zarządców komisarycznych skierowanych do niemal każdej instytucji
publicznej, fabryki czy instytutu naukowego w stanie wojennym z
ramienia KOK – do dzisiaj ci ludzie zachowali rozległy wpływ na wiele
dziedzin życia politycznego i społecznego. Także w ochronie zdrowia, w
edukacji, w finansowości, w służbach bezpieczeństwa. Dezinformacja i
dezintegracja, plotka czy choćby destrukcja w zespole pracowniczym,
przejmowanie zleceń i idących za nimi pieniędzy – to widoczne gołym
okiem metody. Media potrzebne im są do utrwalenia pomieszanego
wizerunku rzeczywistości, do kontynuowania kontroli nad informacją…
„…trzeba
koniecznie (…) stworzyć cywilizację, która rodzi się z prawdy i
miłości. Cywilizację miłości! Aby nie konać, nie zamierać w
niepohamowanym egoizmie, w ślepej obojętności na ból innych!”.
Pragniemy
wiernie iść drogą tak jasno oświetloną przez Jana Pawła II. Kierunek
znamy, ale nie znamy długości tej drogi… Zapewne teraz jesteśmy na
nowo u jej początku.
Anna T. Pietraszek
