Czy Kaczyński zostanie polskim Orbanem?
W dzisiejszej zlaicyzowanej Europie na Węgrzech miażdżący sukces wyborczy
dający prawo samodzielnego rządzenia oraz prawo do zmiany konstytucji odniósł
Fidesz – partia opowiadająca się za konstytucyjną ochroną życia ludzkiego od
poczęcia, małżeństwa jako związku między kobietą i mężczyzną. Czy w Polsce
również możliwy jest taki wyborczy scenariusz? Nie ma na to jednoznacznej
odpowiedzi. Można jednak przyjrzeć się różnicom i cechom wspólnym liderów Prawa
i Sprawiedliwości oraz Fideszu, określić odmienne i wspólne uwarunkowania, w
jakich działają, by wyciągnąć daleko idące wnioski.
Błąd bezmyślnego kopiowania wzorców osobowych był nadzwyczaj wyraźny w ostatniej
kampanii prezydenckiej. Jarosław Kaczyński, który zarówno przez swych
zwolenników, jak i przeciwników traktowany jest raczej jako kowboj ostro
sprzeciwiający się istniejącym układom, nagle okazał się potulnym pastuszkiem,
który gładzi łagodnie jagniątka i bałby się zapewne wysunąć nos ze swej wsi, nie
mówiąc o tym, by zmierzyć się ze wszechobecnymi w kraju patologiami.
Co różni Jarosława Kaczyńskiego od Viktora Orbana? Kaczyński jest starszy od
węgierskiego premiera, który jest mistrzem PR. Pod tym względem bliżej jest mu
do Tuska niż do Kaczyńskiego.
Orban ma pięcioro dzieci. Każde z nich należy do innego Kościoła, a córka Orbana
postanowiła nawet przyjąć wiarę mojżeszową.
Obie partie mają rzekomo poparcie Kościoła – słyszymy w medialnych komentarzach.
Nic bardziej błędnego. Chrześcijaństwo na Węgrzech jest rozdrobnione na liczne
odłamy. Oprócz Kościoła katolickiego bardzo silną pozycję mają Kościoły:
luterański, kalwinistów, greckokatolicki, ewangelistów, a także wspólnota
judaistyczna. Rozbicie religijne powoduje, że trudniej jest atakować konkretny
Kościół lub wpływ religii na życie publiczne w ogóle. Jeżeli istniałby węgierski
Janusz Palikot, to musiałby urządzać pięć różnych happeningów, atakując biskupów
pięciu różnych Kościołów.
Należy również pamiętać, że o ile w Budapeszcie świątynie świecą pustkami, a
niektóre z nich są w dni robocze po prostu zamknięte, o tyle na prowincji
niedzielna Msza św. pozostała stałą częścią życia społecznego, z tą różnicą, że
poparcie udzielone przez księdza, kapłana prawosławnego czy pastora dla Fideszu
podczas kazania nie jest na Węgrzech określane mianem "mieszania się do
polityki".
Mieszkańcy węgierskiej prowincji dowiadują się z ambon różnych Kościołów, że
Fidesz jest dobry i jego lider Viktor Orban chce dla kraju dobrze.
Jarosław Kaczyński nie ma tego komfortu.
Życie przyznaje rację "oszołomom"
Pierwszym prawdziwym sprawdzianem determinacji i realnej zmiany w węgierskiej
polityce było starcie pomiędzy Fideszem a ostoją starego porządku, czyli
Narodowym Bankiem Węgier. Jego prezes zarabiał rocznie niebotyczną dla
przeciętnego Węgra kwotę 96 mln forintów, czyli mniej więcej tyle, co szef
Europejskiego Banku Centralnego. Próba zmniejszenia uposażenia prezesa
Narodowego Banku Węgier o trzy czwarte spowodowała ogromny jazgot medialny.
Orbana okrzyknięto tyranem, który ogranicza niezależność banku centralnego.
Społeczeństwo – ku przerażeniu postępowych mediów – stanęło po stronie Orbana.
"Autorytety moralne" były w szoku. Fidesz i Orban zrozumieli, że istnieje
przyzwolenie społeczne na reformy. Sukces przyszedł tym łatwiej, że za szefem
węgierskiego banku centralnego wstawiła się Komisja Europejska…
Następnym radykalnym krokiem Fideszu i Orbana była odmowa przyjęcia pożyczki od
Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Po raz pierwszy od czasów upadku komunizmu
węgierski rząd stwierdził, że Węgry poradzą sobie same. Próba krytyki Orbana
spotkała się z chłodnym przyjęciem przez naród, który dla Orbana żywił coraz
większy podziw. Okazało się, że postępowa prasa straciła kontrolę nad rządem
dusz. Orban zaczął być traktowany nie jak zaściankowy, zakompleksiony oszołom,
lecz mąż stanu, który potrafi przeciwstawić się dyktatowi obcych instytucji
finansowych. Jego działania zostały odebrane przez społeczeństwo jako odważne
wyartykułowanie niezależności Węgier i stanięcie do walki o narodowe interesy.
Fidesz postanowił pójść za ciosem. Kiedy okazało się, że węgierskie OFE w
ponaddziesięcioletniej historii istnienia zarobiły maksymalnie 60 proc. tego, co
węgierski państwowy zakład ubezpieczeń, w ustach polityków Fideszu pojawiły się
komentarze, że prywatne fundusze wprowadzone przez rząd węgierskich socjalistów
zostały narzucone przez zachodnie instytucje finansowe. Znów okazało się, że
Węgrzy przyjęli te tezy pozytywnie.
Niektóre fundusze przyniosły straty. Większość pieniędzy ze składek emerytalnych
była inwestowana na nieefektywnych finansowych rynkach zagranicznych, a
wykupienie tylko samych papierów dłużnych rządu węgierskiego przyniosłoby
znacznie wyższe zyski przyszłym emerytom. Dlatego też społeczeństwo z taką
łatwością zaakceptowało zawieszenie przelewania ich środków do węgierskich
prywatnych OFE do końca roku 2011.
Twarda postawa broniąca interesów narodowych jest na Węgrzech odbierana nie jako
wyraz zaściankowego oszołomstwa, lecz mądrości politycznej męża stanu, patrioty.
Rozprawa z OFE
Kiedy rząd Orbana ogłosił wprowadzenie reformy emerytalnej, media nie tylko
węgierskie, lecz i światowe podniosły ogromny raban. Reformę nazwano
"nacjonalizacją", co jest zupełną bzdurą. Agencje ratingowe zaczęły namawiać do
sprzedaży węgierskich akcji, co de facto jest dla Węgier korzystne, bo
spowodowało osłabienie forinta i wzrost opłacalności eksportu.
Przeciwko reformie wystąpiły węgierskie związki zawodowe zasadniczo opowiadające
się za upaństwowieniem wszystkiego. Szybko okazało się, że wielu ich czołowych
działaczy zasiada w organach zarządzających i kontrolnych prywatnych węgierskich
OFE, czerpiąc z tego niemałe korzyści.
Rząd planuje stworzyć dwufilarowy system emerytalny. Z jednej strony ma się on
opierać na państwowym ubezpieczycielu, z drugiej – na prywatnych funduszach. To
obywatel sam będzie decydował, czy chce korzystać z systemu prywatnego czy
państwowego. Zarzuty o upaństwowieniu węgierskiego systemu emerytalnego i wielki
medialny krzyk, jaki się podniósł, uprawdopodobniają tezę, że miliardowym
kapitałem węgierskich emerytów obracały ponadnarodowe organizacje "białych
kołnierzyków" dbających bardziej o interes własny niż obywateli Węgier (co widać
po mizernych efektach finansowych). Dlatego rząd węgierski w przypadku przejścia
do systemu państwowego zobowiązał się do pokrycia strat obywateli poniesionych
wskutek ulokowania oszczędności w prywatnych funduszach emerytalnych. Aby
uszczelnić system, zniesiono składki odprowadzane na rzecz ubezpieczyciela i
zastąpiono je podatkiem emerytalnym. Doświadczenie gospodarcze pokazuje, że
pracodawcy solidniej płacą podatki niż składki.
Miód PR
Fidesz i Orban rewelacyjnie posługują się metodami nowoczesnego PR politycznego.
Dla Jarosława Kaczyńskiego to zagadnienie zupełnie nowe.
Posłużmy się pierwszym z brzegu przykładem. Socjaliści stworzyli organ doradczy
o nazwie Rada ds. Budżetu (Költségvetési Tanács), który oficjalnie zajmował się
szukaniem optymalnych rozwiązań dla budżetu państwa, lecz w praktyce był
bezpieczną przystanią zapewniającą synekury dobrym znajomym Partii
Socjalistycznej. Fidesz postanowił obniżyć niebotyczny roczny budżet tego ciała
wynoszący 830 mln forintów do 10 milionów. Oczywiście postępowa prasa podniosła
larum, stawiała oskarżenia o zapędy dyktatorskie etc., które bardzo szybko
ucichły. Dlaczego? Bo rząd Orbana zaoszczędzone 820 mln forintów przeznaczył na
wsparcie organizacji i stowarzyszeń Cyganów…
Podobnie było z propozycją zniesienia prawa do 13. pensji. Rząd zapowiedział, że
"trzynastka" najpierw przestanie być wypłacana rządzącym centralnego i lokalnego
szczebla.
Węgierska prawicowa partia Jobbik w wyborach do europarlamentu w 2009 r., jak
również w wyborach krajowych w 2010 r. często używała w swych klipach i
przesłaniach wyborczych dwóch wyrażeń: "rablás", czyli rozkradanie majątku
narodowego, oraz "árulás", czyli jego wyprzedaż.
Zabieg ten był skierowany nie tylko przeciwko Partii Socjalistycznej, lecz i
Fideszowi, który także uczestniczył w "liberalnej prywatyzacji".
Węgry oddały wszystkie sektory strategiczne obcemu kapitałowi. Tak jak w Polsce,
na Węgrzech postępowa prasa ustami "liberalnych" ekonomistów obiecywała, że
przedsiębiorstwa te przyniosą kapitał, technologie i będą płacić sowite podatki.
Nastąpić miał po prostu cud, włącznie z nadwyżkami budżetowymi. Szybko jednak
państwo węgierskie straciło całkowitą kontrolę nad własną gospodarką, osiągając
najwyższy w UE deficyt budżetowy per capita, a firmy zagraniczne zamiast płacić
podatki na Węgrzech, transferowały nieopodatkowane zyski za granicę głównie w
formie usług niematerialnych i zawyżonych cen transferowych.
Podobnie jak w Polsce, gdy krytycy polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza
zadawali proste pytanie, dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze,
spotykali się ze wzruszeniem ramion i pobłażliwymi uśmieszkami.
Aby skutecznie odciąć się od niechlubnego uczestniczenia w "wyprzedaży majątku
narodowego", Fidesz obciążył tzw. podatkiem kryzysowym (válság adó) sektory o
bardzo wysokiej rentowności, które w ramach wyprzedaży majątku narodowego
trafiły w ręce koncernów zagranicznych. Obejmie on trzy branże
(telekomunikacyjną, duże sieci handlowe i sektor energetyczny) i będzie
pobierany w stałej procentowej kwocie zależnej od rocznych obrotów. Rząd
wprowadził także 16-procentowy podatek liniowy wraz z ogromnymi odpisami
podatkowymi na dzieci. Spowoduje to z pewnością wzrost dochodów rodzin
węgierskich.
Lada moment zostanie uchwalone prawo gwarantujące kobietom przejście na
emeryturę po 40 latach pracy, bez względu na wiek. Wcześniej wprowadzono podatek
bankowy. Dodajmy, że wszystkie banki w ramach węgierskiej prywatyzacji znalazły
się w rękach obcego kapitału.
Przesłanie Orbana i Fideszu jest następujące: oddajemy pieniądze narodowi
poprzez obniżone podatki. Ciężar opodatkowania w związku z kryzysem przerzucamy
na bogate koncerny międzynarodowe, które pozostawią część zysku na Węgrzech,
zamiast transferować go za granicę.
Pojawiają się głosy, że podatek zostanie przerzucony na konsumenta końcowego,
lecz Fidesz replikuje, iż w telekomunikacji jest tak ogromna konkurencja, że nie
ma mowy o podwyżkach, a sektor energetyczny jest pod silną presją regulatora,
więc także nie może dowolnie kształtować cen.
Dlaczego radykalne reformy są na Węgrzech akceptowane społecznie? Bo rozwinęło
się tam społeczne przyzwolenie czy wręcz oczekiwanie na rozliczenie z
przeszłością i manipulacjami ponadnarodowych instytucji finansowych, grabieżą
majątku narodowego. Społeczeństwo zrozumiało, że zarówno zagraniczne, jak i
lokalne "białe kołnierzyki" bardziej dbają o swój interes niż o interes narodowy
Węgier, a ich rzekoma "cudowna" wiedza o rynkach kapitałowych nie gwarantuje
odpowiedniej stopy zysku przyszłym emerytom i nie zabezpieczy przed transferem
nieopodatkowanych zysków za granicę.
Czy podatek kryzysowy mógłby wprowadzić rząd Donalda Tuska? Myślę, że nie, gdyż
wtedy ległaby w gruzach polityka miłości do naszych zachodnich partnerów. Nie
klepaliby naszego premiera serdecznie po plecach, gdyby ich sieciom handlowym
odebrał zyski poprzez podatek od obrotów, tak jak czyni to Orban. Nasz rząd
ciężar podatkowy woli przerzucić na obywateli m.in. poprzez zwiększenie podatku
VAT płaconego przez każdego polskiego konsumenta.
Jarosław Kaczyński, który był zawsze przeciwnikiem "liberalnej prywatyzacji" i
opowiadał się za utrzymaniem strategicznych sektorów gospodarki w rękach
polskich, może być w komfortowej sytuacji. Jeżeli klimat społeczny w Polsce
zmieniłby się tak jak na Węgrzech, to oprócz rozliczenia złodziejskiej
prywatyzacji, na oddanie sprawiedliwości czeka zapomniana sprawa NFI czy upadku
Programu Powszechnej Prywatyzacji, wymyślonych i wdrożonych przez środowiska
związane z KLD, UD, UW, a obecnie skupione w zjednoczonej PO.
Skuteczne "milczenie nienawiści"
W wyborach w roku 2002, w których Orban przegrał minimalnie, lecz oddał władzę
socjalistom i "liberałom" na 8 lat, lider Fideszu odwoływał się do idei Wielkich
Węgier.
Po zwycięstwie w wyborach w 2010 r. jego przeciwnicy liczyli, iż znów powróci do
tego konceptu, co w oczywisty sposób zantagonizuje Węgry z sąsiadami. W tej
kwestii zapadła jednak cisza nazywana przez niektórych przeciwników Orbana
"milczeniem nienawiści" (gyulolet hallgatása). Skąd my to znamy!
Ku zaskoczeniu latem tego roku Orban pojawił się wraz z premierem Rumunii na
otwartym panelu dyskusyjnym nad Balatonem w ramach tzw. Letniego Uniwersytetu.
Rumunia odebrała najwięcej rdzennych ziem węgierskich na mocy traktatu w Trianon
(1920 r.), który okroił Węgry do karykaturalnych rozmiarów, a miliony
węgierskich obywateli pozostawił za granicą. W przyjaznej atmosferze premier
Rumunii stwierdził, że stosunki między krajami nigdy nie były tak dobre.
Podobnie było w październiku br. podczas otwarcia granicznej nitki gazociągu z
Azji uniezależniającej Europę od dostaw gazu z Rosji. Orban wraz premierem
Rumunii otworzył nitkę łączącą stare węgierskie miasto Arad (obecnie leżące w
granicach Rumunii) z Szegedem i znów zagrał na nosie przeciwnikom. Żadnych
resentymentów narodowych i terytorialnych. Ogłosił wręcz, że wraz z Rumunią
zorganizuje w Budapeszcie konferencję poświęconą bezpieczeństwu energetycznemu
Europy – znów na złość swoim oponentom zastosował taktykę "milczenia
nienawiści".
Orban dba o interesy narodowe – Fidesz wprowadził podwójne obywatelstwo dla
Węgrów żyjących poza granicami dzisiejszych Węgier. Premier ma świadomość, że
wraz z integracją europejską rośnie znaczenie samorządów lokalnych. Istnieje
wiele obszarów w Siedmiogrodzie oraz na słowackich terenach zadunajskich, gdzie
Węgrzy stanowią ponad 90 proc. mieszkańców. Dlatego Fidesz silnie popiera
przyjęcie Rumunii do Schengen, jak również jak najszybszą akcesję Chorwacji oraz
Serbii.
Wskazówka dla Jarosława Kaczyńskiego: Orban postanowił prowadzić politykę
twardą, jeśli chodzi o interesy narodowe, lecz przyjazną wobec sąsiadów, czym
odebrał nienawidzącym go mediom argument o rzekomym zaściankowym zacietrzewieniu
narodowym.
Prezes PiS niedawną deklaracją, iż Szczecin oraz bliskie mu Wybrzeże mają być
miejscem turystyki międzynarodowej, głównie niemieckiej, zbliża się do otwartej
postawy Orbana, która nie wyklucza jednak dbania o interesy narodowe.
Jak Orban Trybunał Konstytucyjny rozwiązywał
Premier Węgier jest świadomy, że żadnych radykalnych reform nie da się
przeprowadzić bez ograniczenia kompetencji, jeśli nie całkowitej likwidacji
Trybunału Konstytucyjnego, gdyż jego orzeczenia dla węgierskiej prawicy są z
reguły niekorzystne.
Fidesz wprowadził naprędce tzw. kulon adó, tj. podatek w wysokości 98 proc. od
odpraw. Miało to związek z faktem, że odchodzący rząd socjalistów wypłacał idące
w miliony forintów odprawy dla swych działaczy partyjnych wszystkich szczebli
rządowych, jak również tych zasiadających w spółkach państwowych i komunalnych.
Trybunał ustawę uznał w całości za niekonstytucyjną i tym samym dał Fideszowi
asumpt do całkowitej rozprawy z tym ciałem. "Kulon adó" pozwoliłby zaoszczędzić
tak potrzebny budżetowi 1 mld forintów. Fidesz walczył dalej o te "zrabowane
państwu i obywatelom pieniądze", jak również z Trybunałem, który chce, by
pieniądze te zostały w kieszeniach tych, którzy wzbogacili się kosztem
węgierskich podatników. Nietrudno domyślić się, jak pozytywny oddźwięk mają
działania Fideszu w społeczeństwie.
Dodatkową nowością ustawy o podatku od odpraw jest fakt, że prawo to ma
obejmować nie tylko dochody za pierwsze 10 miesięcy roku 2010, lecz także okres
5 lat wstecz. Były to lata, w których socjaliści rozdawali sobie hojną ręką
ogromne apanaże.
Wnioski z węgierskiej lekcji powinny Jarosławowi Kaczyńskiemu nasunąć się same.
Ekonomiczny sukces
Przyjęcie rozwiązań ekonomicznych określanych często mianem "oszołomskich"
przyniosło zaskakująco pozytywne efekty gospodarcze. Węgrzy spełnią bez problemu
rygorystyczne założenia makroekonomiczne określone przez UE. Według prognoz,
deficyt budżetowy w 2011 r. spadnie poniżej 3 procent (2,94 proc.), wzrost
gospodarczy utrzyma się na poziomie około 3,5 proc., płaca minimalna wzrośnie
realnie o 4-6 procent. Inflacja pozostanie na najniższym od lat poziomie 3,5
proc., emerytury wzrosną nareszcie powyżej poziomu inflacji.
Orban i Fidesz otwarcie mówią, że porzucili dogmaty "liberalnej" polityki
gospodarczej, a przyjęli zasady narodowej polityki gospodarczej.
Mistrz słowotwórstwa politycznego Lech Wałęsa stwierdził kiedyś, że "sprawami
kierują ludzie, a niekiedy same pojazdy".
Wygląda na to, że wdrażany przez Platformę Obywatelską "cud", sprowadzający się
de facto wyłącznie do straszenia PiS-em i podwyższania podatków dla obywateli,
jest właśnie takim samosterującym się jadącym w przepaść pojazdem.
Uprawdopodobnia to wysoce realizację w Polsce scenariusza węgierskiego, lecz
trzeba ustrzec się błędów Fideszu.
