Cyfrowa szansa
Ostateczna decyzja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oznacza, że wśród 20
programów telewizyjnych nadawanych naziemnie nie ma miejsca dla Telewizji Trwam.
Zdaniem Rady, brak dostatecznych gwarancji ekonomicznych ze strony Fundacji Lux
Veritatis postawiłby pod znakiem zapytania cały proces cyfryzacji w Polsce.
Inaczej mówiąc, zadecydowały tu wyłącznie względy praktyczne. Odłóżmy więc
chwilowo na bok fundamentalne pytania o pluralizm mediów, chociaż jest to główne
zadanie i powód istnienia KRRiT, o czym mówi Konstytucja RP i ustawa medialna:
"Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności
dostawców usług medialnych i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i
pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji". Skoro argumenty
przewodniczącego Jana Dworaka są natury pragmatycznej, spójrzmy na tę sprawę
wyłącznie od tej strony.
Wykluczeni cyfrowo
Proces cyfryzacji telewizji oznacza zastąpienie jednego dotychczasowego
programu telewizyjnego, np. TVP1, ośmioma nowymi. Nie w tym jednak rzecz, żeby
włączyć emisję cyfrową, lecz żeby wyłączyć tę tradycyjną analogową. Tak zwany
okres przejściowy to czas, w którym nadawane są równolegle oba rodzaje
telewizji, ale ten czas nie jest z gumy, kiedyś musi się skończyć i co wtedy? W
domach, w których nie ma nowoczesnych odbiorników, zobaczymy czarny ekran.
Istnieje bardzo realne zagrożenie, że w ten sposób spora część społeczeństwa
zostanie odcięta od świata. Polska planuje wyłączenie tradycyjnej telewizji w
połowie 2013 r., ale ta data wydaje mi się mało realna. Jednak ze względu na
międzynarodowe zobowiązania nieprzekraczalnym terminem jest rok 2015. Żeby ten
proces przeprowadzić, potrzebne jest zaangażowanie państwa. Przede wszystkim od
strony finansowej. Chodzi o setki milionów złotych na dofinansowanie urządzeń do
odbioru nowej telewizji. Ale to nie wszystko, rządy innych państw mobilizują
rzesze wolontariuszy, którzy chodząc od domu do domu, tłumaczą, uczą i pomagają
instalować nowy sprzęt. Jak dotąd nic nie wskazuje na to, żeby polskie państwo
miało podjąć to wyzwanie. Skoro rząd do tej pory nie poradził sobie z banalnym,
w porównaniu z cyfryzacją, problemem wymiany dowodów osobistych, trudno
oczekiwać cudu.
Stracona nadzieja
Nie pytajcie, co Telewizja Trwam mogła zawdzięczać cyfryzacji, ale co
cyfryzacja mogła zawdzięczać Telewizji Trwam. Ta prowokacyjna być może parafraza
słów J.F. Kennedy´ego wydaje się w tym artykule jak najbardziej uzasadniona. W
świetle odmowy udzielenia koncesji i najważniejszych problemów związanych z
cyfryzacją telewizji naziemnej twierdzę, że Fundacja Lux Veritatis mogła być
wielką szansą procesu, za który odpowiedzialne jest państwo polskie. Czy
obecność Telewizji Trwam na jednym z dwudziestu miejsc w multipleksach była
zagrożeniem dla cyfryzacji, jak twierdzi przewodniczący KRRiT, czy jest wręcz
odwrotnie? Wróćmy do początku lat 90., kiedy to polska radiofonia przeżywała
prawdziwą rewolucję, podobną do dzisiejszej w telewizji. Wtedy chodziło o zmianę
nadawania programów radiowych z tzw. niższego na wyższe pasmo częstotliwości
UKF. W praktyce wiązało się to z koniecznością wymiany albo przestrojenia
milionów odbiorników radiowych obecnych w polskich domach. Pomimo szerokiej
akcji informacyjnej wciąż pozostawała szeroka grupa społeczna niezainteresowana
nowinkami technicznymi, słuchająca na swoich starych odbiornikach radia, które
lada dzień miało być wyłączone. Kto wie, czy cały ten proces nie skończyłby się
klapą, gdyby na horyzoncie nie pojawiło się pogardzane przez "światłą" część
społeczeństwa Radio Maryja. Ojciec Tadeusz Rydzyk zwrócił się z apelem do swoich
słuchaczy, w akcję zaangażowano wszystkie parafie w Polsce. Uruchomiono Koła
Przyjaciół Radia Maryja, marketing szeptany też robił swoje. Sąsiadka sąsiadce
opowiadała o konieczności zmiany odbiornika, a tysiące warsztatów zajęło się
przestrajaniem radioodbiorników. Był to pierwszy moment, który powinien dać
decydentom rynku medialnego wiele do myślenia. Drugi nastąpił dziesięć lat
później wraz ze startem satelitarnej Telewizji Trwam. Na własne oczy widziałem
wtedy kolejki starszych ludzi ustawiające się na plebanii kościoła po
nowoczesny, cyfrowy sprzęt satelitarny. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby
przewidzieć podobny scenariusz w przypadku wprowadzania naziemnej telewizji
cyfrowej. Warunek był tylko jeden – dać ludziom to, czego oczekują. Dla znacznej
części społeczeństwa jest to właśnie Telewizja Trwam. Niestety, zamiast
ulubionej stacji proponuje im się programy z muzyką rozrywkową i disco polo.
Trudno w takiej sytuacji liczyć na powszechny entuzjazm i – co ważniejsze – na
zainteresowanie ludzi starszych, najbardziej zagrożonych "cyfrowym
wykluczeniem". Jak pisała Barbara Bubula na łamach "Naszego Dziennika": "Ci sami
ludzie, którzy teraz są zmuszeni zbierać podpisy przeciw niesprawiedliwej
decyzji KRRiT, mogliby z entuzjazmem pomagać innym w przełączaniu się na odbiór
cyfrowy". Jedną decyzją Krajowej Rady szansa została stracona, kapitał społeczny
zmarnowany. Dlatego gdy słyszę dziś uzasadnienia odmowy udzielenia koncesji dla
Telewizji Trwam, radziłbym jedno – poszukać lepszych argumentów.
Witold Kołodziejski
przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji poprzedniej kadencji
***
Cyfryzacja to technologiczna rewolucja
Z dr. hab. Jędrzejem Skrzypczakiem, adiunktem w Zakładzie Systemów
Prasowych i Prawa Prasowego Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa
Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, rozmawia Mariusz Bober
Proces cyfryzacji spowoduje rewolucję technologiczną podobną do
wynalezienia prądu – taką tezę stawia Pan w swojej najnowszej książce "Polityka
medialna w okresie konwersji cyfrowej radiofonii i telewizji".
– Zmiany wywołane procesem cyfryzacji są już widoczne w wielu krajach, które
rozpoczęły go wcześniej. Dziś posługiwanie się takimi nazwami jak: prasa, radio
i telewizja, brzmi już archaicznie. Bowiem jednym ze skutków cyfryzacji jest
konwergencja, czyli zbliżanie się do siebie [w formie przekazu, działalności –
red.] gazet, radia, telewizji z jednej strony, a z drugiej łączenie odrębnych do
tej pory sektorów mediów i telekomunikacji, i jednocześnie dywergencja mediów,
czyli możliwość przekazywania tych samych treści i audycji za pomocą różnych
platform, takich jak: przekazy naziemne, kablowe, satelitarne, internetowe i
mobilne. Chodzi o to, że media z jednej strony upodobniają się do siebie – jeśli
otworzymy stronę radia czy telewizji w internecie, to obecnie one już niewiele
różnią się od siebie. Ale ta sama audycja czy program mogą być emitowane na
różnych platformach: satelitarnej, naziemnej czy przez internet. Cyfryzacja
zapowiada rewolucję technologiczną na różnych poziomach: produkcji (tj.
tworzenia treści – dziś już właściwie to się dokonało), dystrybucji (czyli
przekazywania materiałów – różne kanały dostępu do materiałów dziennikarskich) i
konsumpcji mediów (a więc sposobów odbioru przekazów medialnych).
Co to konkretnie będzie oznaczało?
– W perspektywie kilku najbliższych lat rynek medialny ulegnie ogromnym
przeobrażeniom, i to na każdej z wyżej wskazanych płaszczyzn. Na przykład, moi
studenci dziś już nie używają w domu telewizorów. Mają tylko komputery i
internet, dzięki którym słuchają radia, oglądają telewizję i czytają gazety.
Jednak internet nie jest wystarczającym kanałem dystrybucji. Państwo musi o tym
pamiętać, tworząc swoją politykę medialną. Podstawową cechą procesu
przechodzenia z ery analogowej do cyfrowej jest ta, że państwo musi zapewnić
odbiorcom dostępność do mediów z różnych platform cyfrowych (tj. naziemnych,
satelitarnych, kablowych, internetowych, mobilnych), inaczej nasili się zjawisko
wykluczenia cyfrowego.
To znaczy, że np. mieszkańcy terenów bez dostępu do internetu powinni
mieć zapewniony przynajmniej odbiór wszystkich kanałów z multipleksu?
– Nie. Chodzi raczej o to, żeby każdemu zapewnić dostęp (przynajmniej
potencjalny) do wszystkich możliwości korzystania z przekazów medialnych, do
różnych platform i kanałów dystrybucji materiałów redakcyjnych. Inaczej mówiąc,
należy stworzyć warunki, aby odbiorca miał możliwość swobodnego wyboru, czy
będzie oglądał telewizję za pomocą nadań naziemnych, satelitarnych, kablowych,
mobilnych, a wreszcie dostępu do internetu.
A więc Kowalski po powrocie z pracy będzie mógł obejrzeć nie tylko to,
co jest w telewizji aktualnie emitowane, ale co w programie już było lub dopiero
będzie…
– Oczywiście. Co więcej, interaktywność coraz częściej sprawia, że odbiorcy
mogą wybierać np., z której kamery chcą oglądać mecz albo który wariant
zakończenia odcinka serialu chcą oglądać. Dywergencja mediów sprawia, że
odbiorca ma do wyboru bardzo wiele programów (m.in. przez internet). Internet
daje dziś niesamowite możliwości, jeśli tylko chce się je wykorzystać. Dzięki
niemu można uczestniczyć nawet w wykładach uniwersyteckich najlepszych
światowych uczelni. Jednak te możliwości kurczą się ze względu na komercyjne
wykorzystanie internetu, które odwraca uwagę użytkowników od bardziej ambitnych
treści i niesie ze sobą dużo zagrożeń, jak chociażby dostęp do szkodliwych czy
wręcz przestępczych przekazów.
A czy przemyślano u nas proces cyfryzacji pod kątem maksymalnego
wykorzystania go do przyspieszenia rozwoju gospodarczego, zwłaszcza
najbiedniejszych rejonów Polski?
– Unia Europejska szacowała jeszcze w 2009 r., że cyfryzacja będzie wiązać
się ze znacznym zwiększeniem miejsc pracy, powstaniem nowych podmiotów
gospodarczych, a dywidendę cyfrową określano na 150-200 mld euro w całej Unii.
Być może już nie sama telewizja cyfrowa, ale dostęp do bezpłatnych sieci
internetowych na terenach najbiedniejszych, jest ogromną szansą na rozwój
cywilizacyjny tych regionów, dostęp mieszkających tam osób do dóbr kultury,
nauki, a nawet pracy, dzięki chociażby tzw. telepracy, czyli wykonywaniu
obowiązków pracowniczych na odległość za pomocą sieci teleinformatycznych. Jest
to doskonałe rozwiązanie zwłaszcza dla kobiet opiekujących się małymi dziećmi,
osób zamieszkujących tzw. prowincję, jak również niepełnosprawnych ruchowo.
Takie regulacje prawne są już w kodeksie pracy, brakuje jednak infrastruktury
technicznej. I tu pomoc państwa jest niezbędna, bo to jest inwestycja we
własnych obywateli. Inną rzeczą jest – czy obywatele będą z tego dobrodziejstwa
chcieli skorzystać i czy zrobią z tego dobry czy zły użytek. Ale szansę musimy
dać wszystkim.
Przewiduje Pan, że cyfryzacja przyniesie większą niezależność
odbiorcy od nadawcy, ponieważ ten pierwszy będzie mógł m.in. wybierać programy,
które chce obejrzeć. Ale czy rzeczywiście cyfryzacja będzie oznaczała
niezależność, skoro nadawca i tak będzie decydował o tym, w czym odbiorca może
wybierać?
– Cyfryzacja pozwala na to, by przekaz był linearny lub nielinearny. To
znaczy, że widz może skorzystać z ramówki, którą ustala nadawca, i kolejności
prezentowanych audycji, ale może też samodzielnie wybierać programy i czas ich
oglądania. W telewizji analogowej widz mógł oglądać tylko to, co w danym
momencie emitował nadawca. Natomiast nielinearność polega na tym, że to sam
widz/słuchacz decyduje o tym, które programy i w jakim czasie będzie oglądał.
Tak zwane video (radio) on demand pozwala odbiorcy na korzystanie z audycji
wtedy, kiedy ma czas i ochotę. Poza tym te wszystkie możliwości wiążą się z
ogromną podażą materiałów dostępnych dla widzów i słuchaczy. Nie jesteśmy dziś
skazani na kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt propozycji programowych
telewizji naziemnej, kablowej, satelitarnej. Ta oferta jest obecnie ogromna.
Bierze się to też stąd, że koszty i wymogi formalne wejścia na rynek medialny
(zwłaszcza dzięki internetowi) są o wiele niższe. Właściwie każdy może stać się
nadawcą, wydawcą czy też dziennikarzem tzw. obywatelskim.
Cyfryzacja zmieni układ sił na rynku mediów i np. zdetronizuje
dominujące dziś giganty medialne w Polsce?
– Oczywiście! Tak jak każda rewolucja (także technologiczna) sprawia, że
niektóre utrwalone struktury upadają, tak samo cyfryzacja może spowodować, że
jedne media upadną, bo nie będą potrafiły dostosować się do nowych reguł, a
inne, które będą umiały je wykorzystać, wyrosną na nowe potęgi. Już dziś widać
to zjawisko na rynku prasy drukowanej. Gdy spadają nakłady gazet, ich wydawcy
zadają sobie pytanie, czy udostępniać drukowane treści w internecie, czy nadal
liczyć tylko na sprzedaż gazetową. W USA niektórzy wydawcy już całkowicie
"przenieśli się" do internetu. Z drugiej strony sprawia to, że internauci coraz
bardziej przyzwyczajają się do tego, że internet jest oazą wolności, także od
wszelkich opłat… Dlatego należałoby oczekiwać od państwa tworzenia
długofalowej polityki medialnej, ukierunkowanej jednak nie na potrzeby
polityków, ale odbiorców mediów. Cyfryzacja stwarza wiele nowych wyzwań, m.in.
dotyczących ochrony praw autorskich czy statusu dziennikarzy, zastępowanych
coraz częściej w mediach cyfrowych przez tzw. dziennikarzy społecznych czy
obywatelskich. Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce nie ma spójnej polityki
medialnej. Co prawda w ostatnim 10-leciu podejmowano wiele różnych działań w
obszarze cyfryzacji, ale nie wykazywały one, aby były elementami długofalowej,
przemyślanej strategii. Raczej były to działania doraźne. A przecież Polska
naprawdę znajduje się w przededniu rewolucyjnych zmian. I zdecydują o tym nie
politycy, tylko technologie i rynek. Zatem nie ma od tego odwrotu. Od polityków
trzeba natomiast wymagać stworzenia właściwej "infrastruktury" prawnej i
transparentnych reguł tzw. konwersji cyfrowej.
Dla władz uruchomienie multipleksów będzie oznaczało spore wpływy
budżetowe, ale też nowe wyzwania. Państwo jest na nie przygotowane?
– Cyfryzacja telewizji i radiofonii naziemnej wiąże się z tzw. dywidendą
cyfrową. Otóż państwo może raz jeszcze sprzedać dobro publiczne i deficytowe,
jakim są częstotliwości radiowe, i to wielu podmiotom. Multipleksowanie,
najogólniej rzecz ujmując, polega przecież na "upakowaniu" kilku programów w
jednej wiązce częstotliwości, a zatem tę samą częstotliwość można zbyć kilku
podmiotom. Stąd też trzeba zapytać, jak te zyski państwo zamierza skonsumować.
Zastanawiamy się, jak zagospodarować zyski z gazu łupkowego, a tu mamy trochę
podobną sytuację! W wielu krajach przeprowadzono w tym zakresie szeroką debatę
społeczną i próbowano osiągnąć konsensus społeczny. Ja opowiadam się za takim
rozwiązaniem, które z jednej strony pomoże obywatelom "przestroić" się na
cyfryzację, np. poprzez dopłaty do dekoderów dla niezamożnych, lub wspomoże
ludzi starszych w opanowaniu nowych technologii, które muszą za chwilę pojawić
się w ich domach, a z drugiej – zapewni przykładowo powszechny, np. mobilny,
dostęp wszystkim w Polsce do bezpłatnego internetu. Wydaje się jednak, że takie
odpowiedzi powinny być udzielone już dawno, a wątpliwości rozwiane. W Polsce
zapewne do ostatniej chwili będziemy nad tym dywagować, czyli do momentu tzw.
switch-off, czyli wyłączenia przekazów analogowych (co nastąpi z końcem lipca
2013 r.). Wówczas politycy znikną z ekranów wielu nieprzestrojonych odbiorników
telewizyjnych. Wtedy zapewne pojawią się propozycje systemowego rozwiązania tego
problemu…
Jak inne kraje radziły sobie z cyfryzacją, w tym z zapewnieniem
pluralizmu w mediach?
– Nie wszędzie udało się uniknąć podobnych błędów. Z drugiej strony sama
opieszałość, z jaką w naszym kraju wprowadzano cyfryzację, okazała się
paradoksalnie dla nas bardzo korzystna. Na przykład Brytyjczycy, którzy znacznie
wcześniej od nas zabrali się za cyfryzację, popełnili błąd z wyborem standardów
kompresji. Zastosowali mianowicie standard MPEG-2. My dzięki opóźnieniu
wprowadziliśmy standard MPEG-4, dzięki któremu można "zmieścić" na multipleksach
więcej programów. W pozostałych krajach różne są też strategie sposobu
wprowadzania cyfryzacji. U nas wybrano model "wyspowy", tzn. najpierw
przeprowadza się ten proces w jednym rejonie kraju i dopiero po jego ukończeniu
przechodzi się do kolejnego rejonu. W niektórych krajach europejskich cyfryzacji
dokonywano raczej równolegle w całym kraju. Jednak, moim zdaniem, każdy system
ma swoje plusy i minusy. Natomiast w krajach Europy Zachodniej, w których z
sukcesem przeprowadzono ten proces, jego podstawą było stworzenie najpierw
przejrzystych planów, i to w każdym aspekcie.
Które kraje najlepiej poradziły sobie z wdrażaniem cyfryzacji i czemu
zawdzięczają sukces? Mogą one służyć jako przykłady modelowe?
– Proces przechodzenia na nadawanie cyfrowe zakończył się w większości państw
Unii Europejskiej. Podstawą sukcesu było stworzenie długofalowych,
transparentnych strategii, które potem zdecydowanie realizowano, ale także
odpowiednie nakłady finansowe. W Polsce też były – formalnie – przyjęte takie
plany. Problem polega na tym, że w praktyce mało kto przejmował się nimi. U nas
brakuje w szczególności takich rozwiązań w kwestii walki z wykluczeniem
cyfrowym, jak chociażby przyjęte we Francji w 2009 r., gdzie zapewniono pomoc
ludziom starszym i niepełnosprawnym nie tylko w zakupie odpowiedniego sprzętu,
ale także w jego podłączeniu w miejscu zamieszkania. Polska ustawa o wdrażaniu
telewizji cyfrowej tej kwestii w ogóle nie porusza.
Dziękuję za rozmowę.
