Cicha wojna
Medialne "wrzutki" na temat okoliczności katastrofy smoleńskiej nie są
rozproszonym zestawem wykluczających się wzajemnie informacji, lecz tworzą
spójną całość potwierdzającą tezy o przyczynach katastrofy głoszone przez
rosyjskie media w pierwszych dniach po tragedii. Czynią też bardziej
prawdopodobnymi ustalenia zawarte w oficjalnym raporcie MAK przekazanym opinii
publicznej w styczniu 2011 roku. W miejsce tych zwyczajnych w demokratycznym
kraju informacji, których nie posiadamy, są nam dostarczane "wiadomości
nadzwyczajne", pełniące rolę dezinformacyjną. Czyżby polskie społeczeństwo było
w stanie cichej wojny z tajemniczym przeciwnikiem i dlatego jest "karmione"
"wojenną propagandą?
Od smoleńskiej tragedii minął już cały rok. Na lotnisku Siewiernyj w drodze na
rocznicowe uroczystości na katyńskim cmentarzu zginęło 96 przedstawicieli
polskiej elity politycznej i społecznej, z prezydentem RP, jego małżonką oraz
dowództwem polskiej armii na czele. Czy dzisiaj mamy poczucie, że zrobiliśmy
wszystko, co należało, by dojrzale przeżyć żałobę i wyjaśnić możliwie wszystkie
okoliczności tej tragedii? Obawiam się, że odpowiedź brzmi "nie". W
najważniejszych sprawach mamy swoistą "pewność", że nadal niewiele wiemy. Wiemy,
że polski rząd nie zapewnił polskim śledczym dostępu do podstawowych materiałów
i informacji niezbędnych do prowadzonego postępowania. Mamy prawo przypuszczać,
że wyjaśnienie okoliczności katastrofy nie jest dla polskich władz celem tak
ważnym, jak polityczne pojednanie z prezydentem i premierem Rosji. Czujemy, że
jesteśmy manipulowani medialnym "wrzutkami". Mamy też powody sądzić, że pamięć o
ofiarach tragedii smoleńskiej nie jest przedmiotem szczególnej troski
rządzących, a polityka pamiętania i zapominania podporządkowana jest selektywnym
kryteriom użyteczności dla interesów ich partii politycznych.
Co wiemy i czego nie wiemy
Zacznijmy od rozległych obszarów naszej wiedzy i niewiedzy, wśród których są
liczne, nieobjęte tajemnicą śledztwa. Nie wiemy, dlaczego były wątpliwości co do
godziny katastrofy. Dlaczego po przedstawieniu opinii publicznej końcowego
raportu MAK nadal nie możemy przetransportować do Polski wraku naszego samolotu
oraz naszych czarnych skrzynek. Nie wiemy, dlaczego minister Kopacz wprowadziła
nas w błąd, opowiadając o szczegółowym przesianiu przez rosyjskich śledczych
ziemi w miejscu katastrofy oraz dlaczego wyniki pobytu polskich archeologów na
smoleńskim lotnisku są objęte klauzulą ścisłej tajemnicy.
Najnowsza, podana przez prokuratora generalnego informacja, że "zamachu na
pokładzie nie było", a polscy prokuratorzy wojskowi zakończyli badanie tego
wątku, zaskakuje. Z doświadczeń śledczych badających katastrofę Pan Am 103 w
Lockerbie wynika, że bez badania wraku wszelkie ustalenia w tej kwestii mogą
mieć co najwyżej charakter wstępny. Ani wraku samolotu, ani czarnych skrzynek,
ani wyników sekcji zwłok polska strona nie posiada. Pytam nie tylko o to,
dlaczego ich nie ma, ale także o to, jak możliwa jest w tych okolicznościach
"pewność" w kwestii zamachu.
Na "wrzutki" o wyraźnie propagandowym charakterze składają się m.in. opowieści o
czterokrotnym podchodzeniu pilotów do lądowania, o nieznajomości języka
rosyjskiego przez kpt. Protasiuka, o siedzącym przy sterach samolotu gen.
Błasiku (przypominam informacje szkalujące generała ujawnione w raporcie MAK), o
naciskającym prezydencie (wzmocniono te "wrzutki" napisaną po dwóch latach
notatką pilota z pamiętnego rejsu do Gruzji), o kłótni gen. Błasika z kpt.
Protasiukiem na płycie warszawskiego lotniska. Cytowano zdania, które w
rzeczywistości nigdy nie padły z ust pilotów ("jak nie wyląduję to…", czy też
"patrzcie, jak lądują debeściaki…"). Wszystkie te "wrzutki" okazały się
nieprawdziwe!
Polskim widzom publicznej i komercyjnej telewizji pokazano jeden dokumentalny
rosyjski film o okolicznościach katastrofy, chociaż powstało już kilka świetnych
polskich filmów autorstwa – dziwnym zrządzeniem losu – dziennikarzy wyrzuconych
z publicznej telewizji. Wśród coraz liczniejszych, mniej i bardziej wiarygodnych
książek poświęconych katastrofie pojawiła się także ta szczególna, przedstawiona
czytelnikom "Naszego Dziennika" przez Zuzannę Kurtykową, która spełnia wszystkie
kryteria publikacji inspirowanej przez służby specjalne. Autor tej książki ukrył
się pod pseudonimem, a okładka zawiera liczne elementy sugerujące, że jej
wiarygodność potwierdzają Ojcowie Paulini z Jasnej Góry. Trochę tego sporo, jak
na wolny i demokratyczny kraj.
Wiemy też niestety, że polski rząd nie wywiązał się z obowiązku zapewnienia
polskiej stronie możliwości pełnego i równoprawnego udziału w śledztwie. Nie
wykorzystał pierwszej rosyjskiej propozycji i zgodził się na niekorzystną dla
Polski konwencję. Nawet po opublikowaniu raportu MAK okazał się niezdolny do
reakcji oraz skłonienia rosyjskiej strony do przekazania polskim śledczym wraku
samolotu i czarnych skrzynek. Nie znalazł też dość politycznej siły i
determinacji, by zapewnić polskim archeologom możliwość wyjazdu tuż po
katastrofie i zezwolić im na relację z prac po powrocie. W Polsce najwyraźniej
obowiązuje rosyjska tajemnica śledztwa. Nie wiemy także, na ile konsekwentnie
polski rząd i polska komisja badająca okoliczności katastrofy domagały się
wyjaśnienia przyczyn niszczenia wraku samolotu, co dzięki wyrzuconym z telewizji
publicznej dziennikarzom mogliśmy zobaczyć w programie, którego też już dzisiaj
w telewizji publicznej nie ma.
Pojednanie i pamięć o ofiarach
Mamy prawo przypuszczać, że dla polskiego rządu i polskiego prezydenta
ważniejsze – lub co najmniej równie ważne, jak wyjaśnienie okoliczności tragedii
– jest prowadzenie polityki "pojednania polsko-rosyjskiego" między władzami obu
państw. Nawet gdyby owoce tej polityki były bardziej widoczne – bo dzisiaj
trudno je dostrzec – to takie postawienie sprawy jest zawsze politycznym błędem.
Pojednania nie buduje się na jednostronnej rezygnacji z własnych ważnych celów i
interesów. Tak można zbudować tylko polityczną uległość. A polska strona nie dba
nawet o pozory partnerstwa, godząc się na widoczny i nieskrywany asymetryczny
charakter relacji polsko-rosyjskich.
Po roku od tragedii smoleńskiej możemy już także powiedzieć, że pamięć o
ofiarach katastrofy jest dla mediów, a także dla licznych polityków rządzącej
koalicji pamięcią uogólnioną, zgeneralizowaną, w której nie ma miejsca dla
dokonań poszczególnych osób. O dorobku i zasługach najwyraźniej "ich zdaniem"
powinny pamiętać rodziny i bliscy. W sferze publicznej jest miejsce tylko dla
nielicznych, co smutne, dla tych, którzy nie zagrażają politycznej pozycji PO,
SLD i PSL.
Tablice pamięci poszczególnych ofiar katastrofy pojawiły się w Krakowie,
Wrocławiu, Gdańsku czy Sopocie. Ale w Warszawie, stolicy kraju, w przestrzeni
publicznej znajdziemy tablice pamięci tylko niektórych; na gmachu Ministerstwa
Pracy i Polityki Społecznej – min. Izabeli Jarugi-Nowackiej, na gmachu IPN –
Janusza Kurtyki, w al. Niepodległości – Ryszarda Kaczorowskiego. Nie ma swojej
tablicy pamięci wybrany demokratycznie prezydent miasta st. Warszawy oraz
prezydent RP – Lech Kaczyński. W stolicy tablice można odsłaniać tylko w
kościołach, a pomniki – na cmentarzach. Nie ma pomnika wszystkich ofiar, nie ma
tablicy poświęconej Lechowi Kaczyńskiemu i jego małżonce, nie ma tablic pamięci
ministrów Kancelarii Prezydenta, nie ma swojej tablicy w stolicy rzecznik praw
obywatelskich Janusz Kochanowski, podobnie jak minister Grażyna Gęsicka.
Przypomina to czasy PRL, gdy niektóre postaci i wydarzenia można było upamiętnić
wyłącznie na cmentarzach i w kryptach kościołów. W przestrzeni publicznej było
miejsce tylko dla "zasłużonych" dla rządzącej partii.
Emocje podzielonych Polaków
Jak w tej niezwykłej, dość traumatycznej sytuacji radzi sobie polskie
społeczeństwo? Znamy wyniki kilku sondaży CBOS poświęconych reakcjom na
katastrofę smoleńską, z maja i października 2010 r., z lutego 2011 r. oraz
wyniki sondażu z marca 2011 r. badającego opinie o planach uczczenia rocznicy
tej tragedii. Oczywiście sondaże mierzą raczej opinie niż postawy i nie
pozwalają na wyciąganie daleko idących wniosków. Jednak to, co możemy na
podstawie tych sondaży powiedzieć o stanie naszej świadomości, jest, mimo
wszystko, interesujące.
Po pierwsze, majowa zmiana polegająca na wzroście zaufania Polaków do rosyjskich
władz i prowadzonego przez nie śledztwa równie szybko zgasła, jak się pojawiła.
Za to powrót do ograniczonego zaufania ma charakter trwały.
W maju 2010 r. znacznie większa liczba Polaków niż dawniej uznała (29 proc.)
stosunki polsko-rosyjskie za "dobre" (w marcu 2010 r. sądziło tak tylko 8 proc.
badanych). Po roku, w lutym 2011 r. (CBOS 28/2011), sytuacja wróciła do normy –
tylko 12 proc. badanych uznało je za "dobre". Przekonanych, że polsko-rosyjskie
stosunki są "złe" w marcu 2010 r. było 38 proc. badanych, w maju, tuż po
katastrofie – 15 proc., w październiku 2010 r. – 28 proc., a w lutym 2011 r. –
aż 42 proc. badanych Polaków. Można powiedzieć, że nie do końca zrozumiała
euforia, która pojawiła się tuż po smoleńskiej tragedii, po roku wyparowała z
polskich głów całkowicie.
Zmieniły się także nasze opinie o dobrej woli strony rosyjskiej w przekazywaniu
informacji i materiałów dotyczących katastrofy. W październiku ocenę negatywną
wystawiło Rosjanom 62 proc., a w lutym 2011 r. – już 78 proc. badanych. Także
większość – 75 proc. Polaków – uznało raport MAK za nierzetelny. Przestaliśmy
także wierzyć, że władzom rosyjskim zależy na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy; w
maju 2010 r. wierzyło w to 58 proc. badanych, w październiku już tylko 35 proc.,
a w lutym 2011 r. – 33 proc. respondentów. Z 32 proc. do 59 proc. wzrosła grupa
tych, którzy sądzą, że stronie rosyjskiej na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy nie
zależy.
W lutym 2011 r. na pytanie: Jak Pan/i ocenia działania strony rosyjskiej mające
na celu wyjaśnienie przyczyn tej katastrofy?, aż 71 proc. badanych odpowiedziało
– "źle". Te opinie dominują we wszystkich grupach społeczno-demograficznych.
Chociaż jest coś, co budzi smutną refleksję – lepiej ocenia działania rosyjskiej
strony zamożna i niepraktykująca religijnie lewica. Czyli – w poglądach
zwolenników lewicy niewiele się zmieniło – spolegliwość wobec rosyjskich władz
okazuje się trwałą postawą.
Drugi wniosek jest nieco mniej jednoznaczny, niemniej jednak uważam go za
prawdopodobny. Na tragedię smoleńską reagujemy dzisiaj prawie wyłącznie
emocjami, od nich zależą nasze poglądy i opinie. Jesteśmy podatni na "wrzutki" i
mamy problem z przyjęciem wobec tej tragedii postawy stabilnej, racjonalnej,
opartej na analizie faktów.
Jeśli w debacie dominują manipulacje, to trudno o wyciszenie emocji. To, co po
roku jest najbardziej widoczne, to poziom emocji na granicy nienawiści oraz
związany z nim dramatyczny podział Polaków na dwa walczące ze sobą (na śmierć i
życie?) obozy "przeciwników".
Marcowy sondaż CBOS, poświęcony rocznicy smoleńskiej katastrofy (31/2011),
sygnalizuje głębię emocji i skalę podziału. Na pytanie o swój stosunek do planów
licznych uroczystości związanych z rocznicą katastrofy badani odpowiadają:
pozytywny – 3 proc., ambiwalentny – 56 proc., negatywny – 41 procent. Propozycje
wspólnych uroczystości polsko-rosyjskich w Smoleńsku pozytywnie oceniło 50 proc.
badanych, negatywnie – 40 procent. Ale uroczystości organizowane przez PiS
zyskały pozytywną ocenę 30 proc. badanych, zaś organizowane przez "Gazetę
Polską" już tylko 15 proc. respondentów. Pozostali oceniają je negatywnie,
zarówno organizowane przez PiS – 57 proc., jak i przez "Gazetę Polską" – 69
proc. badanych.
Poziom emocji, a nawet pewne rozchwianie nastrojów pokazują odpowiedzi udzielone
na bardzo szczególne, bo zadane w dwu wersjach pytanie.
Pierwsza wersji brzmi: Czy zgadza się Pan/i ze stwierdzeniem, że zbadanie
okoliczności katastrofy jest dla Polski sprawą najwyższej wagi, więc częste
poruszanie tego tematu nie powinno nikogo dziwić? "Zgadzam się" – odpowiedziało
55 proc., a "nie zgadzam się" – 39 proc. respondentów. Ale na to samo pytanie w
drugiej wersji: Czy zgadza się Pan/i ze stwierdzeniem, że zbadanie okoliczności
katastrofy jest dla Polski sprawą najwyższej wagi, ale za dużo się o tym mówi?,
odpowiadamy inaczej. "Zgadzam się" – aż 83 proc., i "nie zgadzam się" – 14 proc.
badanych Polaków.
Jak interpretować tę różnicę? Moja hipoteza brzmi – poziom emocji i niepewności
jest tak wysoki, a podziały społeczne tak dramatyczne, że każda sugestia zawarta
w pytaniu radykalnie zmienia nastrój odpowiadającego. Gdy pytanie sugeruje – "za
dużo się o tym mówi", badani odpowiadają: "tak, to prawda". Gdy sugestia brzmi:
"poruszanie tego tematu nie powinno nikogo dziwić", i ta wersja znajduje
licznych zwolenników.
Gdyby przyczyny katastrofy zostały przynajmniej po części wyjaśnione, gdyby
raport MAK był bardziej rzetelny (wywołał w Polakach oburzenie – 34 proc.,
upokorzenie – 22 proc., obojętność – 25 proc., spokój, dystans – 21 proc.),
pewnie racjonalność naszych opinii byłaby większa. Naszą dzisiejszą wiedzę o
przyczynach katastrofy oceniamy następująco: przyczyny zostały w pełni
wyjaśnione – 13 proc., wymagają jeszcze dodatkowych wyjaśnień – 50 proc., w
zasadzie nic jeszcze nie zostało wyjaśnione – 30 proc. badanych Polaków.
Nic dziwnego, że tak podzielone społeczeństwo, tak niepewne swojej wiedzy,
bombardowane kolejnymi "wrzutkami" i manipulowane emocjami, nie radzi sobie z
traumą po katastrofie, podobnie jak wielu polityków, ekspertów i komentatorów.
Pozwolę sobie powtórzyć tezę, którą swojego czasu sformułowałam w trakcie jednej
z debat – nawet jeśli tragedia smoleńska nie była zamachem, to jej konsekwencje
przypominają sytuację po udanym zamachu. Osłabiony rząd, złapany w pułapkę
polsko-rosyjskiego pojednania, osłabiona pozycja Polski na arenie
międzynarodowej, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej, spadek zaufania do
rządzących – ale i do opozycji, wysoki poziom emocji, co oznacza podatność
Polaków na manipulację, oraz dramatyczny podział wspólnoty na zwalczające się
obozy. Można powiedzieć: pełny sukces dla państw, które są Polsce niechętne i
mają sprzeczne z nami interesy.
Co dalej? Sytuacja jest tak skomplikowana, że także inny rząd, próbujący zmienić
polską politykę na bardziej suwerenną, zmierzającą do wyjaśnienia wszystkich
(także niekorzystnych dla nas) okoliczności tragedii smoleńskiej, znajdzie się w
dramatycznie trudnej sytuacji. Podzielone społeczeństwo, zaniepokojone skalą
problemu, a zarazem spragnione poczucia bezpieczeństwa może nie udzielić takiemu
rządowi poparcia. A przecież konieczne będą trudne decyzje, jakaś forma
zawieszenia stosunków dyplomatycznych, może nawet wezwanie ambasadora do
kraju… Każda z nich wywoła gwałtowne reakcje, nie tylko polskiej opinii
publicznej. Dlatego zarówno tym, którzy brną dzisiaj bezkrytycznie w iluzoryczne
pojednanie, jak i tym, którzy niekoniecznie mają skonkretyzowaną koncepcję
bezpiecznej zmiany polityki wobec wschodniego sąsiada, zwracam uwagę, że obie
drogi już dzisiaj prowadzą do sytuacji, z której tylko wybitny polityk i
zjednoczone wokół niego społeczeństwo będą w stanie nas wyprowadzić.
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
Autorka jest socjologiem, pracownikiem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa
PAN, przewodniczącą Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.
