Cenzura ante portas

Upływa miesiąc od zaistnienia niechlubnej cenzury w Parlamencie
Europejskim. 12 kwietnia 2011 roku ocenzurowano wystawę fotograficzną poświęconą
katastrofie polskiego samolotu Tu-154 i nieszczęsnemu rosyjskiemu śledztwu. Była
to hańba, która rzutować będzie na niebieski sztandar z żółtymi gwiazdami –
symbol UE. Oto bowiem jedna z najważniejszych unijnych instytucji – na co dzień
teoretycznie wysoko dzierżąca sztandar rożnego rodzaju wolności, swobód
obywatelskich – sama sobie knebluje usta. Jednocześnie pokazując, jak bardzo
upolityczniona jest owa europejska wolność słowa.

Gdy lądujemy na brukselskim lotnisku Zaventem i idziemy w kierunku wyjścia, po
prawej stronie mijamy wielką tablicę reklamową z napisem "Brussel – heart of
Europe", czyli "Bruksela sercem Europy". W kontekście tego, co wydarzyło się
miesiąc temu, zakrawa to na ironię: cenzura w sercu Europy? To szczególny
paradoks.
Ale my, polscy eurodeputowani, będziemy po prostu robić swoje. Niech każdy mówi
w swoim imieniu. Będę dalej walczył o prawdę o katastrofie pod Smoleńskiem. To
mój obowiązek jako Polaka. To, co wydarzyło się 12 kwietnia 2011 roku z
udziałem, niestety, władz Parlamentu Europejskiego, tylko dopinguje mnie do
jeszcze większej pracy i jeszcze szerszego informowania międzynarodowej opinii
publicznej o tej największej tragedii w dziejach Polski po II wojnie światowej –
jak głosi uchwala polskiego Sejmu.
I tak we wtorek, 31 maja, w brukselskiej siedzibie europarlamentu planujemy
europejską premierę filmu "Mgła". Natomiast 7 czerwca w siedzibie PE w
Strasburgu zaprezentujemy pierwszy śledczy film o katastrofie pod Smoleńskiem
"10.04.10". Chcę wierzyć, że tym razem nie spotkamy się z przejawami
jakiejkolwiek eurocenzury czy euroautocenzury.

3 razy cenzura

Niestety to, co stało się z ocenzurowaną wystawą zorganizowaną w rocznicę
katastrofy smoleńskiej, nie było pierwszą, choć na pewno najbardziej
spektakularną, ingerencją władz Parlamentu Europejskiego w treści ekspozycji
prezentowanych pod patronatem poszczególnych posłów. Według mnie, był to już
trzeci taki przypadek w ostatnich 6 latach. Co ciekawe i charakterystyczne,
zawsze ingerencje te dotyczyły wystaw organizowanych przez europosłów z Polski.
W pierwszym przypadku chodziło o prezentowaną w Strasburgu ekspozycję
fotograficzną dotyczącą ochrony życia poczętego. Zwolennikom "cywilizacji
śmierci" w europarlamencie nie spodobały się tam zdjęcia dzieci rozerwanych na
strzępy w wyniku tzw. aborcji. Wówczas część fotografii, na polecenie szefostwa
PE, zostało usuniętych z tej wystawy, przy czym doszło wręcz do przepychanek
między polskimi europarlamentarzystami – broniącymi ekspozycji, a ochroniarzami
na europarlamentarnych etatach. Na sali plenarnej odbyła się wówczas emocjonalna
debata, podczas której socjalistyczna europosłanka z Portugalii, zwolenniczka
"aborcji", przyznała się do zabicia własnego nienarodzonego dziecka i
zaatakowała polskich organizatorów ekspozycji. Z kolei europosłanka z Niemiec, w
równie ekspresyjnym wystąpieniu, także atakując autorów ekspozycji, ujawniła
zmianę swojej orientacji seksualnej… Ten żenujący spektakl był jednak tylko
swoistym suplementem do nie mniej żenującej cenzury usankcjonowanej przez
ówczesnego socjalistycznego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jossepa
Fontenellesa Borrella.

Polscy wypędzeni i Czeczenia na cenzurowanym

Pod koniec minionej kadencji europarlamentu (2004-2009) unijna cenzura ponownie
doszła do głosu. I znów uderzyła w wystawę przygotowaną przez polskich
europosłów. Tym razem jednak cenzura miała charakter nie tyle obyczajowo-moralny
(a raczej: amoralny), lecz stricte polityczny. Ekspozycja bowiem dotyczyła
Czeczenii, jej walk z Rosją o niepodległość oraz cierpień miejscowej ludności.
Był to rok 2008. Identycznie jak w przypadku ostatniej wystawy o Smoleńsku
ingerowano w treść podpisów, zakwestionowano również niektóre zdjęcia. Był
jeszcze jeden wspólny mianownik: wtedy i dziś organizatorami ekspozycji byli
europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Przed trzema laty, gdy polscy
przedstawiciele w PE uderzyli w stół i odezwały się tradycyjnie unijne nożyce,
szefem PE był Niemiec z CDU Hans Gert Poettering, a funkcję kwestora
(skarbnika), odpowiedzialnego za wystawy pełnił węgierski postkomunista Shabolcs
Fazakas. Ten pierwszy jest nadal europosłem i szefem Fundacji Adenauera, a
drugi, jakby w nagrodę, został oddelegowany przez ówczesny, socjalistyczny rząd
Węgier na członka Trybunału Obrachunkowego w Luksemburgu, czyli euroodpowiednika
Najwyższej Izby Kontroli.
Wkrótce potem doszło do bardzo dziwnej sytuacji w kontekście kolejnej polskiej
wystawy (znowu to PiS!). Tym razem dotyczyła ona Polaków wypędzonych ze swoich
ziem i domów przez władze Niemiec w okresie II wojny światowej. Ekspozycja o
tych faktycznie wypędzonych odbywająca się pod patronatem poseł Ewy
Tomaszewskiej komuś bardzo się nie podobała. W noc poprzedzającą inaugurację
wystawy niewidzialna ręka, ktoś, dla kogo najwidoczniej nie do przyjęcia było
przypominanie prawdy, że to Niemcy wypędzali Polaków – a nie odwrotnie – zepsuł
wszystkie gniazdka elektryczne, aby sparaliżować ekspozycję, która miała po
części audiowizualny charakter. Plan się nie powiódł – kontakty naprawiono, ale
niesmak, podobnie jak w przypadku wcześniejszych i późniejszych ingerencji
cenzury, pozostał.
Spore przeszkody napotkała także inna wystawa przygotowana przez europosłów PiS,
a dotycząca dziejów polskiego parlamentaryzmu. Czy fakt, że polska demokracja ma
olbrzymie tradycje, kilkaset lat historii, choć z tragicznymi przerwami, i jest
pod kątem długości, ale przede wszystkim powszechności absolutnie porównywalna z
brytyjską czy francuską, był dla władz Parlamentu Europejskiego tak trudny do
zaakceptowania? Wystawa organizowana przez poseł Ewę Tomaszewską miała
parokrotnie zmieniane terminy i w końcu odbyła się w zupełnie innym, gorszym
miejscu, niż to początkowo planowano (w styczniu 2009 roku).

Nie będziemy siedzieć cicho

Polacy mają w Parlamencie Europejskim do wyboru: albo siedzieć cicho i w
efekcie, od czasu do czasu otrzymać "nagrodę" w postaci poklepania, albo robić
swoje, upominać się o prawdę i w wymiarze historycznym, i tym dotyczącym
współczesności. Ta druga reakcja budzi kontrreakcję. Także w postaci
obrzydliwej, małostkowej i na dłuższą metę nieskutecznej cenzury. Jednak moi
wyborcy i na pewno wyborcy innych europosłów Prawa i Sprawiedliwości nie chcą,
abyśmy siedzieli w Brukseli i Strasburgu cicho, jak mysz pod miotłą.
Nie wyobrażam sobie, abym miał, wraz z moimi kolegami, mówiąc słowami Cypriana
Kamila Norwida, "kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami
stały". Będę na forum Unii Europejskiej dawał świadectwo prawdzie, zarówno
poprzez wystąpienia w sali plenarnej PE (jak dotychczas), jak i pisząc
interpelacje w związku z katastrofą smoleńską do Komisji Europejskiej i Rady UE
(jak dotychczas) czy organizując publiczne wysłuchania, wystawy i filmy.
Traktuję to jako naturalny element wykonywania mandatu posła Rzeczypospolitej
Polskiej do Parlamentu Europejskiego. Cóż, obojętnie, czy się to komuś będzie
podobało, czy też nie, "jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie" (Roman
Dmowski).
 

Ryszard Czarnecki

Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i
Reformatorzy).

drukuj