Canossa Tuska
Strategiczny konsensus między rządzącymi a opozycją to podstawa skutecznej
polityki zagranicznej. W Polsce przestał on obowiązywać po roku 2004, a więc po
zakończeniu wielkiego projektu integracji ze strukturami euroatlantyckimi. Nie
przypadkiem od tamtego czasu nie odnieśliśmy żadnego sukcesu międzynarodowego.
Nie był nim przecież traktat lizboński, dziś nie będzie także pakt fiskalny. A
jego przyjęcie przez PO – PSL wbrew prawicowej opozycji i w wątpliwej
konstytucyjnie procedurze przyniesie tylko problemy. I Polsce, i Europie.
Niedosyt demokracji
Wbrew przysłowiu nie uczymy się na błędach. Polityka europejska stała się
pretekstem do partyjnych kłótni, co pokazują na bieżąco chociażby obrady
sejmowej Komisji ds. UE. Zamiast współpracy w imię nadrzędnych interesów państwa
widzimy awantury i rozstawianie opozycji po kątach. Wszelkie, nawet najbardziej
racjonalne kompromisy są natychmiast topione na szczytach władzy. Przykładem
skandalicznej bezmyślności było zniszczenie ponadpartyjnego konsensusu, jaki z
trudem wypracowała sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. zmiany Konstytucji. Decyzją
premiera do kosza trafiła propozycja nowych rozwiązań porządkujących współpracę
organów państwowych w sprawach europejskich. Wprawdzie istnieje przyjęta w 2010
r. ustawa dotycząca tej kwestii, ale w rzeczywistości jest ona wielką fikcją –
zostawia wszystko w rękach rządu, a Sejm sprowadza do biernego słuchacza
rządowych informacji. W efekcie w procesie tworzenia prawa unijnego ciągle
istnieje deficyt demokracji. Powstawanie norm ponadnarodowych w Radzie UE ma
bowiem miejsce tylko za zgodą zasiadających w niej przedstawicieli rządów. Ale
polski parlament nie ma narzędzi do zablokowania stanowiska zajmowanego w Radzie
przez polskiego ministra, niezależnie od tego, czego ono dotyczy. Także w
przypadku materii przypisanych w Konstytucji pierwotnie Sejmowi, ale traktatami
oddanych na poziom Brukseli. A kiedy jeszcze uświadomimy sobie, że polski
przedstawiciel w Radzie UE jest tylko jednym z 27 głosujących i zasadniczą część
norm przyjmuje się większością głosów, wniosek jest jeden – Polacy nie mają
żadnego wpływu na proces tworzenia prawa UE, bo wybrani przez nich
parlamentarzyści mogą jedynie na rząd pokrzyczeć. I to pod warunkiem, że
marszałek Sejmu pochodzący z koalicji sprawującej władzę nie wyłączy im
mikrofonu. Normy unijne nie posiadają więc demokratycznej legitymizacji, a
przecież obowiązują automatycznie na terytorium naszego kraju.
Arogancja władzy
Brak konsensusu w polskiej polityce unijnej to efekt prozaicznej prawdy, że
władza woli dużych. Sejmowa matematyka rozzuchwala posłów z rządzącej koalicji.
Większość bezwzględnie podejmuje wszelkie decyzje i brutalnie marginalizuje
opozycję. Pokazuje, że jest ona zbędna, bo nie ma żadnych szans na realne
działania. Parlamentarna mniejszość może tyle, na ile pozwoli jej łaskawie
większość rządząca PO – PSL, czyli nic. Koalicja ma tylko 234 głosy w Sejmie, a
więc sądzi, że może rozstrzygać o wszystkim. Dzisiejsi zwycięzcy zapominają
jednak, że władza nie jest dana raz na zawsze, a arogancja może przynieść
niespodziewaną klęskę. A to dlatego, że do kluczowych decyzji w sprawach UE,
zgodnie z art. 90 Konstytucji RP, w Sejmie potrzebna jest większość 2/3. I tu
hamulec trzymają razem dwie partie: Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna
Polska. Jeśli się dogadają, to one mogą zacząć rozdawać karty w tej grze.
Rząd lekceważy prawicową opozycję, bo ta jest tradycyjnie skłócona. Nie wierzy w
jej wspólne działanie, nawet w najbardziej racjonalnych sprawach. Jest też
świadomy, że wymóg 2/3 dotyczy wyłącznie fundamentalnych kwestii związanych z
tzw. przekazaniem Brukseli uprawnień władczych państwa. A te są trudne do
zdefiniowania, więc w praktyce można kombinować, jak ten wymóg ominąć. Dobrym
przykładem jest tu pakt fiskalny. Kiedy Tusk w grudniu 2011 r. w ciemno
zapowiedział jego podpisanie i udzielenie Grecji pożyczki ze środków NBP, nie
konsultując tego z opozycją, wydawało się, że popełnił błąd. W treści paktu
zapisana była konieczność zmiany niektórych rozwiązań Konstytucji, a więc
również przymus współpracy parlamentarnej przy wymogu 2/3 głosów, czego bez
zgody prawicowej opozycji nie dałoby się dokonać. W dalszych negocjacjach zapis
ten jednak usunięto, a premier podpisał traktat w nowej wersji, co wprawdzie nie
zamyka ostatecznie problemu, ale pozwala mu łatwiej obejść meandry ratyfikacji.
Innym przykładem jest stworzenie Europejskiego Mechanizmu Stabilności,
którego zadaniem będzie pomoc państwom UE zagrożonym bankructwem. Odbędzie się
to poprzez zmianę traktatu o funkcjonowaniu UE, a więc na zdrowy rozum konieczne
jest uzyskanie zgody Sejmu większością 2/3 głosów. Rząd jednak za nic ma zasadę
legalizmu i kombinuje, jak okiwać opozycję.
W obu przypadkach kompromis z opozycją mają zastąpić rządowi eksperci.
Oczekiwanie jest jedno – mają wyprowadzić w opiniach wniosek, że dla
sfinalizowania takiej zmiany wystarczy jedynie większość zwykła (art. 89
Konstytucji). I choć wymaga to prawdziwie kosmicznej ekwilibrystyki prawniczej,
to pewnie się uda. Stara prawda mówi przecież, że papier się nie czerwieni.
Polityka na krótkich nogach
Tego rodzaju polityka ma jednak krótkie nogi. Powoli, lecz nieubłaganie,
nadchodzą czasy, kiedy wymogu sejmowej zgody na poziomie 2/3 głosów nie da się
ominąć. W tych sprawach żaden z ekspertów, nawet tych najbardziej przychylnych
Platformie Obywatelskiej, nie napisze innej opinii bez totalnej kompromitacji
swego nazwiska.
Pierwszy moment stanowić będzie ratyfikacja podpisanego w grudniu 2011 r.
traktatu akcesyjnego z Chorwacją. Jego finalizacja zaplanowana jest na 2013 rok.
Traktat stanowi nie tylko zgodę na członkostwo, ale i dokonuje ponownego
podziału władzy na poziomie wspólnotowym. W tym przypadku nie ma wyjścia.
Występując do prezydenta o jego ratyfikację, rząd będzie musiał uzyskać po
drodze zgodę Sejmu przyjętą większością 2/3 głosów i to pewnie jeszcze w tym
roku. Wprawdzie alternatywą byłoby referendum, ale na dźwięk tego słowa Bruksela
dostaje palpitacji, wspominając traktat konstytucyjny. Taki pomysł
skompromitowałby premiera w oczach Europy.
Druga sprawa dotyczy skomplikowanej sytuacji Grecji. Mimo pompowania w nią
miliardów i propagandy sukcesu prowadzonej przez większość mediów rozwiązania
kryzysu nie widać. Coraz częściej słychać za to głosy poważnych ekonomistów i
polityków o konieczności zmiany statusu Grecji w UE (wyjście ze strefy euro) lub
dużej reformie unijnej w tym zakresie. Nie ukrywają już tego Niemcy. W
materiałach z prac komisji ds. UE Bundestagu czytamy, że pakt fiskalny to
dopiero początek zmian. Niezależnie od losu Grecji Merkel ma w planach porządne
wietrzenie traktatów unijnych, bo dzisiejsze rozwiązania wpędziły Unię w nie
lada kłopoty. Ale każde nowe rozwiązanie, każda reforma UE wymagać będzie
ratyfikacji w Polsce za zgodą Sejmu uzyskaną większością 2/3.
Wreszcie kolejną sprawą jest kwestia zmiany Konstytucji w przypadku wejścia
Polski do strefy euro. Tu wymóg 2/3 też jest jednoznaczny.
Wystarczy czekać
Można mnożyć przykłady tego rodzaju, bo sytuacja UE jest opłakana. Bez
istotnych zmian nie przetrwa ona kolejnego dziesięciolecia. A to każe
przypuszczać, że czas arogancji władzy w Polsce powoli się kończy. Albo wróci
ona na drogę konsensusu, albo opozycja dostanie do ręki możliwość odwetu za
wyrzucenie jej poza nawias polityki europejskiej. Premier oczywiście liczy na
to, że nie odważy się ona na wspólny sprzeciw. Głosując przeciwko tak kluczowym
sprawom, znów dałaby się zmarginalizować jako zaściankowa i eurosceptyczna. A
jak widać po zachowaniu Tuska, taka polaryzacja jest mu na rękę dla utrzymania
się przy władzy, nawet kosztem problemów Europy.
W tej kwestii jednak się myli. Opozycja ma możliwość sprzeciwienia się w
sposób racjonalny i nad wyraz prosty. Nie musi wcale głosować przeciw tym
traktatom. Wystarczy jej już dziś zapowiedzieć, że protestując przeciwko
zachowaniu PO, do końca kadencji Sejmu będzie po prostu wstrzymywać się od głosu
we wszystkich unijnych sprawach bez wyjątku. I spokojnie czekać na neutralnej
pozycji. Europa ma zbyt wiele problemów, by nie pojawiła się okazja zmuszenia
Tuska do spaceru do Canossy. I jeśli polska opozycja prawicowa będzie w swoim
dystansie zgrana i konsekwentna, to nawet nie będzie się musiała starać. Polski
rząd zostanie przyciśnięty w tej kwestii przez Brukselę, i to nawet prędzej, niż
myślimy. W Unii myślą racjonalnie, a stawka jest dla elit europejskich za
wysoka. Brak konsensusu w Polsce oznacza klęskę projektu Europa. A u jej źródła
będzie leżeć wina koalicji rządzącej. Swoją arogancją Tusk narobi więcej
nieodwracalnych szkód, niż sobie wyobrażamy. I to nie tylko na naszym
wewnętrznym podwórku. A takiego numeru Bruksela mu nie odpuści.
Prof. Mariusz Muszyński
Mariusz Muszyński – profesor UKSW, specjalizuje się w prawie międzynarodowym
i europejskim.
Krzysztof Rak – publicysta, specjalizuje się w sprawach międzynarodowych.
