Budżet mało realistyczny?

Komitet Stały Rady Ministrów przyjął założenia do ustawy budżetowej.
Oznacza to, że już w najbliższy wtorek dokument powinien trafić pod obrady Rady
Ministrów. Ekonomiści krytycznie oceniają dokument i uznają go za pozbawiony
realizmu.

Według projektu budżet na 2011 rok zostanie skonstruowany przy założeniu wzrostu
PKB o 3,5 proc. i średniorocznej inflacji 2,3 procent. Stopa bezrobocia na
koniec grudnia roku budżetowego ma wynieść 9,9 procent. W dokumencie rząd
przewiduje zamrożenie płac w sferze budżetowej oraz płacy minimalnej, a w ślad
za tym zasiłków społecznych i rodzinnych. W praktyce spowoduje to realny spadek
płac i świadczeń o wskaźnik rzeczywistej inflacji.
"Wielkie oszczędzanie" wzmocnione zostanie przez zastosowanie do wszelkich
wydatków elastycznych budżetu oraz nowych wydatków sztywnych tzw. reguły
wydatkowej, która ogranicza wzrost wydatków z budżetu do poziomu 1 pkt proc.
powyżej inflacji.
– Rząd skorygował w dół prognozę wzrostu PKB w stosunku do tego, co zakładano w
programie konwergencji przesłanym na początku roku Komisji Europejskiej. Obecne
podejście – wzrost o 3,5 proc. PKB – jest bardziej realistyczne. Przede
wszystkim uwzględnia fakt, że kraje zachodnie wdrażają restrykcyjne pakiety
oszczędnościowe, które w oczywisty sposób wpłyną na zmniejszenie popytu na
tamtejszych rynkach, a więc także zmniejszenie naszych możliwości eksportowych.
Tymczasem eksport netto (różnica pomiędzy tempem wzrostu importu i eksportu)
daje około 2 proc. PKB – komentuje dr Zbigniew Kuźmiuk, ekonomista. Według
niego, tegoroczny wzrost będzie niższy niż zakładano, wyniesie około 2,2 proc.
PKB.
– Motorem wzrostu nie będzie też, jak dotychczas, popyt wewnętrzny, z uwagi na
słaby wzrost płac przy inflacyjnym wzroście cen, ani też inwestycje z funduszy
unijnych, ponieważ zabraknie pieniędzy na ich współfinansowanie – utrzymuje
ekonomista.

Nadmierny optymizm

– W założeniach do budżetu widoczna jest fundamentalna sprzeczność: z jednej
strony rząd zakłada wzrost popytu krajowego, z drugiej – wprowadza tego rodzaju
cięcia, które ten popyt drastycznie ograniczają – zauważa główny ekonomista SKOK
Janusz Szewczak.
Realistyczny jest, w ocenie ekonomistów, przyjęty w założeniach wskaźnik
inflacji – 2,3 procent. Za jej poziom odpowiada jednak nie rząd, lecz Narodowy
Bank Polski, który w razie zagrożenia nadmiernym wzrostem cen podnosi stopy
procentowe.
– W wypadku bezrobocia jednak rząd wykazał nadmierny optymizm. Nowe miejsca
pracy powstają w Polsce dopiero wtedy, gdy wzrost przekracza 4 proc. PKB wtedy –
zwraca uwagę dr Kuźmiuk. Wyższe rzeczywiste bezrobocie niż przyjęte w
założeniach przełoży się, według niego, na pogorszenie kondycji Funduszu
Ubezpieczeń Społecznych, Funduszu Pracy, Narodowego Funduszu Zdrowia. Budżet
będzie musiał więcej dokładać, by uzupełnić luki finansowe i utrzymać płynną
realizację świadczeń emerytalnych, zasiłków dla bezrobotnych oraz usług
medycznych. Skąd rząd weźmie na to pieniądze, jeśli chce zredukować deficyt?
– Sądzę, że rząd szykuje na jesień niespodzianki, o których na razie nie mówi,
np. wzrost akcyzy na paliwa i podatku VAT. Jest pod presją, bo rynki finansowe
oczekują znacznie głębszych oszczędności niż te, o jakich mówią założenia
budżetowe – twierdzi dr Kuźmiuk.
– W grę może wchodzić także brak waloryzacji lub zmiana zasad waloryzacji rent i
emerytur – uważa Janusz Szewczak.
I na tym oszczędności się nie skończą. Kluczowe znaczenie ma, jego zdaniem,
planowany poziom wpływów podatkowych oraz potrzeby pożyczkowe brutto, tzn. ile
rząd będzie musiał pożyczyć w przyszłym roku na spłatę starych długów. W
bieżącym roku nasze potrzeby pożyczkowe sięgną aż 100-120 mld złotych.
– Zakładany deficyt budżetowy w wysokości 40 mld zł jest kompletnie nierealny –
twierdzi Szewczak, zwracając uwagę, że już w tym roku będzie problem z
deficytem, który planowo miał wynieść 52 mld zł, a już po pierwszym półroczu
sięga 37 mld złotych. Trudno zakładać, że pozostałe 15 mld zł "wystarczy" na
kolejne 6 miesięcy.
– Tempa wzrostu zadłużenia nie da się już powstrzymać, ponieważ staliśmy się
zakładnikiem kapitału spekulacyjnego i więźniem potrzeb pożyczkowych – ocenia
główny ekonomista SKOK. Żeby mniej pożyczać za granicą, trzeba mieć większe
dochody wewnętrzne z podatków, opłat i dywidend, tych zaś nie będzie, ponieważ
majątek Skarbu Państwa został sprzedany, a gospodarce europejskiej po ostatnich
cięciach oszczędnościowych zagraża recesja.

Wzrośnie presja na złotego

– To nie będzie budżet "konserwatywny", lecz "oderwany od realiów" – ocenia
Jerzy Bielewicz, finansista, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek". Stan
finansów publicznych jest inny, niż przedstawia rząd. Rzeczywiste zadłużenie, z
uwzględnieniem zobowiązań pozabilansowych, sięga, według ekspertów NBP, ok. 220
proc. naszego PKB. Chodzi o rosnące zobowiązania emerytalne i zdrowotne państwa
wobec obywateli, które nie mają pokrycia w systemie. – Głównym czynnikiem ryzyka
jest przyjęcie, że złoty będzie się umacniał. Podczas gdy dalsze wzmocnienie
jest wątpliwe, przeciwnie, wzrośnie presja na deprecjację złotego pod wpływem
rosnącego zadłużenia, zwłaszcza w samorządach, które pożyczają na dofinansowanie
projektów unijnych – uważa finansista.
– Skoro dług samorządów musi wzrastać, konieczne są głębokie cięcia w budżecie
centralnym, by to zrekompensować – przekonuje Bielewicz. Jeśli rząd tego nie
zrobi, ryzykuje wzrostem rentowności polskich obligacji, wzrostem kosztów
obsługi zadłużenia i osłabieniem naszej waluty.
– Czy sektor bankowy również weźmie udział w zaciskaniu pasa, czy tylko emeryci,
renciści i sfera budżetowa? – zastanawia się Janusz Szewczak. Zwraca uwagę, że
rządy zachodnie w ramach oszczędności obcinają premie bankowców i wprowadzają
podatek od obrotów kapitałowych, gdy tymczasem w Polsce rząd zaczyna od
opróżniania kieszeni najuboższych.

Małgorzata Goss

drukuj