Brzózka była cieniutka i już ją ścięli

Z Nikałajem Bodinem, lekarzem ze smoleńskiego pogotowia ratunkowego,
świadkiem zderzenia z brzozą polskiego Tu-154M, rozmawia Piotr Falkowski

Gdzie Pan był rano 10 kwietnia 2010 roku?

– Na daczy.

To jest miejsce, nad którym przelatują samoloty lądujące na lotnisku
Siewiernyj?

– Tak. Często widzę tam samoloty wojskowe. Chociaż ostatnio rzadziej, od
kiedy nie ma pułku.

Tego dnia była mgła…

– Tak, mamy często mgłę, przynajmniej raz w tygodniu. Od Dniepru, Wiazowienki
[dopływ Dniepru, dolina tej rzeki tworzy szeroki jar na drodze podejścia do
lądowania – przyp. red.], jezior.

I zobaczył Pan samolot…

– No właśnie. Ja już wracałem, byłem przy samochodzie. On wyleciał z mgły, z
kierunku takiego, jak wszystkie. Tylko leciał o wiele niżej, sześć-siedem metrów
nad ziemią. Mgła była taka, że widać było na dziesięć metrów, więc on jakby
wyszedł z obłoku.

Widział Pan światła lotniska?

– Paliły się światła przy radiolatarni. Ale z mgły piloci nie mogli ich
zobaczyć.

Co się stało potem?

– Samolot leciał tak nisko, że przeciął brzozę. I wtedy on raptem włączył
silnik na dużą moc. Bo wcześniej leciał cicho, tak jak inne samoloty. Nawet się
przewróciłem od podmuchu z silnika odrzutowego. Byłem wtedy około dziesięciu
metrów od niej. Teraz ją ścięli zupełnie.

Czy od tego uderzenia w drzewo coś się stało? Może coś odpadło?

– Nie, to było cienkie drzewo. Samolot poleciał dalej. Tylko, że już z
włączonym silnikiem. Można powiedzieć na gazie, z przyspieszeniem. A potem już
go nie widziałem. I nie widziałem, jak uderzył w ziemię. Poszedłem tam zaraz,
kiedy usłyszałem syreny. Jestem lekarzem, pracuję w pogotowiu ratunkowym i
myślałem, że może będę mógł pomóc.

I co Pan zobaczył?

– Tam przechodzi szosa. A zaraz za nią na drzewie zobaczyłem skrzydło
samolotu, więc już wiedziałem, że się rozbił…

Całe skrzydło?

– Tak, ono było w drzewach, wisiało. Całe, lewe skrzydło. Potem podszedłem
bliżej do wraku. Ale widać było, że nie będzie rannych. Trochę było płomieni i
strażacy je gasili. Oni byli pierwsi.

Rozmawiał Pan z nimi?

– Nie, zobaczyłem, że żywych nie ma i poszedłem. Oni byli zajęci. Wydawali
sobie komendy, biegali. Nasze karetki pogotowia też tam zaraz pojechały, ale
wróciły, bo nie było kogo zabierać.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj