Bliżej serca Jana Pawła II
Z Andreą Torniellim, pisarzem, watykanistą, rozmawia Agnieszka Żurek
Jakie dzieła zalicza Pan do bezpośrednich owoców przebogatego pontyfikatu
Jana Pawła II?
– Ten pontyfikat był czymś niesamowitym. Zbliżył do Papieża ludzi z całego
świata. Jan Paweł II pokazał, w jaki sposób można jednocześnie całkowicie żyć
Bogiem i z pełnym zaangażowaniem uczestniczyć w życiu świata – w służbie
człowiekowi. Taka postawa Ojca Świętego, jego charyzmat przyniosły bardzo wiele
wspaniałych owoców. Jan Paweł II uczył nas, jak należy kochać młodzież, jak
pomagać młodym ludziom rozwijać się. Umiał także wlać ducha nadziei i ufności,
dodać odwagi potrzebnej do działania ludziom świeckim we Włoszech, ale także w
innych krajach europejskich. Pomógł przezwyciężyć wątpliwości, strach i
zmęczenie. Nauczył nas, że wiara musi zamanifestować się poprzez kulturę, nie
może pozostać zamknięta w kościołach, ale powinna wyjść do świata – bez
narzucania się, ale poprzez podjęcie z nim dialogu. Obecnie, kiedy Benedykt XVI
mówi o konieczności udziału chrześcijan w życiu społecznym, operuje pojęciem
"kreatywnej mniejszości". Myślę, że także i to jest owocem pontyfikatu Jana
Pawła II.
Jan Paweł II był zatem świadomy, że możemy stać się mniejszością?
– Tak. Nie jest to oczywiście coś, czego byśmy sobie życzyli, ale kiedy Papież
mówił o "cichej apostazji" w Europie, był świadomy, do czego może ona
doprowadzić. Ważne jest, żeby chrześcijanie – nawet jeśli staną się mniejszością
– stanowili wspólnotę pewną swojej tożsamości i kreatywną – posiadającą siłę
przyciągania, umiejącą podejmować dialog, ale także – kiedy trzeba – potrafiącą
być znakiem sprzeciwu.
Może podać Pan przykłady sytuacji, które takiego sprzeciwu od nas wymagają?
– Ojcu Świętemu bardzo leżało na sercu promowanie "kultury życia", poświęcił
temu zagadnieniu ważną encyklikę "Evangelium vitae". Był wielkim piewcą życia,
które powinno być przeżyte w całości – od poczęcia aż do samego końca. Orędzie,
które głosił, potwierdził także swoim życiem, sposobem, w jaki sam przyjmował
cierpienie i chorobę. Działo się to w trudnych dla Europy czasach, kiedy w
niektórych krajach zostały zalegalizowane prawa zezwalające na aborcję. Papież
bardzo cierpiał z tego powodu. Kiedy we Włoszech odbyło się referendum w sprawie
aborcji, Ojciec Święty leżał wówczas w szpitalu po zamachu na swoje życie. Wtedy
był dla całego Kościoła szczególnym znakiem sprzeciwu. Ofiarowywał swoje
cierpienie także w intencji ochrony i szacunku dla życia od poczęcia aż do
naturalnej śmierci. Dzięki pontyfikatowi Jana Pawła II temat obrony życia stał
się obecny w dyskusji publicznej. Oczywiście podkreślali to także poprzedni
papieże, jednak Jan Paweł II bardzo rozszerzył zakres świadomości społecznej w
tej dziedzinie. Nie tylko mówił o cierpieniach Kościoła w różnych wymiarach jego
życia, ale przelał też w tej intencji krew.
Co szczególnie zapadło Panu w pamięć z osobistych spotkań z Ojcem Świętym?
– Dzięki swojej pracy miałem okazję od czasu do czasu zamienić z nim słowo.
Uczestniczyłem w wielu papieskich podróżach. Zawsze podziwiałem to, jak bardzo
"ludzkim" był Papieżem. To za każdym razem robiło na mnie wielkie wrażenie.
Rzeczą może mniej rzucającą się w oczy, a jednak równie ważną, jeśli nie
ważniejszą, było to, jak mocno ten ludzki wymiar jego osobowości zakorzeniony
był w głębokim życiu modlitewnym i w jego całkowitym poddaniu swojej woli – woli
Bożej. Niewielu widziało momenty indywidualnej modlitwy Ojca Świętego, a
tymczasem to one stanowiły jego prawdziwą siłę.
Pontyfikat Jana Pawła II stanowił przełom w relacjach Watykanu z mediami.
– Stosunek Jana Pawła II do dziennikarzy był nadzwyczajny. Na pokładzie
papieskiego samolotu odbywały się konferencje prasowe, Ojciec Święty udzielał
wywiadów, lubił rozmawiać z dziennikarzami, szanował ich pracę. Jego wybór na
Stolicę Piotrową w 1978 r. zupełnie zmienił także stosunek dziennikarzy i
watykanistów do Papieża.
Z pewnością pamięta Pan dzień 16 października 1978 roku?
– Tak, oczywiście. Miałem wtedy dopiero 14 lat, ale pamiętam ten dzień
doskonale. O ks. kard. Karolu Wojtyle słyszałem już wcześniej, czytałem o nim w
prasie katolickiej, która poruszała tematy związane z życiem Kościoła na
Wschodzie. Nie skojarzyłem jednak wersji pisanej nazwiska "Wojtyła" z jego
wersją mówioną, toteż kiedy kardynał kamerling ogłosił, że papieżem został ktoś
o tym nazwisku, wielu Włochów – w tym także i ja – pomyślało, że jest to
nazwisko afrykańskie. Wybór Papieża Polaka był dla mnie – podobnie jak i dla
innych – wielkim zaskoczeniem. Przede wszystkim dlatego, że przez ostatnie 500
lat na papieży byli wybierani jedynie Włosi. Zaskoczenie prawie natychmiast
zmieniło się w wielką falę sympatii. Papież był człowiekiem uroczym, już od
pierwszego momentu podbił nasze serca. Pamiętam jego pierwsze błogosławieństwo
"Urbi et Orbi". Jan Paweł II oparł się rękami o balustradę – loggię Bazyliki św.
Piotra – w taki sposób, jakby był normalną osobą, która wychodzi na balkon, a
nie najwyższym dostojnikiem Kościoła. W jego sposobie poruszania się i
gestykulacji nie było niczego sztucznego czy wystudiowanego. Pamiętam również,
że już dzień po swoim wyborze na Stolicę Piotrową opuścił Watykan i udał się do
szpitala, aby odwiedzić chorego przyjaciela, ks. bp. Andrzeja Marię Deskura.
Takie sytuacje nie zdarzały się podczas wcześniejszych pontyfikatów.
Studiował Pan starożytną grekę. W jaki sposób zdecydował się Pan zostać
watykanistą?
– Spędzałem wakacje bardzo blisko miejsca, gdzie urodził się Jan Paweł I. W
sierpniu 1978 roku, kiedy umarł Paweł VI, także byłem na wakacjach. Śledziłem
przebieg konklawe i kiedy został wybrany Jan Paweł I, było to dla mnie bardzo
wielkim przeżyciem. W taki właśnie sposób zacząłem śledzić watykańskie kroniki i
informacje prasowe na ten temat.
Napisał Pan wiele książek poświęconych pobożności maryjnej. Czy zainspirował
Pana do podjęcia tego tematu właśnie Jan Paweł II?
– Jan Paweł II z pewnością nauczył nas kochać Maryję. Pokazał nam, że pobożność
maryjna nie jest domeną jedynie starszych pań – oczywiście z całym szacunkiem
dla starszych pań – ale że jest ona dla wszystkich. Ojciec Święty uświadomił
nam, że Maryja zajmuje fundamentalną rolę w dziele zbawienia. Poprzez to, jak
się modlił, jak włączał do modlitwy elementy pobożności ludowej, ukazał nam to w
bardzo piękny sposób.
W swojej książce twierdzi Pan, że "każdy, kto oddala się od Maryi, w
konsekwencji oddala się także od Chrystusa". Jak to rozumieć?
– To zdanie ma sens pozytywny, nie negatywny. Wszyscy wiemy, że matka zajmuje
szczególne miejsce w naszym sercu. Matki posiadają jak gdyby klucze do serc
swoich dzieci. Rzeczą bardzo piękną, niespotykaną w innych religiach, istniejącą
tylko w chrześcijaństwie jest fakt Wcielenia. Bóg zdecydował, aby przyjść na
świat tak jak my – urodziła Go Jego Matka. Dzięki temu my także mamy naszą Matkę
w niebie. Możemy prosić Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa o udzielenie nam łask
za Jej wstawiennictwem. Matka Jezusa z całą pewnością posiada klucze do Jego
Serca. Widzimy to już w momencie pierwszego cudu, który uczynił Jezus podczas
wesela w Kanie. Zamienił wodę w wino właśnie na prośbę Matki.
Pobożność maryjna była częścią polskiego dziedzictwa Ojca Świętego. Także
terminu "nowa ewangelizacja" Jan Paweł II po raz pierwszy użył właśnie w Polsce,
w Nowej Hucie.
– Tak, jest to bardzo znaczące, że pierwszy raz termin ten został użyty właśnie
w Nowej Hucie. Jan Paweł II po raz pierwszy jako Papież powrócił do "swojej
Polski" i odprawił Mszę św. na terenie dzielnicy, która została zaprojektowana i
zbudowana jako "dzielnica bez Boga". Miało w niej nie być kościołów, mieszkańcy
mieli żyć bez odniesienia do Stwórcy. W późniejszych latach cała Europa w pewien
sposób zaczęła coraz bardziej tracić z oczu horyzont rzeczywistości
nadprzyrodzonej. Ten problem przestał dotyczyć już tylko części Europy rządzonej
przez komunistów. Z tego też powodu Papież dostrzegł potrzebę nowej
ewangelizacji krajów o chrześcijańskiej tradycji, które jednak coraz wyraźniej
zaczęły się laicyzować.
Mówiąc o potrzebie nowej ewangelizacji, Jan Paweł II obejmował zatem myślą
całą Europę?
– Tak, z początku kontekst pojęciowy tego terminu był węższy, później natomiast
ogarnął całą Europę. Więcej, wszystkie kraje posiadające korzenie
chrześcijańskie. Pojęcie "nowej ewangelizacji" według wizji Ojca Świętego nie
ograniczało się jedynie do krajów komunistycznych. W tych ostatnich jednak z
pewnością potrzeba nowej ewangelizacji była szczególnie widoczna – ze względu na
to, że rządy państw bloku komunistycznego podejmowały wyraźne działania będące
zamachem na religię chrześcijańską. W tzw. wolnej Europie religia była jednak
także zagrożona, choć w inny sposób. Głównym niebezpieczeństwem była przede
wszystkim postępująca laicyzacja. W dokumentach postsynodalnych dotyczących
Europy – w adhortacji "Ecclesia in Europa" – Papież mówi wprost o "cichej
apostazji", która dotknęła nasz kontynent. Te słowa padły na początku XXI wieku.
Komunizm upadł, a tymczasem część Europy nadal żyła bez Boga, odrzucając Go w
sposób mniej wyraźny, bardziej dyskretny, cichszy, ale równie skutecznie
negujący chrześcijańskie korzenie Starego Kontynentu.
Benedykt XVI kontynuuje dzieło nowej ewangelizacji zapoczątkowane przez Jana
Pawła II, podejmuje w tym kierunku wyraźne działania.
– Benedykt XVI jest nie tylko doskonale świadomy istnienia w Europie owej
"cichej apostazji", ale przeciwstawia się jej w bardzo konkretny sposób. Papież
powołał nawet specjalną dykasterię poświęconą właśnie nowej ewangelizacji – z
arcybiskupem Rinem Fisichellą na czele. Nowa ewangelizacja została zatem w ten
sposób także zinstytucjonalizowana jako misja całego Kościoła. Oznacza to, że
Benedykt XVI w wyraźny sposób zdecydował się kroczyć drogą wytyczoną przez Jana
Pawła II i dokończyć dzieła, które zostało przez niego rozpoczęte. To tylko
jeden z wymiarów doskonałej jedności tych dwóch pontyfikatów.
Jak w praktyce realizuje się idea nowej ewangelizacji?
– Z jednej strony jest to podkreślenie ważności dialogu między wiarą i rozumem,
ponieważ obecnie na Zachodzie istnieje niestety silne (a zarazem fałszywe)
przekonanie, że nie mogą one iść w parze. Tymczasem wiara zawsze podejmowała z
rozumem dialog i nigdy nie występowała przeciwko niemu. Drugim ważnym aspektem
nowej ewangelizacji, akcentowanym bardzo mocno przez Ojca Świętego, jest
konieczność powrotu do chrześcijańskich korzeni Europy, do źródeł wiary,
wreszcie do wiary jako takiej, nie zaś do rozważania jedynie tego, co z wiary
wypływa. Benedykt XVI w jednej ze swoich homilii zaznaczył, że współcześnie
wiele się mówi o społecznych, politycznych czy kulturowych konsekwencjach wiary,
a tymczasem jeśli naszą uwagę poświęcimy wyłącznie zgłębianiu tych zagadnień, co
pozostanie nam z samej wiary?
Papież podkreśla w tym aspekcie także wagę modlitwy i pobożności
eucharystycznej.
– Z całą pewnością. Pamiętam, kiedy Papież w Kolegium Bernardyńskim w Paryżu we
wrześniu 2008 roku wygłosił obszerne orędzie adresowane do świata kultury, w
którym mówił o mnichach benedyktyńskich, którzy dali podwaliny cywilizacji
europejskiej. Papież stwierdził, że mnisi nie mieli projektu stworzenia
cywilizacji. Po prostu szukali Boga. Mówi o tym łaciński termin "querere Deum".
Tworzenie wspólnoty po to, żeby wspólnie Go szukać, żeby razem się modlić, legło
u podstaw cywilizacji europejskiej. Powstała ona na gruncie rodzących się na
przestrzeni lat "wysp modlitwy i składania świadectwa", jakie stanowiły
klasztory. Były one punktami odniesienia dla całej społeczności
chrześcijańskiej. Dzięki temu Europa stała się właśnie tym, czym się stała.
Co powinniśmy, Pana zdaniem, czynić, aby jak najpełniej przeżyć beatyfikację
Ojca Świętego?
– Myślę, że nie chodzi tu jedynie o czytanie książek – chociaż oczywiście także
i to jest bardzo istotne. Najważniejszą rzeczą jest, aby zbliżyć się do serca
Jana Pawła II, a poprzez niego – także do Serca Bożego. Naszym zadaniem jest
przyjęcie tego, czego Ojciec Święty nas uczył – to znaczy całkowitego poddania
się woli Bożej. Możemy zatem przy okazji beatyfikacji Jana Pawła II modlić się o
to, aby choć trochę się do niego upodobnić.
Dziękuję za rozmowę.
