As polskiego wywiadu

Z kapitanem Stanisławem Łuckim, współtwórcą sieci wywiadowczej "F-2" we
Francji podczas II wojny światowej, rozmawia Franciszek L. Ćwik

Już jako student prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie związał się
Pan ze Stronnictwem Narodowym. Studia przerwała wojna i przejście przez zieloną
granicę do Rumunii…

– Pozostanie w Kutach, w mojej rodzinnej miejscowości, po 17 września 1939 r.
oznaczało dla mnie śmierć. Chciałem też kontynuować działalność polityczną i
walczyć o wolność Polski.

Dostał się Pan do Francji, do polskiego obozu szkoleniowo-organizacyjnego w
CoĎtquidan w Bretanii. Jak wspomina Pan ten pobyt?

– Kiedy 8 grudnia 1939 r. dotarłem do CoĎtquidan, byli tam już pierwsi polscy
ochotnicy z terenu Francji. Obóz zrobił na mnie ponure wrażenie, tym bardziej że
dokuczało nam przenikliwe zimno. Dostaliśmy drelichowe mundury. Tylko nielicznym
udało się otrzymać prawdziwe, błękitne uniformy jeszcze z pierwszej wojny
światowej. Jako strzelec "z cenzusem" zostałem skierowany do 4. pułku piechoty
zakwaterowanego 10 km od obozu, w Pléban Le Grand. Zgodnie z francuskimi
przepisami nie można było rekwirować domów dla szeregowców. Dlatego spaliśmy w
stodołach, garażach, na strychach itp. Mnie przypadł strych. Każdy z nas dostał
po pół koca na przykrycie. W nocy często można było słyszeć, jak szczękamy
zębami z zimna. Lekarz stwierdził, że nie nadaję się do piechoty, więc odesłano
mnie do innego pułku stacjonującego w CoĎtquidan, gdzie spaliśmy w brudnych i
zawszonych barakach.

Jaka atmosfera panowała w CoĎtquidan?
– Dawało się odczuć przygnębienie, mimo dobrego ducha żołnierzy i zaangażowania
oficerów, którzy ciągle walczyli o zdobycie sprzętu dla swoich oddziałów. Nie
wiem, z czego to się brało, być może Francuzi sami tego sprzętu nie mieli albo
nie chcieli go dawać Polakom. Kiedy pewnego dnia zobaczyłem dwukołową wielką
kibitkę zaprzęgniętą w konia, która była transportem intendentury, wolałem nie
myśleć o wyniku wojny niemiecko-francuskiej. Muszę też wspomnieć o wyżywieniu.
Mimo znanej w świecie znakomitej kuchni francuskiej naszymi skromnymi ilościowo
posiłkami były konserwy i suchary.

Co było głównym zadaniem ośrodka w CoĎtquidan?
– W obozie organizowano stale szkolenie nowo przybywających poborowych z dawnej
polskiej emigracji we Francji. W pobliskim Guer była czynna szkoła podchorążych.

Jak układała się współpraca z Francuzami?
– Na początku nasi oficerowie, głównie wyżsi rangą, mieli pewne trudności z
łącznikowymi oficerami francuskimi, którzy uważali, że są u siebie i mogą
odgrywać rolę dowódców. Po pewnym czasie docierania się współpraca zaczęła się
dobrze układać. Na każdym kroku można było zauważyć, że armia francuska nie była
priorytetem rządu, co wyrażało się niskimi wydatkami na nią. Na początku 1940
r., w czasie trwającej wojny sowiecko-fińskiej, generał Władysław Sikorski
postanowił utworzyć polską jednostkę przeznaczoną do udziału w interwencji
sprzymierzonych po stronie Finlandii. W ten sposób 14 lutego narodziła się
Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, a ja znalazłem się w niej z
oddziałem wydzielonym z 3. pułku piechoty. Dowódcą brygady został gen. Zygmunt
Bohusz-Szyszko. Miała ona pierwszeństwo w umundurowaniu i uzbrojeniu.

Jakie były jej losy?
– Na początku marca brygada opuściła obóz i została rozlokowana w małych
miasteczkach położonych na południe od CoĎtquidan. W kwietniu przerzucono ją pod
Narwik w Norwegii, gdzie walczyła z Niemcami. Po bitwie, jedynej wygranej przez
aliantów w tym czasie, wróciliśmy do Francji.

W nowej sytuacji, po przegranej Francji, przedostaje się Pan do tzw. wolnej
strefy, organizując w latach 1940-1941 koła Stronnictwa Narodowego w Voiron i
Villard de Lans, a od 1942 r. angażuje się w akcję wywiadowczą…

– W 1940 r. londyńska grupa gen. Charles’a de Gaulle’a nie stanowiła dla
większości Francuzów legalnej władzy. Zgodnie zresztą z decyzją deputowanych za
kontynuację III Republiki uważano rząd w Vichy. Francuzi stali się więc dla
Anglików stroną co najmniej niepewną. Londyn niepokoił się możliwością
wykorzystania bardzo silnej floty francuskiej do inwazji na Wyspy Brytyjskie.
Nic dziwnego, że uwaga angielskiego wywiadu skupiła się na francuskich portach.
Na prośbę Anglików polski wywiad zaczął montować własną siatkę we Francji.
Historia "F-2" zaczęła się we wrześniu 1940 r. wraz z przyjazdem do Francji kpt.
Marynarki Wojennej Tadeusza Jekiela. Dużą pomoc w budowaniu organizacji okazał
Leon Śliwiński, skierowany do tej służby z Londynu. Pomimo instrukcji o
wprowadzaniu do siatki tylko Francuzów, głównie dzięki Śliwińskiemu zaangażowano
również wielu Polaków, w tym mnie.

Czym głównie zajmowała się sieć "F-2"?
– Sieć "F-2" zaczęła rozwijać się stosunkowo szybko. Po "obsadzeniu" portów
śródziemnomorskich wprowadzono informatorów sieci do portów atlantyckich,
arsenałów i stoczni. Obserwowano również pilnie ruchy okrętów niemieckich.

Jakimi kanałami przesyłano informacje dla Anglików?
– Początkowo wysyłano raporty przez Hiszpanię, a do chwili przystąpienia Stanów
Zjednoczonych do wojny także przez ambasadę amerykańską w Vichy, co trzy
miesiące. Wiadomości ważne i pilne przekazywano depeszami przez własne radio w
Nicei. Później raporty były dwutygodniowe. Niezależnie od przerzutów raportów
przez Hiszpanię sieć korzystała z "usług" małego statku, pod dowództwem kapitana
korwety Buchowskiego, pływającego do Gibraltaru, Cannes i St. RaphaĎl. Statek
przewoził sprzęt, głównie radiowy, zabierał raporty i "spalonych" agentów. Sieć
pomogła też w zainstalowaniu radia w ChČtel-Guyon dla delegata rządu Stanisława
Zabiełły. Niestety, stosunkowo szybko Niemcy ją zlikwidowali. W Lyonie osobiście
miałem dodatkowo stały kontakt z komórką Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza,
zajmującą się łącznością z krajem. Korzystałem z tego kontaktu w przekazywaniu
depesz. Jeden z jej przedstawicieli, Wojciech Górski, został rozstrzelany w
Lyonie na kilka dni przed uwolnieniem miasta, a rotmistrz Stanisław Sokołowski,
aresztowany w Paryżu, deportowany, zaginął bez śladu.

Napływ Francuzów do sieci nie stwarzał problemów?
– Do sieci angażowano coraz więcej chętnych do pracy przeciw niemieckiemu
okupantowi. Wśród Polaków przeważali ludzie młodzi, wychowani w wolnej Polsce,
ideowi, zaprawieni w organizacjach studenckich, bez kompleksów w stosunku do
sprzymierzonych z Zachodu. Wraz z napływem Francuzów powstał problem
wytłumaczenia im, dlaczego na terenie Francji szefami sieci są Polacy.
Informowaliśmy, że jest to sieć aliancka i zgodnie z obietnicą daną nam przez
Sztab Naczelnego Wodza zapewnialiśmy ich o zaliczeniu pracy w sieci jako pracy
dla Force Fran?aise Libre (Wolnych Sił Francuskich). Niektórzy prosili jednak o
potwierdzenie tych zapewnień przez zakodowaną depeszę w emisji francuskiego
radia z Londynu. Anglicy to potwierdzali. Mimo naszych zapewnień wykazywali w
dobrej wierze pewne zdziwienie, że nie mają kontaktu z organizacjami generała de
Gaulle’a.

Sieć "F-2" przetrwała do wyzwolenia Francji, podczas gdy organizacje
wywiadowcze kierowane przez zawodowych oficerów znikły już w roku 1942. W czym
upatruje Pan sukces "F-2"?

– Członkowie sieci, zarówno Francuzi, jak i Polacy, byli amatorami bez żadnej
zaprawy w wywiadzie. Stopnie wojskowe nie odgrywały w niej żadnej roli w
przeciwieństwie do wywiadu zawodowego. Dzięki temu sieć przetrwała.

Zdarzały się tragiczne straty?
– Wraz z rozrostem personalnym organizacji coraz trudniej było ukryć działalność
sieci. Jesienią 1941 r. nastąpiły pierwsze aresztowania. W listopadzie 1941 r. w
Algierii wpadł Tadeusz Jekiel. Po sprowadzeniu do Francji został zwolniony z
powodu choroby. Sieć ewakuowała go do Gibraltaru. Grudzień 1942 r. był
przełomowym momentem w historii sieci. Przygotowana przez Śliwińskiego
reorganizacja i przeniesienie Centrali do Grenoble zostały zakłócone
aresztowaniami. 26 grudnia Abwehra zatrzymała w Nicei Śliwińskiego,
Gołogórskiego, Koryckiego, Pietraszewskiego i Chrzanowskiego. Pomimo tortur nie
zdradzili żadnej tajemnicy organizacji. Pozwoliło to na wznowienie jej pracy w
lutym 1943 roku. Szefem sieci został major rezerwy Zdzisław Piętkiewicz, a
szefem wywiadu Wincenty Rozwadowski. Centrala przeniosła się w okolice Chambery,
komórka wywiadu od lipca do Lyonu.

Na czym polegało przeorganizowanie sieci?
– W nowej organizacji pozostała tylko mała grupa Polaków mogących uchodzić za
Francuzów. W związku z tym dwie podsieci przeszły pod kierownictwo francuskie:
na południu "Anne" z szefem wiceadmirałem Jacques’em Trolley de Prevaux i w
Paryżu "Cecile" z szefem, wyjątkowo zasłużonym i oddanym sieci, Gilbertem Foury.
Pozostałe dwie podsieci: "Marie" w centralnej Francji była kierowana przez
Stanisława Lasockiego, a "Madeleine" w okręgu Grenoble – przez Zbigniewa
Morawskiego. Od tej chwili praktycznie za wszystkie sektory odpowiedzialni byli
Francuzi.

Załamanie się niemieckiego frontu wschodniego nie wpłynęło na rozwój sieci?
– Przegrana Niemców pod Stalingradem, zapowiadająca prawdopodobne zwycięstwo
aliantów, ułatwiła rekrutację nowych członków do sieci i stworzyła lepszą
atmosferę dla całego francuskiego ruchu oporu. "F-2" miała wyraźny charakter
struktury powstańczej dostosowanej do terenu Francji, a nie klasycznej
organizacji wywiadu. Jej coraz szybszy rozwój pozwalał na pokrycie sektorami i
komórkami całej Francji. Mogę stwierdzić, że większość ruchów wojsk niemieckich
była kontrolowana. Śledzono prace dla okupanta w przemyśle i stoczniach.
Przekazywano raporty o fortyfikacjach i ruchach okrętów. W Auxerre przygotowano
teren dla zrzutów. Raporty przesyłane co 15 dni do centrali w Lyonie liczyły od
400 do 800 stron maszynopisu. Mogę to potwierdzić, bo wszystkie przechodziły
przez moje ręce. Po sfotografowaniu wysyłano jeden do Hiszpanii, drugi do
Szwajcarii, a trzeci szedł do Biura Studiów. Była to żmudna robota. Centrala
wywiadu w Lyonie posiadała własną pracownię fałszywych dokumentów, które były
coraz bardziej potrzebne. Kartki na żywność otrzymywaliśmy z innego źródła.

Nastąpiła niestety ponowna seria aresztowań…
– Tak, wpadli ludzie w Tuluzie, rozstrzelani w więzieniu we Frenes. Były
aresztowania w Lyonie. W ręce gestapo dostał się niemal cały schemat sieci,
charakterystyki pracowników, łącznie z moją, ale nie udało się zniszczyć sieci.

Jak to się stało, że nie aresztowano Pana?
– Cudem uniknąłem uwięzienia. Kiedy przyszli po mnie w Lyonie, byłem już w
Paryżu, gdzie centrala przeniosła się na początku maja 1944 roku. Po wojnie w
niemieckich archiwach znaleziono listę pytań, jakie zamierzano mi postawić po
aresztowaniu.

To był koniec aresztowań i wpadek?
– Przeniesienie centrali do Paryża nie chroniło od aresztowań. 6 lipca, a więc
już po lądowaniu aliantów w Normandii, zatrzymano 26 łączniczek i agentów.
Pomimo to poszczególne sektory na trasie posuwającej się armii sprzymierzonych
informowały o sytuacji wojsk niemieckich i ich punktach obronnych. Sieć
wzmocniła swoją organizację na wschodzie, głównie w rejonie Nancy. We wszystkich
francuskich organizacjach patriotycznych, również w naszej, panowała
bezgraniczna radość z wyzwolenia Francji.

2 lipca 1944 r. był Pan w Paryżu. Jak wyglądały przygotowania do powstania?
– Chęć wcześniejszego wywołania powstania przez organizacje komunistyczne, w
celu opanowania przez nich miasta, została umiejętnie zatrzymana przez
kierownictwo francuskiego ruchu oporu. Powstanie wybuchło, gdy Niemcy nie mieli
już sił na reakcję. Pozwoliło to generałowi de Gaulle’owi 26 sierpnia na
przejście w otoczeniu swojej świty i przywódców partyzanckich, w niezniszczonym
Paryżu, od Łuku Triumfalnego, przez Pola Elizejskie do katedry Notre Dame na
nabożeństwo dziękczynne. Gdy patrzyłem na to, ze smutkiem myślałem o krwawiącej
w tym czasie Warszawie.

Wojna się skończyła, wykonaliście piękną robotę i co dalej?
– Entuzjazm polskich pracowników sieci skończył się z przyjazdem we wrześniu
1944 r. Komisji Likwidacyjnej wyznaczonej przez Oddział II Sztabu Naczelnego
Wodza. Umowa zawarta między polskim sztabem i reprezentantami generała de
Gaulle’a regulowała sytuację francuskich członków sieci. Polacy zaś musieli
dołączyć do swoich jednostek w Wielkiej Brytanii. Jako amatorzy z terenu Francji
nie mogliśmy mieć takiego przydziału w Anglii. Pojechaliśmy jednak na Wyspy
Brytyjskie.

Jak zostaliście tam przyjęci?
– Gdy 15 stycznia 1945 r. znaleźliśmy się w Londynie, odczuliśmy od razu, że
jesteśmy dla II Oddziału Sztabu niewygodni. Jedyną ulgą było zwolnienie nas z
uczęszczania do tzw. szkoły patriotycznej (Patriotic School), obowiązkowej dla
wszystkich cudzoziemców. Zapewniono nam minimum środków do życia i od razu
przygaszono nasz entuzjazm z dobrze i z sukcesem wykonanej pracy w okupowanej
Francji.

Skąd to się brało?
– Powody tego stanowiska zrozumieliśmy dopiero w 1946 r., kiedy poprosiliśmy o
archiwalia w celu napisania historii sieci "F-2" potrzebnej do uznania jej przez
Państwową Komisję Weryfikacyjną Francuskich Sił Kombatanckich. Okazało się, że
archiwum czteroletniej pracy sieci "F-2" nie istnieje. Co gorsza, nikt nie
chciał poinformować nas, co z nim się stało: czy zniszczyli je sami Polacy, czy
też oddali je Anglikom. Nie wyjaśniło się to do dziś i chyba się już nie dowiemy
o ich losie, bo wszyscy odpowiedzialni za materiały dokumentalne pożegnali się z
tym światem. Tak w skandaliczny sposób stracono dowody pięknego polskiego wkładu
w zwycięstwo w wojnie w roku 1945. Po usilnych staraniach udało się przynajmniej
uzyskać dla Polaków z sieci prawa kombatanckie we Francji. Pozwoliło to na
uregulowanie naszej sytuacji i przyznanie rent deportowanym i wdowom po zmarłych
i zaginionych członkach sieci.

Ile osób pracowało w sieci "F-2"?
– W ciągu czterech lat przewinęło się przez sieć około 2800 ludzi, w tym 10
proc. Polaków. Jednak głównymi szefami byli zawsze wyłącznie Polacy. Na polskim
cmentarzu w Montmorency, wśród tablic poświęconych wielkim Polakom walczącym na
Zachodzie, znajduje się również tablica poświęcona sieci "F-2", jako dowód
uznania dla jej pracy.

Po wojnie we Francji, obok pracy zawodowej, był Pan aktywnym działaczem
Stronnictwa Narodowego, niestety, ponownie doznając prześladowań. Jak do tego
doszło?

– W 1960 r., przed wizytą w Paryżu pierwszego sekretarza KC KPZR Nikity
Chruszczowa, na jego prośbę internowano na Korsyce najbardziej aktywnych
działaczy niepodległościowych z różnych krajów, około tysiąca osób. Najwięcej
było Węgrów. Nas, Polaków, 20 osób. Ponieważ przyjazd Chruszczowa przeciągał
się, siedziałem na Korsyce przez miesiąc. Co prawda Korsyka to nie Sybir, a na
koniec naszego pobytu mer zaprosił nas wraz z pilnującymi nas żandarmami na
kolację, to jednak fakt arbitralnego aresztowania uchodźców politycznych był
skandalem, który odbił się szerokim echem w świecie. Tym bardziej było to
oburzające, że otrzymałem od Francji stopień kapitana, a w 1957 r. najwyższe
odznaczenie – Legię Honorową. Potem, przez siedem lat, za każdym razem musiałem
się meldować na policji przy okazji wizyty komunistycznych dostojników we
Francji.

Dziękuję za rozmowę.

 

FLC

drukuj