Alianci poświęcili nas dla Rosji

Z prof. Witoldem Kieżunem, żołnierzem Armii Krajowej ps. „Krak”,
„Wypad”, członkiem oddziału specjalnego „Harnaś” walczącego w Powstaniu
Warszawskim, odznaczonym Krzyżem Virtuti Militari przez gen. Tadeusza
Bora-Komorowskiego, rozmawia Mariusz Bober

Powstanie
Warszawskie trwało 63 dni, ale przygotowywano się do niego od początku
okupacji. Pana pokolenie nigdy nie złożyło broni.

– Niemcy
pozbawili nas młodości. Teraz młodzieży trudno jest wyobrazić sobie, jak
się wówczas żyło. Przez pięć lat godzina policyjna od godz. 21.00 do
godz. 5.00, a nieraz nawet od godz. 19.00. Nie było telewizji, radia ani
teatru czy kina. Jak wiadomo, w niemieckim kinie siedziały wtedy „tylko
świnie”. Żadnych zawodów sportowych, czasem tylko graliśmy w piłkę w
parku Żeromskiego na Żoliborzu, zawsze jednak towarzyszył nam strach
przed tzw. łapanką. Gdy ktoś wychodził z domu, to nie wiedział, czy
wróci. Kiedyś latem poszliśmy nad Wisłę i niemal cudem uniknęliśmy
aresztowania. Niemcy organizowali łapanki nawet na plaży. Ktoś
przechodzący ostrzegł nas, zdążyliśmy wskoczyć do Wisły i przepłynąć na
drugą stronę. Nawet w drodze na Mszę św. nie można było czuć się
bezpiecznie. Pamiętaliśmy uroczysty ślub w kościele św. Aleksandra, gdy
Niemcy otoczyli świątynię i wszystkich aresztowali. Dlatego idąc na Mszę
św., zawsze stawałem blisko ołtarza, licząc, że w razie czego ucieknę
przez zakrystię. Ale później ktoś uświadomił mi, że Niemcy na pewno
obstawiliby również to wyjście.

Jak dla Pana zaczęło się Powstanie?

Czekaliśmy na rozpoczęcie walk od 28 lipca 1944 r., gdy zarządzono
mobilizację. Przewieźliśmy broń do mieszkania, w którym zorganizowano
zbiórkę – wiedzieliśmy już, że mamy zdobywać Komendę Miasta, naprzeciwko
Hotelu Europejskiego. Ale ostatecznie łącznik przyniósł rozkaz, by
zostawić broń i rozejść się do domów. Na zbiórkę przygotowującą do
Powstania trzeba było poczekać do 1 sierpnia. W pierwszych dniach
doświadczaliśmy niezwykłej solidarności i jedności, gdy milion ludzi
czuło i myślało tak samo. Ludność cywilna z entuzjazmem odnosiła się do
nas, chcąc pomagać w budowie barykad, oddając nam jedzenie itd. To było
coś niesamowitego – zwycięstwo nad strachem i nad śmiercią, wyzwolenie z
małości natury ludzkiej. Pamiętam atak na komendę policji. W noc
poprzedzającą tę akcję, 23 sierpnia, przed zaśnięciem pomyślałem sobie,
że może to być ostatni dzień w moim życiu. Ale nie robiło to na mnie
wielkiego wrażenia. Gdy próbuję oddać ówczesny stan mojej psychiki,
przypominają mi się słowa z „Wesela”: „Tak by się nam serce rwało do
ogromnych… wielkich rzeczy”. Nie zważaliśmy na niebezpieczeństwo.
Szliśmy do walki z przekonaniem: jeśli zginę, to trudno, ale
przynajmniej jednego Niemca zabiję. Tak duża była w nas chęć odwetu za
ukradzioną młodość, za morderstwa, łapanki i ciągły terror.

Która z Pana akcji była najbardziej udana?

Atak na Pocztę Główną, gdy udało mi się wziąć kilkunastu jeńców
niemieckich do niewoli oraz sporo broni i amunicji. Ważne było
opanowanie domu parafialnego kościoła Świętego Krzyża ze zdobytym
ciężkim karabinem maszynowym, oraz komendy niemieckiej policji, kiedy
również udało mi się zdobyć karabin maszynowy.

Za te akcje został Pan odznaczony przez samego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego orderem Virtuti Militari…

Byłem tym całkowicie zaskoczony. Kazano nam się stawić na ul. Kredytową
6, gdzie – jak nam powiedziano – miała się odbyć wizytacja komendanta
głównego AK. Spotkaliśmy tam wiele oddziałów. Wywołano 14 żołnierzy,
wśród nich niespodziewanie znalazłem się i ja. Dostałem też awans na
podporucznika. Wcześniej zaś, 19 sierpnia, otrzymałem Krzyż Walecznych i
awans na plutonowego podchorążego.

A który moment Powstania był najtrudniejszy?

Akcja na Woli – przebicie się przez ul. Wolską. Potem bardzo trudne
były walki na ul. Żelaznej, gdzie mieliśmy przeciwko sobie niemieckie
czołgi. Wymyśliłem wtedy bombę własnej konstrukcji, zrobioną z
niemieckiego granatu w dużej puszce po konserwach i otoczonego
plastikiem [silny materiał wybuchowy – red.]. Udało się, ładunek
uszkodził czołg. Ale zaraz potem pojazd odwrócił lufę w naszym kierunku i
wystrzelił. Na szczęście trafił w przeciwległą część wyjazdowej bramy
budynku. Wystrzał ogłuszył mnie do tego stopnia, że sprawdzałem sprawną
ręką, czy wszystkie części ciała mam na swoim miejscu. Gorzej skończyło
się to dla mojego kolegi, podchorążego o pseudonimie „Łoś”. Został
ciężko ranny i trafił do szpitala. Następnego dnia Niemcy zbombardowali
budynek… Później też miałem dużo szczęścia. Pamiętam, jak
ostrzeliwałem pozycje niemieckie na ulicy Wolskiej zza beczek z
piaskiem, przez małą lukę między nimi. Zdążyłem wystrzelić kilka
magazynków, gdy przyszedł kolega, by mnie zmienić. Już po 10 minutach
został trafiony… Na szczęście przeżył, choć do końca Powstania leżał w
szpitalu. Nieco mniej szczęścia miałem podczas walk na bazarze między
Nowym Światem a ulicą Kopernika. Ostrzeliwaliśmy z kolegą Niemców przez
dziurę w murze. Co pewien czas szybko wychylaliśmy się przez nią,
strzelaliśmy i cofaliśmy się na swoje miejsca. Ale za którymś razem, gdy
tylko wychyliłem się, kula niemal otarła się o moją głowę i wyrwała
kawałek ucha. Nie zważałem jednak na to.

Pana rodzina też miała tyle szczęścia?

Na szczęście moja mama przeżyła. Zginęła natomiast, w trakcie walk w
elektrowni na Powiślu, moja jedyna, ukochana stryjeczna siostra, Basia
Kieżun. Po upadku Powstania nasze mieszkanie, tak jak cała kamienica,
wyleciało w powietrze. Straciliśmy dorobek kilku pokoleń.

Od początku należał Pan do Armii Krajowej?

Pierwszą naszą – byłych absolwentów Gimnazjum im. Księcia
Poniatowskiego – organizacją konspiracyjną była wojskowa organizacja
„Bicz”. Już w pierwszych dniach października 1939 r. starszy o jedną
klasę gimnazjalną kolega, Adam Rzewuski, który przed wojną zdążył
ukończyć roczny kurs Szkoły Podchorążych, zaproponował mi dobranie
przeze mnie czwórki kolegów do działania podziemnego w strukturze
piątkowej. Z każdej piątki tylko jej dowódca znał wyższego przełożonego.

Jakie były zadania tej konspiracji?
– Naszym
pierwszym zadaniem było odnajdywanie ukrytej broni we wrześniu 1939 r. i
nauka sztuki wojskowej. Na początku udało się nam znaleźć skrzynkę
granatów w Cytadeli. W 1940 r. Niemcy aresztowali dwóch naszych
dowódców: Adama Rzewuskiego i Bogdana Grycnera. Grycner zginął w
Palmirach, a Rzewuski w obozie koncentracyjnym. Mimo tych strat,
działalność konspiracyjna rozwijała się dynamicznie. Coraz częściej
jednak ktoś z naszych kolegów, znajomych i członków rodzin ginął na
Pawiaku czy w Auschwitz i innych obozach. Coraz bardziej narastała
wrogość i chęć odwetu na Niemcach.

W ten sposób spontanicznie rodziło się pragnienie zrywu?

Taka była wtedy atmosfera. Dlatego analizowanie teraz sensu powstania
przez ludzi, którzy nie przeżyli okupacji Warszawy, jest obciążone
trudnością wczucia się w tę atmosferę chęci odwetu na Niemcach,
narastającą w miarę przedłużania się okresu niemieckiego bestialstwa.

Do samego Powstania Niemcy nie dowiedzieli się o Pana działalności?

Wiosną 1944 r. przeprowadzili aresztowania w naszej kompanii łączności
pułku AK „Baszta”, nazywanej wówczas pseudonimem dowódcy „Lucjan”
[Jerzy Stawiński, po wojnie znany pisarz, autor scenariuszy filmowych –
przyp. red.]. Dostałem ostrzeżenie, że również jestem zagrożony
aresztowaniem. Przeniosłem się do opuszczonego mieszkania, należącego do
mojego stryja. Dostałem wtedy przydział do oddziału specjalnego do
działań dywersyjnych batalionu „Gustaw”. W mieszkaniu urządziliśmy skład
broni naszego oddziału. Przechowywałem: pistolety maszynowe, pistolety
ręczne, granaty polskie i niemieckie, amunicję, zapasowe magazynki itd.

Wszystko było przygotowane do Powstania?

Do akcji dywersyjnych – oczywiście, i do Powstania. Dlatego gdy w lipcu
1944 roku zobaczyliśmy niemieckich maruderów w Warszawie, jadących
nawet na chłopskich wozach, nie mogliśmy usiedzieć w miejscu. Podobnie
było z resztą warszawiaków. W stolicy zaczęło pojawiać się coraz więcej
niemieckich samochodów, uciekały całe rodziny. Widać już było totalny
odwrót Niemców. Doszło do tego, że zaczęliśmy kupować broń od
niemieckich żołnierzy… Gdyby w takiej atmosferze, jaka zapanowała,
Powstanie nie wybuchło, i tak byłoby wiele ofiar. Niemcy bowiem
nakazali, żeby 100 tys. mężczyzn – mieszkańców Warszawy – zgłosiło się
do kopania okopów. Stawiło się… kilkanaście osób. Niemcy musieli
odebrać to jako otwarty bunt. Ich reakcja mogła być tylko jedna –
doprowadzić ludzi przymusowo, np. poprzez masowe aresztowania. Inna
rzecz, że w moim środowisku nie wierzyliśmy, iż chodzi tu o kopanie
okopów, ale o zabezpieczenie się przed Powstaniem poprzez wywózkę, a
może i masowe rozstrzeliwania. Niemcy dobrze wiedzieli, że Warszawa jest
największym punktem oporu w Europie. Wiadomo było w dodatku, już od
1942 r., że jeśli Hitler wygra wojnę, ze stolicy Polski zrobi
200-tysięczne niemieckie miasto Warschau, bez Polaków… Poza tym coraz
częściej nasze oddziały przenosiły broń do punktów zbiórek. A przecież
niemieckie patrole też nie spały. Istniało duże ryzyko, że jeżeli jakiś
oddział wpadnie, rozpęta się strzelanina, która łatwo mogła się w tak
napiętych realiach przerodzić w niekontrolowany wybuch. Moi koledzy
mieszkali na Żoliborzu. W takiej sytuacji natychmiast przybiegliby do
mojego mieszkania po broń. Zresztą ja sam na pewno pospieszyłbym na
pomoc kolegom z innych oddziałów.

Utrzymał Pan broń w mieszkaniu do samego Powstania?

Gdy 28 lipca 1944 r. nadszedł rozkaz mobilizacji, mieliśmy z dwoma
kolegami przewieźć ją na miejsce zbiórki. Pamiętam niezwykłą sytuację.
Przewoziliśmy dorożką nasz arsenał w walizkach, gdy nagle na stopień
wskoczył niemiecki podoficer… i zażądał, by podwieźć go szybko na
czoło maszerującej kolumny żołnierzy. Nieco uspokojeni zaczęliśmy go
wypytywać, co się dzieje. Potwierdził, że to klęska Niemców w wojnie z
Sowietami i że się ewakuują. Być może jednak dzięki niemu dojechaliśmy
niezatrzymywani z Żoliborza aż do ul. Bonifraterskiej.

Czy rzeczywiście realna była groźba niekontrolowanego wybuchu Powstania?

Niestety tak, z powodów, o których wcześniej mówiłem. Trzeba też
pamiętać, że oprócz AK w Polsce i w Warszawie działała też Armia Ludowa.
Możliwe było, że to ona pierwsza rozpocznie Powstanie. Tym bardziej że
właśnie wtedy nadająca z Moskwy Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki
zaczęła apele: „Rodacy – nawoływano – chwytajcie za broń. Przyszła
chwila zemsty. Armia Czerwona jest blisko, pomożemy wam. Skończy się ten
straszny czas okupacji!”. Sam to słyszałem. Mieliśmy możliwość
słuchania radia, bo matka jednego z moich kolegów była Niemką i mogła
legalnie mieć radioodbiornik. Była przeciwniczką Hitlera, a jej syn
wraz z nami brał udział w powstaniu… Po wojnie stanęła przed sądem
PRL, ale proces skończył się owacją na jej cześć. Podsumowując, można
powiedzieć, że zapanowała wówczas sytuacja jak w greckiej tragedii –
było to położenie bez wyjścia.

Dlaczego?
– Ponieważ
Powstanie nie zostało jeszcze wystarczająco dobrze przygotowane. Zły był
sam moment wybuchu, bo zryw stanowił akt dywersji, a to organizuje się
tuż nad ranem, a nie o godz. 17.00. Nie pomyślano też o wykorzystaniu
kanałów w celach dywersyjnych. Wykorzystywaliśmy je później, głównie do
transportu rannych i przegrupowywania się. Poza tym Stany Zjednoczone
Ameryki i Francja przyznały nam prawa kombatanckie, uznając AK za część
Polskich Sił Zbrojnych… pod koniec Powstania. Tymczasem taka decyzja
powinna być podjęta najpóźniej drugiego lub trzeciego dnia po jego
wybuchu. Taka opieszałość w uznaniu nas za armię aliancką miała
charakter wręcz zbrodniczy, bo gdy Niemcy pochwycili naszych żołnierzy,
to ich mordowali, nawet tych rannych. W ten sposób wymordowali rannych
powstańców ze szpitala na Starówce.

Dlaczego alianci tak późno uznali AK za armię sojuszniczą?

Myślę, że z powodu zdecydowanie prosowieckiej polityki prezydenta USA
Franklina D. Roosevelta. Swoje stanowisko wytłumaczył – z zastrzeżeniem
zachowania tajemnicy przez 25 lat po swojej śmierci – ks. kard.
Francisowi J. Spellmannowi [metropolita Nowego Jorku w latach 1939-1967 –
red.]. Hierarcha postanowił interweniować u Roosevelta, gdy ten
zdecydował się zawrzeć umowę o pomocy ze Stalinem. Kardynał zaniepokoił
się, że władze USA pomagają reżimowi, który prześladuje chrześcijan. Na
te uwagi Roosevelt odpowiedział, że po pierwsze – Stalin właśnie
ponownie otworzył cerkwie prawosławne w ZSRS, a po drugie – USA po
wojnie muszą mieć sojusz ze Związkiem Sowieckim, aby zniszczyć
imperializm brytyjski, francuski itd. Amerykański prezydent twierdził,
że to USA zaczęły w XVIII wieku proces demontażu kolonializmu
brytyjskiego, ale nie został on dokończony. Roosevelt liczył, że po
zwycięskiej wojnie z Niemcami doprowadzi w sojuszu z ZSRS do likwidacji
kolonializmu. Dlatego nie zgodził się po zwycięstwie w Afryce na
propozycję Winstona Churchilla dotyczącą ataku poprzez Grecję,
Jugosławię i dalej na północ, aż do Polski, ale zdecydował się uderzyć
na Włochy. Nie chcąc psuć sobie relacji ze Stalinem, nie zmusił go też
do udostępnienia sowieckich lotnisk samolotom z pomocą dla powstania.
Dopiero w drugiej połowie września, po wielu naciskach z różnych stron,
doprowadził do zgody Stalina na lądowanie samolotów amerykańskich z
bezużytecznymi już dla upadającego Powstania zrzutami broni. Warto też
pamiętać, że Stalin groził Rooseveltowi, że jeśli będzie zbytnio na
niego naciskał, zawrze rozejm z Niemcami. Działanie przeciwko interesom
Polski było więc na rękę Rooseveltowi… Nie chciał, by alianci znaleźli
się w Polsce jeszcze przed Sowietami, którzy musieliby wtedy zadowolić
się przedwojennymi granicami, co uderzało w ich interesy.

Na
konferencji w Teheranie w 1943 r. dokonano podziału Europy na strefy
wpływów. Dlatego armie alianckie celowo spowolniły front walk z
Niemcami?

– Rzeczywiście, kolejny element, który pogorszył
sytuację powstania, to zatrzymanie ofensywy antyniemieckiej przez
Stalina, i to przed samą Warszawą. Miało to jeszcze jedną konsekwencję.
Na wstrzymaniu działań na froncie wschodnim o pięć miesięcy skorzystali
Niemcy, którzy zaatakowali Amerykanów w Ardenach. Ponadto wyhamowanie
dotychczasowego szaleńczego wręcz tempa ofensywy antyniemieckiej
opóźniło cały wschodni front. Gdyby nie to, Sowieci byliby w Berlinie
zapewne w styczniu 1945 r., a nie w maju. To oznacza, że mogliby
zakończyć wojnę, dochodząc np. aż do Monachium. A wtedy już nie
cofnęliby się. Kontrolowaliby Europę. Roosevelt przystałby na to, bo
miałby silnego sojusznika w walce z kolonializmem mocarstw europejskich.
A wtedy zapewne do dziś żylibyśmy w PRL. Dlatego można powiedzieć
paradoksalnie, że Powstanie uratowało Europę przed komunizmem.

Wątpił Pan w słuszność decyzji o rozpoczęciu walk?

Nie. Powstanie było mimo wszystko lepszym wyborem. Gdyby nie wybuchło,
prawdopodobnie bylibyśmy mordowani tak jak Żydzi w obozach i
rozstrzeliwani na ulicach Warszawy. Powtarzam: była to tragedia grecka,
każde rozwiązanie było tragiczne. Pamięć o Powstaniu jest bardzo ważna.
Kształtuje tożsamość Narodu, tak jak pamięć o holokauście łączy i
podtrzymuje tożsamość narodu żydowskiego. Ludzkość powinna jednak
wyciągnąć jeszcze inną naukę. Trzeba zrobić wszystko, by nie dopuszczać
do wojen. Jest niepojęte, dlaczego światowa historia jest nieustannie
teatrem wojny. Przecież nasze życie jest takie krótkie…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj