ABW czyta pracę doktorską Pietrzaka
Funkcjonariusze ABW zabezpieczyli w domu Pietrzaka dokumentację dotyczącą inwigilacji przez Urząd Bezpieczeństwa żołnierzy podziemia niepodległościowego z Lubelszczyzny
Tajne dokumenty państwowe, o których informowała prokuratura, zawierające parafki mówiące o „tajemnicy państwowej” i wysokim stopniu poufności, rzekomo odnalezione w trakcie przeszukania przeprowadzonego przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego w mieszkaniu jednego z członków komisji weryfikacyjnej, to pochodzące sprzed kilkudziesięciu lat, odtajnione już materiały UB i SB dotyczące rozpracowywania środowiska żołnierzy lubelskiej Armii Krajowej i WiN. Materiały z lat 40. i 50., pochodzące z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej, służyły Leszkowi Pietrzakowi, byłemu pracownikowi IPN, do przygotowania obronionej już pracy doktorskiej i historycznych publikacji naukowych. Funkcjonariuszy ABW, którzy zarekwirowali kartoteki, zapewne zmyliły występujące w dokumentach określenia: „wywiad, rozpracowywanie, operacja, inwigilacja”. Historyk składa skargę i domaga się zwrotu dawno już pozbawionych klauzuli tajności dokumentów niezbędnych mu do pracy zawodowej.
W trzech mieszkaniach z czterech rewidowanych funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zabezpieczyli dokumenty państwowe objęte klauzulą tajności – tryumfalnie poinformowała przed kilkoma dniami kierowana przez Marka Staszaka Prokuratura Krajowa. Prowadzący postępowanie w sprawie rzekomego powoływania się na wpływy i żądania korzyści majątkowej w zamian za pozytywne rozstrzygnięcie sprawy w komisji weryfikacyjnej WSI prokurator Robert Majewski, naczelnik Wydziału X Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, przekonywał dziennikarzy, że zabezpieczone materiały mają charakter tajny. Jak ustalił „Nasz Dziennik”, udzielając takich informacji, prokuratura wprowadziła dziennikarzy i opinię publiczną w błąd. Pojawia się jednak pytanie – czy było to działanie celowe, czy też mamy do czynienia z dyletanctwem najpierw funkcjonariuszy ABW podległych Krzysztofowi Bondarykowi, a wreszcie – nadzorującego śledztwo naczelnika Wydziału X Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej.
Z naszych ustaleń wynika, że dokumenty, które Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zajęła w domu Leszka Pietrzaka, członka Komisji Weryfikacyjnej WSI, i przekazała do dyspozycji prokuratury, a ta uznała je za „tajne dokumenty państwowe”, to materiały, które – owszem – przygotowywały służby specjalne, ale pod koniec lat 40. i w latach 50. ubiegłego wieku i nie dotyczyły one działań Wojskowych Służb Informacyjnych, ale Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Służby Bezpieczeństwa. Podobnie zajęte i wyniesione z domu kartoteki to nie dokumenty funkcjonariuszy WSI, ale życiorysy działaczy podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie, głównie żołnierzy Armii Krajowej i Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Wszystkie dokumenty klauzulę tajności miały zdjętą już przed kilkoma laty i zostały upublicznione – w obronionej pracy doktorskiej samego Leszka Pietrzaka, historyka IPN, i w wydawanych przez Instytut biuletynach.
– Na sporządzonym po przeszukaniach u Pietrzaka wykazie dokumentów widnieją dokumenty, które w sposób zrozumiały nawet dla laika mówią, że odnoszą się one do działalności służb bezpieczeństwa, ale w okresie PRL. Protokół podpisywali funkcjonariusze ABW i sam Pietrzak – mówi nasz informator z kręgów zbliżonych do służb specjalnych. Dlaczego więc Prokuratura Krajowa manipuluje informacją, wprowadzając w błąd opinię publiczną? Nie wiadomo. Pytanie o zawartość zabezpieczonych dokumentów i fakt, że udało nam się dotrzeć do takiej listy, zaskoczył przedstawicieli Prokuratury Krajowej.
– Nie wiem, czy są tam dokumenty, o które pan pyta. Ale nie wykluczam, muszę po prostu sprawdzić. Na pewno panu odpowiem – powiedziała nam w krótkiej rozmowie telefonicznej prokurator Ewa Piotrowska, rzecznik prasowy prokuratora krajowego Marka Staszaka. Nie odpowiedziała. Na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości pojawiła się natomiast informacja: „Na obecnym etapie śledztwa nie jest możliwe udzielenie informacji o dowodach rzeczowych zabezpieczonych w trakcie przeszukań”.
– Dokumenty, które mi zabrano, dotyczą działań Armii Krajowej i Służby Bezpieczeństwa. Byłem przez ostatnie lata pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej. Przez co najmniej dziesięć lat prowadziłem badania nad antykomunistycznym podziemiem, rolą Służby Bezpieczeństwa, uczestnicząc w programach prowadzonych przez IPN i z tego tytułu gromadziłem różne zapiski, kserokopie dokumentów potrzebne mi tak do tych programów, jak i pracy doktorskiej, którą obroniłem w zeszłym roku – przyznaje Leszek Pietrzak.
Jawne, czyli tajne?
Jakie to „ściśle tajne dokumenty” – jak twierdzi prokurator Robert Majewski z Prokuratury Krajowej – zabezpieczono w domu Pietrzaka? Przede wszystkim rozkazy, instrukcje operacyjne dla funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki rozpracowujących podziemie niepodległościowe, sprawozdania z działań UB i SB wymierzonych w opozycję, wreszcie – kartoteki osobowe – jednak nie funkcjonariuszy WSI, ale właśnie żołnierzy Armii Krajowej. Niektóre zawierały pieczątkę „tajne” z sygnaturą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tyle że sprzed kilkudziesięciu lat. Przed paroma laty zostały odtajnione i ujawnione, dziś są powszechnie dostępne zarówno dla historyków, naukowców, jak i dla dziennikarzy zajmujących się okresem PRL.
– Spora część tych dokumentów w trakcie przeszukania mojego mieszkania w Lublinie została zabezpieczona jako „materiał dowodowy”. Między innymi są to rzeczy dotyczące struktur Armii Krajowej, zrzeszenia WiN na terenie Lubelszczyzny. Nie wiem, dlaczego zostały zabrane i zabezpieczone, może dlatego, że na niektórych kopiach jest nadruk „ściśle tajne”, bo są to akta z lat 40.-50. Tyle że z mocy ustawy są jawne bodajże od sześciu lat – mówi dr Pietrzak.
Pytani o kompromitującą wpadkę przedstawiciele Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nabierają wody w usta. To akurat nie dziwi – czym była Armia Krajowa i Służba Bezpieczeństwa od osiemnastu lat uczy się już legalnie w szkołach, a brak wiedzy w tej materii kompromituje.
– Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie udziela żadnych informacji na temat przebiegu i wyników czynności realizowanych przez funkcjonariuszy Agencji w dniu 13 maja br., na zlecenie Prokuratury Krajowej – twierdzi mjr Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska, rzecznik prasowy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
– Skończone dyletanctwo i nieuctwo! Zarekwirowanie panu Pietrzakowi materiałów historycznych to skandaliczne ograniczenie swobody do prowadzenia badań naukowych. Sam nieraz otrzymywałem podobne informacje z IPN, wgląd w mikrofilmy, koleżanka z uniwersytetu otrzymała podobne dokumenty od jednego z niemieckich instytutów – denerwuje się poseł dr Zbigniew Girzyński (PiS), historyk i przewodniczący parlamentarnego Zespołu Miłośników Historii. – Ludzi Bondaryka i Ćwiąkalskiego trzeba skierować do szkoły, chociaż do gimnazjum, niech się nauczą historii – dodaje.
Jak się dowiedzieliśmy, dr Leszek Pietrzak złoży skargę w prokuraturze na działania Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i będzie domagał się zwrotu historycznych dokumentów dotyczących działalności Armii Krajowej. Są mu niezbędne do dalszej pracy naukowej.
Schetyna nie przeprosi
Nie milkną również kontrowersje związane ze skandalicznym działaniem ABW w stosunku do dziennikarzy telewizji publicznej. Reporterom wyrwano kamerę, telefony komórkowe, przeprowadzono brutalną rewizję osobistą, potraktowano arogancko. Przeciw takiemu działaniu protestuje część środowiska dziennikarskiego, milczą „salonowe autorytety” jeszcze niedawno w ramach autopromocjii gotowe zamykać się w klatkach czy pikietować pod budynkiem TVP. Za skandaliczne uniemożliwienie przez ABW prawa do wykonywania zawodu dziennikarza nie zamierza uderzyć się w pierś również szef MSWiA, wicepremier Grzegorz Schetyna (PO). – Dziennikarze TVP, którzy próbowali filmować przeszukanie w domu członka Komisji Weryfikacyjnej Piotra Bączka, złamali prawo i musieli liczyć się z konsekwencjami – mówił w radiu TOK FM.
Sąd Okręgowy w Warszawie nie zgodził się wczoraj na aresztowanie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i byłego oficera WSI Aleksandra Lichockiego, potwierdzając jednocześnie to, o czym informował wcześniej „Nasz Dziennik” – prokuratura nie dysponuje wystarczająco mocnymi dowodami potwierdzającymi możliwość popełnienia przestępstwa, by sąd zadecydował o zastosowaniu najsurowszej sankcji. Sąd orzekł jednak o konieczności wpłacenia przez nich kaucji w wysokości 70 tysięcy złotych, zastosował dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. – Wojciech S. i Aleksander L. nadal występują jednak w sprawie jako osoby podejrzane – powiedział podczas konferencji prasowej wiceprokurator Jerzy Szymański. Zarzuca się im „płatną protekcję”, która jest zagrożona sankcją 8 lat pozbawienia wolności.
Wojciech Wybranowski
