fot. pixabay.com

Ewangelia na XX niedzielę zwykłą

Ewangelia na XX niedzielę zwykłą

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.

Mt 15, 21-28

***

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, truizmem byłoby zwrócić uwagę na determinację i wytrwałość w proszeniu Kananejki. Choć oczywiście jest ona dla nas przykładem tejże wytrwałości w proszeniu Boga, to pozostanie na tym poziomie byłoby krzywdzące zarówno dla tej kobiety, jak i dla całej Ewangelii. Zwróćmy uwagę na nieco inny aspekt, choć również połączony z wymienionym. Zadajmy sobie pytanie o przyczynę i istotę tej wytrwałości i natarczywości.

Każdy chyba z nas spotkał się w swoim życiu z ludźmi, którzy po doświadczeniu, w którym nie zostali wysłuchani przez Boga, zaczęli się od Niego oddalać. Najczęściej sytuacja taka ma miejsce przy okazji choroby lub wypadku kogoś bliskiego, dla nich ważnego. Po wielu latach „nienarzucania się” Panu Bogu nagle pojawiają się modlitwy, posty, nawet akty wynagradzające – wszystko zmotywowane szczerym pragnieniem pomocy osobie kochanej. Motywacją jest miłość. I właśnie tutaj możemy dostrzec pierwszy klucz do dzisiejszej Ewangelii: Kananejka nie przychodzi do Jezusa dla siebie. Przychodzi dla swojej córki. Jej miłość staje się źródłem wytrwałości, a wytrwałość prowadzi ją coraz głębiej w wiarę.

Analogicznie dzieje się w dzisiejszej Ewangelii – Kananejka rozdziera powietrze swoim krzykiem, wołając do Jezusa, aby zwrócił na nią uwagę. Sam moment spotkania z Jezusem jest skutecznie blokowany przez uczniów, którzy, chcąc pozbyć się tej kobiety, proszą Jezusa, aby ją odesłał. To jednak nie następuje. Greckie słowo określające krzyk kobiety zostanie użyte w Ewangelii jeszcze dwa razy – gdy Jezus zawoła Łazarza, aby wyszedł z grobu, i gdy tłum będzie domagał się ukrzyżowania Jezusa.

Powodem, dla którego jest w tej kobiecie tak wielka moc, jest miłość – miłość do dręczonej przez złego ducha córki. W tej scenie spotykają się dwie rzeczywistości: miłość i wiara. Nie stają się tym samym, ale wzajemnie się umacniają. Miłość do córki prowadzi Kananejkę do Jezusa, a wiara pozwala jej wytrwać wtedy, gdy nie otrzymuje od Niego natychmiastowej odpowiedzi.

Jezus, wchodząc w ten niewybredny dialog z Kananejką, nie upokarza jej ani nie odrzuca. Prowadzi rozmowę, która wydobywa i objawia jej wiarę, a zarazem pozwala uczniom zobaczyć, że Boże działanie nie zamyka się w granicach ich dotychczasowego rozumienia misji Jezusa. Jezus dialoguje z Kananejką, aby Jego uczniowie zobaczyli, że wiara, miłość i nadzieja nie są rzeczywistościami zarezerwowanymi wyłącznie dla tych, którzy od początku należeli do ludu Przymierza.

Kananejka, choć poganka („niewierna”), staje przed Jezusem i otrzymuje łaskę, o którą prosi. I właśnie tutaj pojawia się paradoks tej Ewangelii: ta, która z perspektywy religijnej nie należy do ludu Izraela, okazuje się mieć wiarę, którą sam Jezus nazwie wielką. „O niewiasto, wielka jest twoja wiara!” – to właśnie te słowa Jezusa stanowią punkt kulminacyjny całej sceny.

Kananejka nie znała Jezusa tak, jak znali Go Jego uczniowie. Usłyszawszy jednak o Nim, przychodzi i woła. Nie ma za sobą religijnego doświadczenia Izraela, nie ma „stażu” wiary, nie może powołać się na lata modlitwy ani na przynależność do wspólnoty. Ma jednak coś, co popycha ją ku Chrystusowi – miłość do córki i zrodzoną z niej wiarę.

I tutaj Ewangelia zaczyna dotykać także nas. Bo sytuacja chrześcijanina jest w pewnym sensie odwrotna. My nie musimy dopiero usłyszeć o Jezusie na rynku między straganami. Znamy Jego imię od dzieciństwa. Jesteśmy ochrzczeni, często prowadzono nas do konfesjonału i do Komunii Świętej. Wielu z nas było ministrantami czy bielankami. A jednak czasem coś pęka. Z różnych powodów zaczynamy się oddalać. Z całej plejady okazji do spotkania z Jezusem pozostaje Pasterka, błogosławieństwo palm czy posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową.

Traktujemy Boga jak element folkloru, niczym łowicką wycinankę czy malunek na szkle, a później mamy pretensje, że On nas nie traktuje poważnie. Może jednak problem jest gdzie indziej: nie w tym, że Bóg przestał traktować nas poważnie, ale w tym, że my przestaliśmy poważnie traktować relację z Nim. Oczywiście Bogu daleko jest do ludzkich przejawów złości czy złośliwości. Dla Niego każda taka sytuacja jest okazją do pojednania i poruszenia serca, ale z naszej strony potrzebny jest ten moment niezwykłej cierpliwości i miłości – do Niego, ale i do naszych bliskich.

To jest ten kluczowy punkt. Kananejka, zbyta milczeniem Jezusa i niewybrednymi komentarzami uczniów, mogłaby się poddać, powiedzieć, że Jezus jest nieczuły, i obsmarować Go w lokalnych mediach – jeżeli takowe by istniały. Uzyskałaby trochę pieniędzy na leczenie córki, popularność i szacunek w środowisku, a na przyszłość miałaby świetny argument, gdy Ewangelia dotarłaby do tego regionu: „No cóż, próbowała, ale to nie dla niej…”.

My również możemy tak zareagować, kiedy Bóg nie odpowiada w taki sposób, jakiego oczekujemy. Możemy uznać Jego milczenie za obojętność, Jego brak natychmiastowej odpowiedzi za odmowę, a własne rozczarowanie uczynić argumentem przeciw Niemu. I może warto w tym miejscu zapytać siebie: czy ja również nie stawiam Boga na ławie oskarżonych wtedy, gdy nie otrzymuję tego, o co proszę?

Kananejka tego nie robi. Nie rozumie jeszcze wszystkiego, nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, ale pozostaje przy Jezusie. Miłość daje jej siłę, a wiara i nadzieja pozwalają jej trwać. Dlatego stanie się dla uczniów przykładem wiary.

Dzisiejsza kolekta mszalna jest wezwaniem do Boga, aby wlał w nasze serca gorącą miłość ku Niemu – po co? Po to, abyśmy miłowali Boga we wszystkim i ponad wszystko. Tę modlitwę Kościół zanosi już od przeszło 1300 lat. Prosimy więc nie tylko o to, aby Bóg spełnił nasze prośby, ale o serce zdolne trwać przy Nim – także wtedy, gdy nie rozumiemy Jego działania i gdy wydaje się, że Bóg milczy.

Wspomnijmy Ewangelię z zeszłej niedzieli: Piotr chodzi po wodzie, ale pomimo tego, że Jezus jest przed nim fizycznie obecny, ulega lękowi i zaczyna tonąć. Wtedy woła: „Panie, ratuj mnie!”. I Jezus natychmiast wyciąga rękę.

Jakże blisko jest to wołanie Piotra do wołania Kananejki: „Panie, dopomóż mi!”. Oboje znajdują się w sytuacji bezradności. Oboje wołają do Jezusa. Oboje pokazują nam, że wiara nie polega na tym, że Bóg zawsze natychmiast robi to, czego od Niego oczekujemy. Wiara polega również na tym, że mimo wszystko zwracamy się do Niego.

Piotr i Kananejka są różni. Jedno jest uczniem Jezusa, druga – poganką. Jedno jest blisko Niego, druga dopiero do Niego przychodzi. A jednak oboje doświadczają próby wiary. I może właśnie dlatego Ewangelia dzisiejszej niedzieli nie jest tylko opowieścią o wytrwałości w proszeniu. Jest pytaniem o to, czy potrafię trwać przy Chrystusie wtedy, gdy nie rozumiem Jego odpowiedzi.

Potrzebujemy głębokiej miłości, która pobudza nadzieję i wiarę, a te z kolei dają wytrwałość w czasie, gdy, jak się zdaje, nie ma odpowiedzi od Boga.

Jezus mówi o tym, że jest posłany do nas, a Jego misja, zapowiedziana najpierw wobec Izraela, otwiera się także na pogan, którzy przez wiarę zostają włączeni w zbawienie. My zaś, ochrzczeni, już należymy do wspólnoty Kościoła. Nie zapominajmy o tym – Jezus chce nam pomagać, ale musimy współpracować z Nim nie tylko od święta, lecz także na co dzień. Nie bójmy się wiernie przy Nim trwać i wybierać to, co On nam wskazuje.

Uczmy się od Kananejki nie tylko przychodzić do Jezusa wtedy, gdy wszystko zawodzi, ale trwać przy Nim także wtedy, gdy wydaje się, że milczy. Niech miłość prowadzi nas do wiary, wiara do nadziei, a nadzieja do wytrwałości. Po to, abyśmy nie przypominali sobie o Jezusie jedynie od święta, ale żyli w nieustannej bliskości z Nim.

o. Wacław Zyskowski CSsR

slowo.redemptor.pl

drukuj