[Jestem w Kościele] Fałszywi prorocy w natarciu
W ostatnim czasie bardzo głośno było o odejściu z zakonu Krzysztofa Dzieńkowskiego znanego w sieci jako „Krzychu jezuita”, który ogłosił, że jest w związku z „katolicką influencerką” (do tego katolicyzmu jeszcze wrócimy) Klaudią Domańską. Choć nie chodzi tu o kapłana, tylko kleryka niezwiązanego święceniami, to z uwagi na publiczny charakter tej historii należy publicznie odnieść się do zamętu, który oboje wywołali, m.in. poprzez wykorzystywanie Ducha Świętego do legitymizacji swoich działań. Dla dobra wszystkich trzeba przestrzec przed tymi ludźmi, którzy – świadomie bądź nie – stali się fałszywymi prorokami.
Od razu trzeba zaznaczyć, że sam fakt odejścia z zakonu, będąc jeszcze na etapie formacji, nie byłby niczym nadzwyczajnym czy godnym potępienia. Z pewnością lepiej, że stało się to teraz, aniżeli po przyjęciu święceń. Problem jednak tkwi w formie i otoczce tej decyzji. Zamiast poczekać na uregulowanie sytuacji, para nieustannie lansuje się w mediach, mimo że Dzieńkowski formalnie nadal jest członkiem zakonu. Żeby tego było mało, mieszkają razem i planują ślub cywilny. Posługiwanie się Duchem Świętym w celu uzasadnienia tak szkodliwej działalności to po prostu bluźnierstwo.
Najpełniejszy obraz kondycji duchowej, emocjonalnej, psychicznej oraz intelektualnej Dzieńkowskiego i Domańskiej wyłania się z podcastu „Trzy Światy”, w którym ostatnio wystąpili. Ten obraz jest niestety przerażający. Choć jakiś czas temu skrytykowałem prowadzących wspomnianego podcastu m.in. za brak podjęcia jakiejkolwiek polemiki z goszczącą u nich aktorką filmów pornograficznych (jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami odsyłam [tutaj]), tak w tym przypadku było na szczęście zupełnie inaczej i można powiedzieć, że odcinek ten stanowi wartość edukacyjną, bo jest wręcz podręcznikowym przykładem na to, jak wiara wyglądać nie powinna. Trudno w tak krótkim tekście omówić szczegółowo blisko dwugodzinną rozmowę, jednak obejrzywszy ją, każdemu rozsądnemu katolikowi powinna zapalić się lampka ostrzegawcza i to raczej niejedna.
Symptomatyczne jest to, że para poznała się w protestanckiej wspólnocie (zastanawiać może dlaczego w ogóle przełożeni zakonni Krzysztofa Dzieńkowskiego wyrazili zgodę, aby tam się formował). Wydaje się, że ich łatwość do uzasadniania swoich decyzji głosem Boga ma korzenie właśnie w protestantyzmie, a ściślej rzecz ujmując, w jego charyzmatycznej, zielonoświątkowej odmianie. Sami bohaterowie przyznali, iż w Kościele katolickim nie znajdują żadnego autorytetu (w przeciwieństwie do wspólnot protestanckich), a zapytani, czy akceptują obowiązujący Katechizm, unikali jasnej odpowiedzi. Mówiąc o przeżywaniu swojej wiary, zabrakło odniesień do sakramentów, zwłaszcza spowiedzi i Mszy świętej. W zamian można było usłyszeć o bliżej nieokreślonym przebudzeniu i prorokowaniu, a wszystko podlane sosem subiektywizmu, irracjonalizmu i przekonania o własnej nieomylności. Jeśli zebrać to razem, to mamy do czynienia z czymś na kształt sekty, a w przypadku Klaudii Domańskiej niewykluczone, że także pewnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, choć to oczywiście powinni rozstrzygnąć specjaliści.
Remedium na uniknięcie tego rodzaju wynaturzeń jest bardzo proste, a jest nim posłuszeństwo wobec Magisterium Kościoła. Bardzo często wielkie herezje rodziły się z wielkiej gorliwości, której niewątpliwie nie brakuje bohaterom tego tekstu. Wspólnym mianownikiem wszystkich herezji jest natomiast to, że – jak to ujął Hilaire Belloc – pozostawiają one nienaruszoną wielką część struktury, którą atakują, zarazem usuwając bądź zmieniając inną część. Tymczasem autentyczny katolicyzm – mówił ks. kard. Joseph Ratzinger – jest „równowagą skomplikowaną, usiłuje łączyć ze sobą aspekty, które wydają się nie do pogodzenia, ale tylko w ten sposób może być zabezpieczona pełnia Credo”.
Miejmy nadzieję, że ta sytuacja sprawi, iż odpowiednie władze kościelne przestaną zamykać oczy na działalność tej pary celebrytów (którzy zapowiadają uruchomienie wspólnego kanału w mediach społecznościowych), ale też sięgną głębiej. Tego rodzaju przypadki nie pojawiają się przecież znikąd. Tymczasem wygląda na to, że weryfikacja Kościoła w ich przypadku okazał się całkowitą fikcją, skoro przez tyle czasu nie zauważono żadnych alarmujących sygnałów. W obliczu pojawiających się jak grzyby po deszczu rozmaitych wspólnot quasi-protestanckich, które przyciągają zwłaszcza młodych ludzi poszukujących Boga, opanowanie i uregulowanie tej sytuacji zdaje się być jednym z najpilniejszych zadań Kościoła.
Wojciech Grzywacz



