
fot. By J. Żołnierkiewicz - http://www.solidarnosc.gov.pl/index.php?document=48, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3071254
[Nasz Dziennik] Mity stanu wojennego. Zbrodnia z premedytacją, a nie „mniejsze zło”
Dnia 13 grudnia 1981 r. o świcie miliony przerażonych Polaków wsłuchiwało się w słowa namiestnika Kremla – Wojciecha Jaruzelskiego, który najpierw w radiu, a potem w telewizji oświadczał, że w Polsce zostaje wprowadzony stan wojenny. Kilka godzin wcześniej czołgi i wozy opancerzone wyjechały na ulice miast, a ich załogi gotowe były do krwawego tłumienia każdego przejawu oporu czy sprzeciwu. Tysiące działaczy „Solidarności” zostało aresztowanych przez komunistyczną bezpiekę, a listy proskrypcyjne przygotowywane były na tę chwilę od tygodni. Odcięto łączność telefoniczną i wprowadzono godzinę milicyjną. Wojskowa junta Jaruzelskiego realizowała gotowy od miesięcy scenariusz.
Kłamstwo jako metoda
Posługiwanie się kłamstwem stanowiło jedną z fundamentalnych zasad stosowanych przez komunistów. Podobnie było w 1981 roku, gdy kłamstwo wykorzystano w narracji uzasadniającej wprowadzenie stanu wojennego. Wojciech Jaruzelski w swym przemówieniu uderzał w patetyczne tony, zakładając maskę człowieka zatroskanego o los kraju, który został rozchwiany przez „grupę awanturników”. Świadomie porzucał sformułowania, którymi zwykle się posługiwał. Nie zwracał się do Polaków, tak jak miał w zwyczaju, „towarzyszki i towarzysze”, ale „obywatelki i obywatele”, a nawet raz użył słów „siostry i bracia”. Podobny chwyt zastosował zbrodniarz wszech czasów Stalin, gdy w czerwcu 1941 r. po wybuchu wojny z Niemcami wystąpił z apelem do ciemiężonych przez dziesięciolecia mieszkańców sowieckiej Rosji, aby bronili swego kraju.
Jaruzelski twierdził, że „ojczyzna znalazła się nad przepaścią”, a powołana Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego ma za zadanie „ochronę porządku prawnego w państwie, stworzenie gwarancji wykonawczych, które umożliwią przywrócenie ładu i dyscypliny, (…) aby zapoczątkować wychodzenie kraju z kryzysu i uratować państwo przed rozpadem”. Fałszywe były nie tylko te słowa, ale także cała konstrukcja formalna związana z wprowadzeniem stanu wojennego. Swą decyzją Jaruzelski gwałcił bowiem nawet obowiązujące w PRL zasady prawno-ustrojowe. Zgodnie z zapisami konstytucji PRL wprowadzenie stanu wojennego należało wprawdzie do prerogatyw Rady Państwa, ale nie mogła ona wydać w tej sprawie dekretu, ponieważ trwała sesja Sejmu. Tymczasem stan wojenny został wprowadzony właśnie dekretem. Co ciekawe, obwieszczenia z dekretem o stanie wojennym wydrukowane były już we wrześniu 1981 r. w drukarniach moskiewskich. Nie zawierały jednak ani daty dziennej, ani nie były podpisane. Nie było bowiem wtedy jeszcze jasne, kiedy zostanie on wprowadzony ani czy sędziwy przewodniczący Rady Państwa PRL Henryk Jabłoński doczeka na swym stanowisku jego ogłoszenia.
Mit „mniejszego zła”
W czasie przemian ustrojowych końca lat 80. i początku 90. Jaruzelski i jego współpracownicy stworzyli mit, jakoby wprowadzenie stanu wojennego ocaliło Polskę przed sowiecką interwencją zbrojną. Ukuli teorię „mniejszego zła”, która legitymizować miała ich obecność w życiu publicznym niepodległej Polski. Część działaczy dawnej opozycji solidarnościowej zgodziła się na taką kłamliwą narrację, a najdobitniejszym tego potwierdzeniem był wybór Jaruzelskiego przez Sejm kontraktowy na urząd prezydenta w lipcu 1989 r. czy państwowy uroczysty pogrzeb dyktatora w maju 2014 roku.
Manipulacja ta przyniosła efekty, o czym świadczą badania opinii publicznej. Cały czas znaczny odsetek Polaków uważa wprowadzenie stanu wojennego za wydarzenie tragiczne, ale wytłumaczalne, bo chroniące przed interwencją państw Układu Warszawskiego. Dlatego m.in. w imię walki o prawdę podczas rządów Zjednoczonej Prawicy wprowadzony został do szkół przedmiot „Historia i teraźniejszość” wraz z podręcznikiem prof. Wojciecha Roszkowskiego. Chodziło o to, aby młodemu pokoleniu przedstawić w sposób wolny od kłamstw powielanych przez komunistów i postkomunistów nieodległą przeszłość, która ma ogromny wpływ na procesy zachodzące współcześnie.
Determinacja lewicowo-liberalnego rządu Donalda Tuska, aby przedmiot ten zlikwidować, jest zdumiewająca, ale i bardzo czytelna. Przez decyzje obecnego kierownictwa resortu edukacji „mit mniejszego zła” i wiele innych kłamstw związanych z najnowszą historią będą nadal obecne w świadomości Polaków. Prawda o grudniu 1981 r. była bowiem zupełnie inna, niż próbowali i próbują ją przedstawiać autorzy zbrodni i ich ideowi spadkobiercy.
Zabić ducha wolności
Ruch niepodległościowy, dla którego iskrą była pierwsza pielgrzymka do Polski Jana Pawła II, a rok później sierpniowe strajki i powstanie „Solidarności”, od samego początku budził lęk przywódców Związku Sowieckiego i PRL. Sytuacja wymykała im się spod kontroli mimo zorganizowania potężnej sieci agenturalnej w strukturach „Solidarności”. Przykład strajków sierpniowych pokazał, że powstającego wielomilionowego ruchu społecznego nie da się sprowadzić wyłącznie do problematyki ekonomicznej, tak jak miało to miejsce podczas wcześniejszych protestów robotniczych. Opór wobec władzy przekształcał się w ruch wolnościowy, stał się masowy, a wielu jego uczestników i przywódców, jak np. Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda czy działacze Konfederacji Polski Niepodległej, zaczęło wyraźnie podnosić hasła niepodległościowe.
Komuniści postanowili rozwiązać sprawę siłowo, tak aby zniszczyć marzenia, które przyniósł Polski Sierpień. W kwietniu 1981 r. na tajnej naradzie w Brześciu nad Bugiem Jaruzelski usłyszał od sowieckiego ministra obrony Dmitrija Ustinowa i szefa KGB Jurija Andropowa, że decyzja Kremla jest jednoznaczna: w Polsce ma zostać wprowadzony stan wojenny, a ruch „Solidarności” stłamszony za wszelką cenę. Sowieci zastrzegali wyraźnie, że ma się to dokonać wyłącznie siłami wojska i bezpieki PRL.
Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego ruszyły pełną parą, ale Jaruzelski zaczął się obawiać, czy akcja zakończy się sukcesem. Bał się masowych protestów, ale także buntu w wojsku, w którym nastroje były niejednoznaczne. W rozmowach z towarzyszami sowieckimi kalkulował chłodno: „Strajki są dla nas najlepszym wariantem. Robotnicy pozostaną na miejscu. Będzie gorzej, jeśli wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady”. Bał się, że nie wykona postawionego przed nim zadania, a wtedy jego kariera zakończy się błyskawicznie. Znał dobrze reguły obowiązujące w „Imperium zła”. Od końca lat 40. gorliwie współtworzył ten system, najpierw jako współpracownik Informacji Wojskowej o pseudonimie „Wolski”, potem jako wieloletni szef sztabu Generalnego „ludowego” WP i minister obrony narodowej, wsławiony przeprowadzeniem antysemickich czystek w wojsku w 1968 r. i współodpowiedzialny za użycie armii przeciwko robotnikom w grudniu 1970 r., wreszcie jako premier PRL i pierwszy sekretarz PZPR. Chciał mieć gwarancję, że w przypadku niepowodzenia pomogą mu towarzysze z Moskwy i innych stolic państw komunistycznych. Miał zresztą w tym własne doświadczenie. W sierpniu 1968 r. jako minister obrony narodowej PRL współkierował haniebną inwazją wojsk państw komunistycznych na Czechosłowację, której obywatele upomnieli się o wolność.
Dyktator błaga o pomoc
Na cztery dni przed wprowadzeniem stanu wojennego odbyła się rozmowa Jaruzelskiego z marszałkiem ZSRS, Wiktorem Kulikowem. Generał prosił o sowiecką pomoc. Kulikow przekazał prośbę dalej i sprawa stanęła na posiedzeniu Biura Politycznego KPZS obradującego w Moskwie 10 grudnia 1981 roku. Jego przebieg ujawnił w oparciu o zachowane stenogramy Władimir Bukowski w szokującej książce „Moskiewski proces. Dysydent w archiwach Kremla”. Podczas obrad sekretarz KC KPZS Anatolij Rusakow stwierdzał: „Jaruzelski nosi się z myślą porozumienia w tej sprawie z sojusznikami. Mówi, że gdyby siły polskie nie złamały oporu >>Solidarności<<, to towarzysze polscy liczą na pomoc innych krajów, nawet na wprowadzenie wojsk na terytorium Polski”. Głos obecnych na naradzie przywódców ZSRS był jednomyślny. Jasno stwierdzali, że o żadnej pomocy zbrojnej nie może być mowy, a Jaruzelski musi sobie poradzić sam. Jurij Andropow stwierdzał: „Nie możemy ryzykować takiego kroku. Nie mamy zamiaru wkraczać do Polski”.
W podobnym tonie wyrażał się szef służb zagranicznych ZSRS, Andriej Gromyko: „Będziemy zmuszeni postarać się jakoś rozwiać złudzenia Jaruzelskiego i innych polskich polityków w sprawie wysłania tam wojsk. Wprowadzać wojsk do Polski nie można w żadnym razie. Myślę, że możemy polecić naszemu ambasadorowi, aby złożył Jaruzelskiemu wizytę i zakomunikował mu to” – deklarował.
Decyzja władz Kremla znana była Jaruzelskiemu, o czym świadczy chociażby ujawniony w latach 90. notatnik gen. Wiktora Anoszkina, który towarzyszył Kulikowowi podczas jego grudniowej wizyty w PRL. Jeszcze na kilkanaście godzin przed tragiczną nocą 13 grudnia Jaruzelski, za pośrednictwem gen. Mirosława Milewskiego, pytał Sowietów wprost, czy może liczyć na militarną pomoc Moskwy i czy do Warszawy przybędzie w najbliższych dniach ktoś z kierownictwa KPZS. Otrzymał krótkie odpowiedzi: „Nie będziemy wprowadzać wojsk. Nikt nie przyjedzie”. Jak widać, Jaruzelski nie tylko nie ocalił Polski przed interwencją zbrojną państw Układu Warszawskiego, ale wręcz o taką interwencję zabiegał. W imię własnych interesów i w obronie reżimu komunistycznego Jaruzelski gotów był poświęcić życie i zdrowie tysięcy marzących o niepodległości Polaków. Działał z pełną premedytacją.
Światło w Watykanie
W noc wigilijną 1981 r. w oknie Pałacu Apostolskiego w Watykanie pojawiła się zapalona świeca. Była wyrazem łączności Ojca Świętego Jana Pawła II z uciemiężonym Narodem Polskim. Taką samą święcę zapalił w Białym Domu prezydent USA, Ronald Reagan. Kilka dni wcześniej, już po masakrze dokonanej na strajkujących górnikach kopalni „Wujek”, Papież napisał dramatyczny list do Wojciecha Jaruzelskiego.
„W ciągu ostatnich dwu stuleci naród polski doznał wielu krzywd, rozlano też wiele polskiej krwi. W tej perspektywie dziejowej nie można dalej rozlewać polskiej krwi. Zwracam się do pana, generale, z usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem, ażeby sprawy związane z odnową społeczeństwa, które od sierpnia 1980 r. były załatwiane na drodze pokojowego dialogu, wróciły na tę samą drogę. Zwracam się do pańskiego sumienia, generale” – pisał Ojciec Święty.
Sumienie przywódcy WRON było jednak głuche.
Stan wojenny kosztował życie blisko stu Polaków. Mordowani byli jawnie, jak dziewięciu górników z kopalni „Wujek”, którzy zginęli od kul oddziałów pacyfikujących ich strajk protestacyjny 16 grudnia 1981 r. Mordowani byli skrycie przez „komanda śmierci”, jak niezłomny kapelan „Solidarności” bł. ks. Jerzy Popiełuszko czy siedemnastoletni Emil Barchański, który – wzorując się na swych poprzednikach z czasów okupacji niemieckiej – ochlapał czerwoną farbą warszawski pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Ponad dziesięć tysięcy działaczy niepodległościowych zostało internowanych, a setki skazano na długoletnie pobyty w więzieniu. Wszelkie próby oporu były bezwzględnie tępione. Największą jednak zbrodnią była próba zabicia w Polakach nadziei i stłamszenia w nich marzeń o wolności. To się jednak komunistom nie udało. Mimo szykan i represji Naród przetrwał wojnę z wojskową juntą, a umocnieniem wiary i nadziei stały się kolejne dwie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski – w 1983 r. i 1987 r., gdy Polacy mogli się na nowo policzyć i wstać z kolan. Potwierdzały się słowa, jakie pozostawił jeden z ojców naszej niepodległości – Józef Piłsudski: „Polskiego ducha wolności nie można zabijać i zabić się nie da”.
Jan Józef Kasprzyk/Nasz Dziennik


