S. Regina Kozioł CSDP o szkole w Kamerunie: Dzieci wracają ze szkoły przed zmrokiem. Kiedy wrócą, nie idą od razu odrabiać lekcji, tylko muszą jeszcze przynieść wodę ze źródła
„Dzieci wracają ze szkoły do domu przed zmrokiem. Kiedy wrócą, nie idą od razu odrabiać lekcji, tylko muszą jeszcze przynieść wodę ze źródła, bo we wioskach nie ma wody bieżącej. Dopiero późnym wieczorem siadają do odrabiania lekcji. Są rodziny, które wciąż używają lampy naftowej. Dzieci chcą się uczyć, więc robią wszystko, by przygotować się do następnego dnia” – akcentowała siostra Regina Kozioł CSDP, która współprowadzi szkołę w Essiengbot, w Kamerunie.
Siostry Opatrzności Bożej prowadzą misję w Kamerunie, gdzie zajmują się edukacją najmłodszych, zarządzając katolicką szkołą podstawową i przedszkolem w Essiengbot, a także nauczają o Jezusie i organizują opiekę medyczną.
Ks. Andrzej Paś z Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie rozmawiał z siostrą Reginą Kozioł ze Zgromadzenia Sióstr Opatrzności Bożej, która przyjechała wraz z innymi siostrami do Kamerunu w 1999 roku.
„Kiedy przyjechałyśmy, nie było w ogóle światła. Nikt w wiosce nie miał światła. Używałyśmy jeszcze lampy naftowej” – wspominała siostra Regina.
Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś szkoła podstawowa i przedszkole liczą około 500 uczniów. Jest to placówka katolicka pod patronatem św. Alojzego Gonzagi.
„Gdy przyjechałyśmy, było łącznie 110 osób w przedszkolu i w szkole podstawowej. Natomiast dzisiaj mamy ich 321 w szkole podstawowej i 102 w przedszkolu. Przybyła ogromna liczba przez te kilkanaście lat. Cieszymy się bardzo, że rodzice przysyłają dzieci do naszej szkoły, która jest katolicka. (…) Nie przychodzą dzieci tylko z rodzin katolickich, ale też z protestanckich czy muzułmańskich. Każde z nich akceptuje to, że w naszej szkole jest katecheza, w której uczestniczą wszystkie dzieci” – zwracała uwagę misjonarka.
Dla wielu uczniów problemem staje się odległość z domu do szkoły, która często wynosi sześć czy siedem kilometrów, a w niektórych przypadkach nawet dziewięć.
„Na pewno dla dzieci jakimś usprawnieniem byłyby na przykład rowery, bo jednak kilometry, które mają do pokonania, są dosyć spore. (…) Dzieci wracają ze szkoły do domu przed zmrokiem. Kiedy wrócą, nie idą od razu odrabiać lekcji, tylko muszą jeszcze przynieść wodę ze źródła, bo we wioskach nie ma wody bieżącej. (…) Wieczorem dzieci często muszą pozmywać naczynia po kolacji. Dopiero późnym wieczorem siadają do odrabiania lekcji. Są rodziny, które wciąż używają lampy naftowej. (…) One chcą się uczyć, więc robią wszystko, by przygotować się do następnego dnia” – opowiadała zakonnica.
„One są bardzo związane ze swoimi rodzicami i z wioską. Mimo że przychodzą do szkoły, bywa czas, gdy idą z całymi rodzinami na miesiąc czy dwa w celach religijnych, ale również po to, by coś upolować. (…) Nie mają pieniędzy, by kupić mięso na targu, tylko muszą je sami zdobyć” – kontynuowała siostra Regina.
Siostry Opatrzności Bożej prowadzą w Essiengbot także ośrodek zdrowia.
„Przede wszystkim jest to pomoc dla tutejszych ludzi. Często przychodzą tacy, którzy nie mają nic. Często przychodzą osoby w stanie krytycznym. Trzeba im po prostu pomóc. Wtedy najczęściej nie zważa się na to, czy mają jakieś pieniądze, ale niesie się najważniejszą pomoc doraźną. Nie ma w naszym ośrodku lekarza. Są pielęgniarze, którzy służą jako lekarze, bo w naszym ośrodku jest sala chirurgiczna, gdzie odbywają się mniejsze lub większe operacje. Jest też sala porodowa. Ośrodek zdrowia działa 24 godziny na dobę” – wyjaśniła misjonarka.
Do przedszkola i szkoły uczęszczają także Pigmeje, którzy dzięki temu mogą nauczyć się języka i przebywać wśród rówieśników. Wioska Pigmejów oddalona jest o osiem kilometrów od szkoły. Dzieci, które chcą się uczyć, pokonują trasę pieszo. Potrzebują butów i ubrań. Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie we współpracy z Siostrami Opatrzności Bożej zorganizowało akcję „Mój brat Pigmej”, której celem jest pomoc dla potrzebujących dzieci z tego plemienia.
„Rodzice wyrazili potrzebę, by ich dzieci były kształcone w naszej szkole. (…) Te dzieci właściwie nie mają nic. Pomoc przeznaczana na materiały dydaktyczne, na ubranka czy buty jest bardzo potrzebna” – podkreśliła zakonnica.
ks. Andrzej Paś, PKWP/radiomaryja.pl



