Moskiewskie joint venture
Służyła bolszewikom do sprawowania władzy od 1917 roku równie skutecznie
jak NKWD i KGB, zabijając umysły i zatruwając dusze. Gazeta wychodząca pod
przewrotnym tytułem "Prawda", oficjalny organ nie tylko Komitetu Centralnego
partii, ale i komunizmu światowego, była częścią życia każdego mieszkańca
Związku Sowieckiego: od funkcjonariuszy zbrodniczego systemu i otumanionych
kłamstwami obywateli po więźniów i łagierników. Odciskała piętno nawet na życiu
tych ludzi, którzy buntowali się przeciwko otaczającej ich rzeczywistości.
Czytali ją wszyscy: jedni jej wierzyli, inni szukali między wierszami sygnałów
pozwalających przedrzeć się przez gęstą zasłonę propagandy. Czasem dość było
obserwować, jakie fakty i czyje nazwiska zostały w "Prawdzie" pominięte, by
zorientować się, skąd wieje kremlowski wiatr.
I nagle, rankiem 15 marca 1992 roku, dziennik "Prawda" nie pojawił się w
kioskach.
Koniec patii, koniec pieniędzy
Położenie gazety zaczęło się raptownie pogarszać w sierpniu 1991 roku, gdy Borys
Jelcyn rozwiązał Komunistyczną Partię Związku Sowieckiego – właściciela i
wydawcę "Prawdy". Gwoli przypomnienia: stało się to po nieudanej prowokacji
zorganizowanej w iście bolszewickim stylu przez prezydenta Sowietów Michaiła
Gorbaczowa, a określanej wciąż z uporem przez większość polityków i mediów
mianem "puczu Janajewa". Półmilionowe demonstracje w samej Moskwie, masowe
strajki górnicze i niepodległościowe tendencje w nierosyjskich republikach
zagroziły realnie władzy Gorbaczowa. Dla ratowania swojej pozycji oraz
integralności ZSRS – co, zresztą na jedno wychodziło – zainscenizował w sierpniu
1991 roku "zamach" na własną osobę. W spisku brał udział wiceprezydent Związku
Sowieckiego Giennadij Janajew, który "porwał" Gorbaczowa, by zaprowadzić
porządek w państwie, nie narażając na uszczerbek liberalnej legendy prezydenta
na Zachodzie. Sprawy wymknęły się jednak spod kontroli za sprawą Borysa Jelcyna,
ówczesnego prezydenta Rosyjskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej,
wchodzącej w skład ZSRS. Jelcyn wykorzystał nieobecność "uprowadzonego"
Gorbaczowa, bawiącego wówczas na Krymie, nie podporządkował się Państwowemu
Komitetowi Stanu Wyjątkowego pod przywództwem Janajewa, błyskawicznie skupił w
swoim ręku realną władzę na obszarze Rosji, po czym odsunął "uwolnionego"
Gorbaczowa na bok i rozwiązał partię.
Odcięta od źródła finansowania "Prawda" ciągnęła przez kilka miesięcy resztką
sił, by wreszcie zniknąć z rynku w marcu 1992 roku.
Grecy spłacają dług
Swój powrót z końcem tego samego roku gazeta zawdzięczała pomocy pewnego Greka.
Niejaki Jannis Jannikos – grecki wydawca, jak pisały rosyjskie pisma, m.in. "Moskowskije
Nowosti" i "Kommiersant"- pojawił się w Moskwie, by powołać do życia spółkę
Prawda International SA, nowego wydawcę dziennika. Jannikos miał ulokować w tym
przedsięwzięciu grube pieniądze, otrzymując w zamian 55 procent udziałów.
W czerwcu 1996 roku jego synowie Theodoros i Christos zdecydowali się na
zamknięcie gazety ze względów ekonomicznych – jak podali oficjalnie. Opuszczoną
przez Greków "Prawdę" przejęła Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej,
uznająca się za kontynuatorkę KPZS. Dziś pismo jest oficjalnym organem partii
Giennadija Ziuganowa i ma się nieźle, podobnie jak jej właścicielka, która w
wyborach do Dumy w 2011 roku zdobyła prawie 20-procentowe poparcie.
Tymczasem rodzina Jannikosów zaczęła jeszcze w 1994 roku publikować własne pismo
"Prawda 5", lecz wycofała się z tego przedsięwzięcia po dwóch latach,
przegrawszy proces z "Prawdą" Ziuganowa. "Kommiersant" pisał 18 sierpnia 1998
roku, że Jannikos przepadł, pozostawiając "Prawdę 5" bez środków, i cytował
redaktora naczelnego Władimira Raszyna: "Grecy wyjechali do swojego kraju i nie
możemy ich odnaleźć". Po długich tarapatach finansowych tytuł ukazał się znów,
uzyskawszy wsparcie kolejnego inwestora.
Prapoczątki mafii
Kim jest Jannis Jannikos, dobroczyńca upadającego organu zlikwidowanej kompartii?
Historia jego kontaktów z Sowietami jest długa – i pouczająca dla obserwatorów
obecnego rozkwitu mafijnych struktur rosyjskich na Zachodzie. Bo przecież mafia
rodem z krajów dawnego ZSRS sięga korzeniami czasów, gdy Kreml wspierał
finansowo "bratnie" partie w wolnym świecie – najpierw, by eksportować ideologię
i dezinformację, a później, w latach 80., by zbudować zaplecze kapitałowe dla
kontrolowanego rozpadu Związku Sowieckiego oraz bloku wschodniego. "Mafia
działała na szeroką skalę już w okresie sowieckim: w erze Breżniewa stanowiła
źródło finansowania partii oraz działań tajnych służb za granicą, a także
kompensowania niedoborów zbankrutowanej gospodarki – pisze niemiecki dziennikarz
śledczy Jźrgen Roth w książce "Europa mafii". – Jednak dopiero pierestrojka i
przewrót w stosunkach społeczno-ekonomicznych, spowodowany upadkiem Związku
Sowieckiego, pozwoliły jej wypłynąć na szerokie wody i rozwinąć działalność na
skalę, o jakiej wcześniej nie mogła nawet marzyć. Otwarcie na Zachód stanowiło
coś w rodzaju trampoliny dla jej aktywności międzynarodowej".
Dzięki powiązaniom finansowym z czasów ZSRS wschodni "biznesmeni" zdołali w
ciągu ostatnich lat opleść siecią zależności nie tylko przedsiębiorców, ale i
polityków w Niemczech, Austrii, Francji, Szwajcarii…
Roth obserwuje zatrważające tempo tego procesu i dowodzi w kolejnych książkach,
że do międzynarodowych instytucji gospodarczych wchodzi coraz więcej ludzi z
byłego ZSRS. "Procesowi temu sprzyjają taktyczne sojusze, zawierane z
zagranicznymi strukturami mafijnymi, w tym z organizacjami włoskimi lub z
kartelami kolumbijskimi" – diagnozuje.
A Władimir Bukowski, wieloletni więzień polityczny, który odzyskał wolność w
1976 roku, kiedy władze ZSRS postanowiły pozbyć się kłopotliwego dysydenta,
wymieniając go na Luisa Corvalana, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii
Chile, ostrzegał pod koniec lat 90.: "Wraz z wejściem krajów byłego ZSRS na
światowy rynek, społeczność światowa ma do czynienia z jeszcze jedną
międzynarodową mafią, zdecydowanie bardziej okrutną i potężniejszą niż
kolumbijski kartel narkotykowy czy Cosa Nostra. Tylko patrzeć, a przyjdzie nam
walczyć z przestępczym supersyndykatem w rodzaju słynnego Spektrum z filmów o
Jamesie Bondzie".
Pieszczoch Moskwy
Czy wśród osób, których dzisiejsze fortuny wzięły początek ze szczodrej, acz nie
bezinteresownej pomocy Moskwy w początkach lat 80., są też dwaj greccy
przedsiębiorcy? Taką tezę stawia amerykański neokonserwatysta Michael Arthur
Ledeen w swojej książce "Freedom Betrayed", która nie doczekała się, niestety,
polskiego tłumaczenia. A swoje przekonanie Ledeen wywodzi z głośnej w latach 80.
publikacji ateńskiego korespondenta zachodniej prasy Paula Anastasiego z 1983
roku – publikacji, która zajmie w tej historii ważne miejsce.
Nazwisko jednego z nich zostało już tu wielekroć wymienione: Jannis Jannikos.
Nieporównanie większą karierę zrobił jego przyjaciel i wspólnik z tamtych lat,
dzisiaj potentat finansowy Georgios Bobolas.
Bliski wówczas bankructwa Bobolas traktowany był przez władze kremlowskie
wyjątkowo życzliwie, o czym świadczy jemu tylko poświęcona rezolucja Komitetu
Centralnego KPZS z 11 kwietnia 1980 roku, odnaleziona w archiwach partii i
opublikowana na Zachodzie przez Bukowskiego. Rosyjskiemu pisarzowi udało się po
rozwiązaniu KPZS wywalczyć sobie dostęp do tajnych akt partii. Zeskanował i
wywiózł z Moskwy setki świadectw finansowego wspierania przez partię oraz KGB
działalności ugrupowań komunistycznych, a także organizacji terrorystycznych na
Zachodzie. KC KPZS nakazał w dokumencie "O udzieleniu poparcia greckiemu wydawcy
G. Bobolasowi", by ministerstwo handlu zagranicznego oraz Państwowy Komitet
Stosunków Gospodarczych z Zagranicą dawały "pierwszeństwo w rozwiązywaniu
problemów handlowych greckiemu przemysłowcowi i wydawcy G. Bobolasowi ze względu
na jego pozytywną rolę w rozwijaniu stosunków sowiecko-greckich". "Towarzysz z
pewnością zasłużył na względy nieustanną pracą dla dobra dobrosąsiedzkich
stosunków – pisze Władimir Bukowski w "Moskiewskim procesie". – Jednakże z
materiałów dołączonych do rezolucji, szczególnie z raportu zastępcy
przewodniczącego KGB S. Cwiguna dla KC wynika, że ta nieustanna praca była
wykonywana w ramach "działań specjalnych" KGB" – twierdzi rosyjski autor,
odwołując się w przypisie do notatki Cwiguna z 5 kwietnia 1980 roku i załącznika
do uchwały z 11 kwietnia 1980 roku.
Powody przedstawiono oględnie i mgliście: "G. Bobolas dąży do nawiązania
roboczych kontaktów w celu zawarcia korzystnych dla obu stron transakcji na
możliwie dużą skalę". Dlaczego moskiewscy towarzysze okazywali tak wiele troski
o kapitalistę Bobolasa? Bo był jednym z ważnych partnerów wykorzystywanych do
propagowania bolszewickiej ideologii i propagandy w Europie – twierdzi Bukowski.
Jego "pozytywna rola w rozwijaniu stosunków sowiecko-greckich" polegała na
publikowaniu w ojczystym kraju, gdzie komunistyczna propaganda tradycyjnie
znajdowała wielu odbiorców, sowieckich książek. Georgios Bobolas był bezcenny:
nie wiązano go z lewicą, wręcz przeciwnie – miał opinię człowieka o poglądach
umiarkowanie konserwatywnych.
Narodziny spółki
Wszystko zaczęło się od propozycji złożonej przez Sowietów w 1978 roku
komuniście greckiemu Jannisowi Jannikosowi. Od objęcia władzy przez socjalistę
Andreasa Papandreu w 1974 roku spędzał całe miesiące w ojczyźnie
międzynarodowego proletariatu. Podczas jednego ze swoich pobytów w ZSRS w 1978
roku – pisał w 1996 roku Ledeen w książce "Freedom Betrayed" – Jannikos,
trudniący się od jakiegoś czasu handlem sowieckimi wydawnictwami w Grecji,
otrzymał propozycję przewidującą założenie w Atenach spółki typu joint-venture.
Według Ledeena, który opisuje udział Jannikosa i Bobolasa w inspirowanym
przez Moskwę przedsięwzięciu, plan był prosty: otworzyć przedsiębiorstwo
handlowe, a zarobiony przez nie kapitał przeznaczyć na publikację sowieckich
książek i magazynów w wersji greckojęzycznej. Jannikosa naglono, by znalazł
wspólnika – dobrze ustawionego biznesmena, niezwiązanego z lewicą. Jannikos
wypłynął więc po długiej nieobecności jeszcze w tym samym roku w Atenach, gdzie
dogadał się ze wspomnianym Georgiosem Bobolasem, szanowanym biznesmenem z branży
eksportowo-importowej. Poważany przedsiębiorca miał wówczas kłopoty finansowe,
więc z entuzjazmem przyjął propozycję: 70 procent zysków z działalności
handlowej pójdzie na publikacje, a 30 procent obaj wspólnicy podzielą między
siebie.
Bobolas i Jannikos założyli zatem wydawnictwo Akadimos, które KGB miało
wykorzystywać jako "bazę ideologicznego oddziaływania na Grecję i greckie
społeczności w innych krajach" – jak pisze Bukowski – m.in. na Cyprze. Akadimos
opublikował książki Breżniewa, m.in. "Pokój – bezcenne dobro narodów", oraz
greckojęzyczną wielką 34-tomową encyklopedię sowiecką. Przewidywano, że dochody
z encyklopedii oraz dzieł Breżniewa pozwolą na otwarcie gazety. Z dokumentów
ujawnionych przez Władimira Bukowskiego wynika, że "Pokój – bezcenne dobro
narodów" nie znalazł czytelników, co pociągnęło za sobą poważne straty
finansowe. Wspomniana już rezolucja KC KPZS z 11 kwietnia 1980 roku została
przyjęta z myślą o "zrekompensowaniu tych szkód".
Udane potomstwo
Niezależnie od utyskiwań Greka wyniki finansowe spółki okazały się dostatecznie
dobre, by zachęcić Jannikosa i Bobolasa jesienią 1981 roku do założenia gazety "Ethnos"
("Naród") – twierdzi Ledeen. Dziennik stał się szybko najpopularniejszym pismem
codziennym w kraju, a przede wszystkim narzędziem niszczenia zachodnich
standardów w polityce oraz mediach. "Użycie wobec "Ethnosu" określenia
"prosowiecka" to za mało – pisze Ledeen w książce "Freedom Betrayed". – "Ethnos"
popierał każde posunięcie ZSRS bez wyjątku, totalnie i do przesady – czasem jego
artykuły robiły wrażenie karykatury sowieckiej prasy".
"Ethnos" dokonał przewrotu na greckim rynku prasowym, wprowadzając formę
tabloidu: wielkie kolorowe zdjęcia, sensacje i plotki, a wszystko to w gęstym
sosie bolszewickiej propagandy. Czytelnicy dowiadywali się na przykład, że już
pierwszego dnia ataku USA na Grenadę w październiku 1983 roku, gdzie kilka dni
wcześniej w wyniku zamachu stanu władzę przejęła prosowiecka junta
zaprzyjaźniona z Fidelem Castro, Amerykanie dokonali rzezi na dwóch tysiącach
cywilów; dalej – że NRD jest wzorem demokracji dla Wschodu i Zachodu, że sam
ZSRS stanowi przykład autentycznej demokracji, a Układ Warszawski to pierwszy
pokojowy blok militarny w historii ludzkości.
W imieniu Kremla
Finansami i nachalną propagandą "Ethnosu" zainteresował się szybko ateński
korespondent "New York Timesa" i londyńskiego "Daily Telegraph" Paul Anastasi.
Jego książka zatytułowana przewrotnie "Take the Nation in Your Hands" (słowo "ethnos"
znaczy "naród") wyszła w czerwcu 1983 roku i przełożona na grecki stała się w
kraju bestsellerem. Anastasi utrzymywał, że "Ethnos" – gazeta o nakładzie 180
tys. egzemplarzy – miał powstać w celu szerzenia kremlowskiej dezinformacji i
jest redagowany oraz drukowany za moskiewskie pieniądze. Taką jego tezę
powtarzały "New York Times", "Daily Telegraph", a za nimi większość gazet
zachodnich relacjonujących aferę.
W publikacji autor wykorzystał obszerną dokumentację – twierdził, że kupił ją od
samego Jannikosa, dotkniętego odsunięciem go na bok przez wspólnika tuż po
starcie dziennika, jeszcze w 1981 roku. Jannikosa poruszyło w szczególności to,
że Sowieci postawili na Bobolasa, bogatego "kapitalistę", nie zaś na niego –
starego komunistę. Pozwał więc niedawnego biznesowego partnera do sądu. I
równocześnie zaczął potajemnie negocjować sprzedaż gorących materiałów
ateńskiemu współpracownikowi zachodnich gazet. Owocem tego handlu była książka
zawierająca tezy mocno udokumentowane i przedstawiająca fakty trudne do
podważenia, takie jak zawarcie kontraktu przez Bobolasa i Jannikosa z Moskwą na
wydawanie sowieckiej encyklopedii. Po publikacji książki Anastasiego "Ethnos"
pozwał dziennikarza do sądu, oskarżając go o zniesławienie. Jako świadek obrony
zeznawać miał Jannikos.
Ledeen opisuje błyskawiczną reakcję Sowietów: adwokat Anastasiego, który był
zatrudniony również jako doradca prawny ministra ds. młodzieży, wycofał się z
wystąpienia na rzecz swojego klienta niecałe dziesięć godzin przed rozpoczęciem
procesu, ponieważ zażądał tego jego szef; do Aten zjechał sam Wasilij Sitnikow,
dyrektor departamentu dezinformacji KGB, spec od operacji przeciwko NATO, by
prosić Jannikosa o wycofanie się ze składania zeznań, odwołując się do jego
rewolucyjnego sumienia i tłumacząc, jak ważny jest "Ethnos" dla sprawy
międzynarodowego komunizmu. Ostatecznie Jannikos nie pojawił się w sądzie,
ogłosiwszy, że nagle podupadł na zdrowiu.
Cierpienia starego komunisty
Anastasi pozostał więc osamotniony – głównym źródłem informacji podanych przez
niego w książce był wszak Jannikos i tylko on mógł potwierdzić ich prawdziwość.
Dziennikarz zachował wprawdzie kopie dokumentów obnażających początki
wydawnictwa Akadimos, lecz sąd, "nie kwestionując – jak pisał amerykański
lewicowo-liberalny dwutygodnik "The New Republic" – że oficjele sowieccy, z
którymi szefowie "Ethnosu" podpisali umowy handlowe i wydawnicze, byli agentami
KGB", domagał się dowodów na to, że obaj Grecy świadomie współpracowali ze
służbami. Nie pomogły nawet zeznania świadka obrony syna Jannikosa,
potwierdzające rozmowę Wasilija Sitnikowa z Jannikosem-ojcem.
Paul Anastasi został skazany na dwa lata więzienia. Po apelacji wyrok
zmniejszono do roku, potem złagodzono go do kary pieniężnej, by wreszcie nawet z
niej zrezygnować. Nie zmieniło to jednak faktu, że orzeczenie sądu w stosunku do
dziennikarza, który ujawnił prawdę, brzmiało: winny. A stary bolszewik Jannikos
twierdził na łamach "Wall Street Journal", że nie miał pojęcia, kim byli jego
sowieccy partnerzy w interesach.
"Ilu Bobolasów napłodziła Moskwa?"
Lata mijały, a Georgios Bobolas obrastał w majątek. Dostawał kontrakty rządowe
niezależnie od tego, kto był w Grecji u władzy. Dziś jest magnatem medialnym i
właścicielem stacji telewizyjnej "Mega" oraz kilkunastu gazet i magazynów.
W maju 2010 roku jego nazwisko pojawiło się na portalu www.grreporter.info w
czołówce listy dziesięciu najbogatszych ludzi w kraju. Majątek Bobolasa oblicza
się na 230 milionów euro, zarobionych nie tylko w mediach, ale również w branży
handlu nieruchomościami na całym Półwyspie Bałkańskim i Bliskim Wschodzie. Nie
pozostaje zatem nic innego, jak powtórzyć za Władimirem Bukowskim: "Można tylko
zgadywać, ilu takich Bobolasów napłodziła Moskwa w ciągu siedemdziesięciu pięciu
lat". I zapytać: Ilu takich Bobolasów – większych i mniejszych – żyje oraz
działa dzisiaj w Polsce?
Anna Zechenter
Autorka jest pracownikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w
Krakowie.
