„Lotnisko” zawiodło pilota

Dlaczego na obiekcie podległym MSW, niespełniającym formalnych
wymogów lotniska, załoga awionetki, w której zawiódł silnik, była bez szans na
przeżycie?

Niespełnianie wymogów ICAO, brak miejsca do wykonania awaryjnego lądowania –
na lotnisku Warszawa-Babice loty szkoleniowe w ogóle nie powinny się odbywać.
Pilot i uczeń, którzy we wtorek stracili tam życie, nie mogli liczyć nawet na
profesjonalnie przeprowadzoną akcję ratunkową.

Tragicznie zmarli w wypadku awionetki po stwierdzeniu problemów z silnikiem
próbowali wrócić na lotnisko, aby uniknąć awaryjnego lądowania pośród bloków.
Ryzykowali, aby nie narażać ludzi.

– Przemek był spokojnym człowiekiem i dobrym pilotem. To, co się stało, z
pewnością nie odzwierciedla jego umiejętności. Był wieloletnim instruktorem.
Dość powiedzieć, że jako instruktor miał wylatane około 3 tys. godzin. Wyszkolił
wiele osób. Mimo młodego wieku latał w EuroLOT na samolotach typu ATR, a
ostatnio na samolotach typu Airbus A320 w OLT Express – podkreśla w rozmowie z
"Naszym Dziennikiem" doświadczony pilot, przyjaciel tragicznie zmarłego w
katastrofie awionetki instruktora.

Przemysław Chaładaj, bo o nim mowa, był szefem wyszkolenia, instruktorem i
współwłaścicielem firmy TCS Aviation. "To nieodżałowana strata i prawdziwa
tragedia. Nasz ośrodek był spełnieniem marzeń Przemka, uwielbiał latać i
uwielbiał szkolić nowych pilotów. Cześć Jego pamięci" – czytamy w oświadczeniu
na stronach TCS.

W związku ze śmiercią pilota działalność ośrodka została zawieszona do
odwołania. Wypadek odnowił w środowisku lotniczym dyskusję na temat statusu
Babic. Jak wskazywano, ośrodek obsługuje dużą liczbę samolotów, ma sporą grupę
stałych użytkowników, odbywają się tam kursy lotnicze, ale nie ma np.
zabezpieczonego odpowiedniego miejsca do wykonania awaryjnego lądowania.

– Kontrowersje na temat tego, czy lotnisko Babice jest dobrym miejscem do
szkolenia, trwają od lat i ta katastrofa zdaje się wywoła szerszą dyskusję na
ten temat. Wydaje się, że przy tak dużym ruchu na tym lotnisku jak obecnie, rola
i status tego obiektu powinny zostać w końcu jasno określone, powinna np.
działać tam służba kontroli ruchu zarówno w dzień, jak i w nocy – wskazuje w
rozmowie z "Naszym Dziennikiem" jeden z doświadczonych pilotów.

Na zakręcie

W jego ocenie, wtorkowa katastrofa uwydatniła alarmująco poważne braki Babic,
bo sytuacja, w jakiej znaleźli się piloci, zmusiła ich do zawrócenia na
lotnisko. I choć w odniesieniu do różnych typów statków powietrznych są
ograniczenia do wykonywania tego rodzaju manewrów przy utracie ciągu, to
lotnicy, mając przed sobą osiedle, nie mieli wielkiego wyboru.

– W sąsiedztwie lotniska znajduje się osiedle i słuszną decyzją było, aby
odsunąć zagrożenie od tego miejsca. Piloci zawracali, ale ten samolot widać źle
się zachowuje przy zdławionym silniku i wykonanie takiego zakrętu wiąże się ze
sporą utratą wysokości i prawdopodobnie dlatego doszło do tej niepotrzebnej
tragedii – zauważa nasz rozmówca. Lotnisko Warszawa-Babice nie jest obecnie
ujęte w rejestrze lotnisk cywilnych, bo nie spełnia wymogów, ale wchodzi w skład
struktur podległych ministrowi spraw wewnętrznych. Obiekt znajduje się w
rejestrze lotnisk lotnictwa służb porządku publicznego i ma służyć głównie
policji. Babice są jednak szeroko udostępniane podmiotom lotnictwa cywilnego,
m.in. Lotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu, Aeroklubowi Warszawskiemu czy dość
licznym firmom prowadzącym szkolenie lotnicze, ale też tym prowadzącym
działalność niezwiązaną z lotnictwem (szkoły jazdy, wyścigi, koncerty). Obiekt
nie spełnia wymogów ICAO, posiada wydzieloną strefę ruchu lotniskowego
obejmującą przestrzeń wokół lotniska, w której zarządzający obiektem w
uzgodnieniu z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej oraz Urzędem Lotnictwa
Cywilnego określił procedury podejścia do lądowania, lotu po kręgu, trasy
dolotowe do lotniska i trasy odlotowe i obowiązkowe punkty nawiązania łączności.

Niedrożne wjazdy

Według informacji publikowanych przez zarząd lotniska Warszawa-Babice, na
obiekcie funkcjonuje jednostka ratownicza, w jej skład wchodzi dwuosobowa
załoga, która ma do dyspozycji pojazd bojowy (samochód marki Jelcz), 26 tys.
litrów wody ze środkiem pianotwórczym, podstawowy sprzęt ratownictwa
technicznego z ratowniczym zestawem hydraulicznym (nożyco-rozpierak, łańcuchy)
oraz piła do cięcia stali. Tyle że w dniu katastrofy – według relacji świadków
zdarzenia – nie zdała ona egzaminu. Z pożarem uporały się dopiero wozy
Państwowej Straży Pożarnej. Do tego, według relacji, akcja odbywała się z
kłopotami związanymi z nieudrożnieniem najdogodniejszych wjazdów dla służb
ratowniczych.

Do wypadku awionetki na warszawskim lotnisku na Bemowie doszło we wtorek w
godzinach południowych. 33-letni pilot instruktor i 37-letni uczeń małym
ultralekkim samolotem Liberty XL-2 ćwiczyli starty i lądowania (tzw. manewr
touch and go). Właśnie podczas kolejnego powtórzenia, tuż po starcie na
wysokości 30-40 m pilot zgłosił problemy z silnikiem i by wylądować, wykonał
manewr odchylenia w prawo, a następnie mocno w lewo. Jako że przechył samolotu
był duży, a maszyna nie miała wystarczającej prędkości, samolot uderzył w ziemię
i stanął w płomieniach. XL2 wykonany z kompozytów spłonął w kilka minut wraz z
pilotami, którzy nie zdołali opuścić samolotu. Ze wstępnych ustaleń wynika, że
obaj mężczyźni mogli zginąć już w chwili uderzenia w ziemię. Okoliczności
wypadku badają prokuratura oraz Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych.

Marcin Austyn

drukuj