Myśląc Ojczyzna – „Wymowny temat tabu”


Pobierz Pobierz

Szanowni Państwo!

Jak wiadomo, istnieją tak zwane „tematy niebezpieczne”. Nie tyle dlatego, by same przez się mogły ściągnąć jakąś przykrość na tego, który je porusza, ale przede wszystkim dlatego, że ich omawianie, zwłaszcza publiczne, może zagrozić jakimś szemranym interesom, albo czyjejś politycznej pozycji.
Jeśli niebezpieczeństwo nie jest wielkie, to tematy niebezpieczne można poruszać, ale w sposób kontrolowany, przy czym kontrolerami sposobu omawiania tematów niebezpiecznych są z reguły środowiska, których interesy mogłyby być zagrożone, albo dygnitarze, których pozycja mogłaby zostać osłabiona.
Jeśli natomiast niebezpieczeństwo jest uznane za wielkie, to tematy niebezpieczne staja się tematami tabu. Tematów tabu lepiej w ogóle nie poruszać nawet pod kontrolą, bo nigdy nier wiadomo, co może się wydarzyć. Jak pisał Antoni Słonimski – „poczciwy truizm, banał, z nagła dreszczem przebiegnie wam po grzbiecie lub szlochem skoczy wam do gardła”. W takiej sytuacji rzeczywiście lepiej trzymać gębę, jak to się mówi – na kłódkę, pamiętając o pełnej mądrości sentencji, że „milczenie jest złotem”.
Z tego zapewne powodu tematem tabu stała się w Polsce 135 rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Poza nielicznymi wyjątkami, do których należy wypowiedź Eustachego Rylskiego w „Rzeczpospolitej”, nie licząc oczywiście Telewizji „Trwam”, która tej rocznicy poświęciła cały wieczór, media całkowicie o niej zapomniały. Zapomniały – czy może potraktowały jako temat tabu, zgodnie z zasadą, żeby nie mówić o sznurze w domu wisielca?
Powstanie Styczniowe było chyba najbardziej beznadziejną, rozpaczliwą próbą odzyskania przez Polaków niepodległego państwa. Bez najmniejszych szans na zagraniczna pomoc, nawet bez szans na sympatię rosyjskich przeciwników cara, którzy w tym momencie poczuli głos narodowej solidarności.
Zdawać by się mogło, że wspomnienie rocznicy tak tragicznego, a jednocześnie patetycznego w swoim tragizmie wydarzenia, nikomu dzisiaj zagrozić już nie może. Dlaczego zatem podejrzewam, że milczenie wokół rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego nie jest zwyczajnym następstwem utraty historycznej pamięci u luminarzy polskiego dziennikarstwa i większości autorytetów moralnych, tylko – że ma ono charakter głęboko przemyślany i celowy, chociaż podszyty wstydem?
Spróbujmy zastanowić się, jakie przesłanie, jakie pouczenie przynosi nam dzisiaj 135 rocznica wybuchu beznadziejnego, rozpaczliwego i tragicznego Powstania Styczniowego? Ona sama niczego szczególnego, a przynajmniej niczego nowego by nam nie mówiła, gdyby nie kontekst momentu, w jakim przypada. Ten historyczny moment, to okres między podpisaniem 13 grudnia ubiegłego roku w Lizbonie przez premiera polskiego rządu i ministra spraw zagranicznych, w obecności prezydenta polskiego państwa Traktatu Lizbońskiego – a między jego ewentualną, pokątną ratyfikacją, do której przygotowuje się ponad podziałami zarówno rządowa większość parlamentarna, jak i opozycja.
Traktat Lizboński nie jest zwykłym traktatem, jakich dziesiątki podpisują niepodległe państwa. Traktat Lizboński jest traktatem szczególnym, bo proklamuje on powstanie europejskiego imperium pod nazwą Unia Europejska, do którego Polska ma zostać przyłączona, jako jego część składowa. Krótko mówiąc, Traktat Lizboński oznacza zgodę na rezygnację z niepodległości państwowej. Tę właściwość Traktatu Lizbońskiego usiłują ukryć przed europejskimi narodami jego autorzy i promotorzy, którzy również u nas w kraju nie cofają się przed żadnym kłamstwem.
I dopiero w tym kontekście lepiej rozumiemy przyczyny, dla których 135 rocznica wybuchu Powstania Styczniowego została uznana za temat tabu. Ta rocznica bowiem jest groźna przestrogą, ponieważ pokazuje, jak straszliwe mogą być konsekwencje utraty niepodległości i jak wielka cenę naród może zapłacić za jej ponowne odzyskanie. Ci, którzy albo z podłości, albo z małoduszności przygotowują się do pokątnej ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, wolą dmuchać na zimne i o rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego na wszelki wypadek lepiej nie wspominać. Któż bowiem może wiedzieć, jakie skojarzenia wywoła ona w polskich sercach? Może ta groźna przestroga „dreszczem przebiegnie” po niejednym grzbiecie, może wspomnienie tylu szlachetnych ofiar „szlochem skoczy” do niejednego gardła i ożywi sparaliżowane sumienia?
Dlatego „Gazeta Wyborcza” – ta tłusta plama na ciele polskiego dziennikarstwa, w demonstracji, jaka 19 stycznia odbyła się w Warszawie na rzecz przeprowadzenia referendum w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, dostrzegła tylko „faszyzm”, no i oczywiście – „antysemityzm”. Nie oczekujemy od „Gazety Wyborczej” ani tego, że w swoich publikacjach będzie kierowała się polskim interesem państwowym, ani nawet obiektywizmu. Takie oczekiwania byłyby naiwne, już nawet nie tyle ze względu na charakterologiczne właściwości ścisłego kierownictwa, ale przede wszystkim – ze względu na widoczny gołym okiem konflikt między majątkowymi i politycznymi celami części diaspory żydowskiej, a polskim interesem państwowym. Wydawałoby się jednak, że nawet w takich okolicznościach można od „Gazety Wyborczej” oczekiwać minimum przyzwoitości, ale okazuje się, że nawet tego nie można się doczekać.
Może jednak wspomnienie 135 rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego wzbudzi wyrzuty sumienia przynajmniej u części polityków, którzy w swojej pysze uznali się za właścicieli państwa, którego są przecież tylko czasowymi zarządcami? Może się opamiętają i pozwolą wypowiedzieć się narodowi w referendum, poprzedzonym wszechstronną kampania informacyjną, z udziałem zarówno zwolenników wyrzeczenia się niepodległości państwowej, jak i zwolenników jej zachowania?


Szczęść Boże!
Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj