Kontekst sytuacyjny to nie dowód
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem Ewy Błasik, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler.
Prokurator generalny Andrzej Seremet w wywiadzie dla "Gazety
Wyborczej" powiedział wczoraj, że polskie śledztwo może zakończyć się, zanim
Rosjanie zwrócą nam wrak Tu-154M i czarne skrzynki.
– Pan prokurator Seremet już kilka razy wypowiadał się publicznie w sposób
odmienny, aniżeli wynikało to z dokumentów śledztwa czy było uzasadnione
przepisami prawa. Mówię tu chociażby o ekshumacjach czy wykluczeniu przez
prokuraturę jednego z wątków śledztwa. Trzeba patrzeć na wcześniejsze wypowiedzi
tej osoby i brać pewną poprawkę co do nich. Według mnie, po tej wypowiedzi pan
Seremet powinien zastanowić się nad swoją rolą.
Dlaczego?
– Wydawało się, że w ostatnim czasie udało się wypracować wspólne stanowisko
środowisk politycznych, że skrzynki i wrak trzeba odzyskać. Po wypowiedzi
Seremeta jest duża wątpliwość, czy on pomaga temu śledztwu. Wyrządził nią
gigantyczną krzywdę całemu przedsięwzięciu, które polega na wymuszeniu na
Rosjanach zwrotu tych przedmiotów. Niezależnie, co sobie myśli pan prokurator
Seremet, w tej sprawie powinno być jedno i to samo stanowisko: polityków,
prokuratorów i urzędników państwowych, bo tylko ono mogłoby przynieść zamierzony
skutek. Słowa wysokiego urzędnika, jakim jest pan Seremet, Rosjanie bardzo
uważnie czytają. A te dają im sygnał, że w Polsce nie ma jednolitego stanowiska.
Można zamknąć śledztwo pomimo braku dowodu pierwotnego w postaci wraku?
– Oczywiście można powiedzieć, że formalnoprawnie nigdy nie dostaniemy tego
wraku i trzeba zamknąć śledztwo. Ale tak być nie powinno. Uważam, że śledztwo
dopiero wtedy winno być zamknięte, gdy sprowadzimy do Polski wrak i oryginały
czarnych skrzynek, włączymy je do sprawy i ponownie przebadamy. Tym bardziej że
przecież mogą być też żądania w postaci chociażby wniosków pełnomocników czy
samych rodzin o ponowne ich przebadanie czy opinie uzupełniające. Poza tym wrak
jest tu potrzebny ze względu na kwestię jego rekonstrukcji. Tę, którą przewiduje
prokuratura, uważam za niewystarczającą. Powinno się przeprowadzić normalną,
fizyczną rekonstrukcję tupolewa, taką, jaką zawsze przeprowadzają chociażby
Amerykanie, a nie tylko wirtualną.
"Słyszę: Seremet ma abdykować, bo nie wystarał się o wrak. Jak ktoś
wskaże formułę prawną, której nie użyłem dla odzyskania wraku i która byłaby
skuteczna, to choćby dziś z niej skorzystamy. Ale nikt jej nie wskazuje" –
powiedział prokurator.
– Formalnie prokuratura zrobiła to, co zrobić miała. Złożyła odpowiednie
wnioski, oparte na umowie polsko-rosyjskiej o wzajemnej pomocy prawnej, więc nic
nie można jej zarzucić w kwestii niedopełnienia obowiązków, przynajmniej ja na
ten moment nie widzę takiego zarzutu. Raczej te nasze adresy były kierowane do
rządu o wsparcie prokuratury, która – uważaliśmy – nie jest w stanie sama sobie
poradzić. Niestety, wypowiedź Seremeta burzy ten obraz prokuratury.
Spodziewał się Pan, że trzy miesiące po publikacji ekspertyzy
krakowskiego IES Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków
Lotniczych, powtórzy tezę o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie jako
pewnik?
– Dla mnie komisja Millera już dawno się skompromitowała, bo jej ustalenia są
niewiarygodne. Jej członkowie muszą mieć tego świadomość, dlatego z uporem
godnym lepszej sprawy próbują przekonać opinię publiczną, że jest inaczej, niż
my wszyscy wiemy. Próbują na siłę udowodnić tę swoją tezę, bo przyznanie się do
błędu jest zawsze rzeczą trudną. Wolałbym jednak, żeby panowie z komisji Millera
dyskutowali raczej o faktach, a nie swoim słowem – i niczym więcej –
przekonywali, że jest, jak jest. Wydaje się rzeczą nieuniknioną, by komisja
Jerzego Millera lub pan premier Donald Tusk – który jest dziś spadkobiercą tej
komisji, bo ta oficjalnie nie funkcjonuje – przedstawił całą ekspertyzę
Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego (CLK), ekspertyzę Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz dodatkowy dokument, który przypisał na
podstawie tzw. kontekstu sytuacyjnego generała Błasika do kokpitu. Chcę, żeby
pan premier powiedział, kto ten dokument sporządził, kto go podpisał i tylko
wówczas będziemy mogli rozmawiać o faktach. Na razie, jak mówię, mamy słowo
przeciwko faktom, bo te przeczą temu, co mówi pan Lasek.
Lasek twierdzi, że porównanie ekspertyz z odczytu MAK, ABW, CLK, KBWLLP
i Instytutu Sehna "jednoznacznie wskazuje, że wyniki tych prac są
komplementarne, a nie sprzeczne".
– Nieprawda, bo te opinie się wykluczają. W opinii sfabrykowanej przez komisję
Millera mamy określone zdania przypisane generałowi Błasikowi, a w tej
sporządzonej przez Instytut Sehna te same słowa przypisane są drugiemu pilotowi.
Trzeba tu pamiętać, że opinia fonoskopijna nie może się wykluczać, bo
rozpoznanie głosu jest jak rozpoznanie linii papilarnych. Głos każdego człowieka
jest inny, inna jest też jego ścieżka zapisu (fonogram), więc nie można się tu
pomylić w taki sposób. Pan Lasek mówi w wywiadzie, że ktoś był w kokpicie lub
okolicach kokpitu. W okolicach kokpitu mieści się chociażby salonka i przy
otwartych drzwiach do kabiny pilotów mikrofon, który się w niej znajduje, może
ściągnąć fragmenty rozmowy. Są one wtedy nieczytelne, nie wiadomo, kto co mówi,
bo osoby są za daleko, w odległości 3-4 metrów.
Wśród wypowiadanych fraz miało paść słowo "Tadek". Jerzy Miller
domniemywał, że chodzi o gen. Tadeusza Buka, dowódcę Wojsk Lądowych.
– Ale pan Lasek sam przyznaje w wywiadzie, że nie jest w stanie tego słowa do
niego przypisać. Rozmawiając o faktach, chciałbym, żeby pan Lasek poza tą opinią
fonoskopijną przedstawił argumenty na obecność gen. Błasika w kokpicie. Ja
bowiem jestem w stanie przedstawić takie dowody, które wykluczają jego w nim
obecność. Znam protokoły oględzin miejsca zdarzenia, znam także dokumentację
fotograficzną, która – na marginesie – jest w opłakanym stanie, nierzetelnie
sporządzona, zdjęcia nie są takie, jakie powinny być. Na podstawie protokołów
oględzin w żaden sposób nie mamy uprawnień, by twierdzić, że daną osobę
znaleziono w kokpicie. Warto zwrócić też uwagę, jak wyglądał kokpit w chwili
katastrofy. Nie mogę podawać szczegółów, bo jestem związany tajemnicą śledztwa,
ale chciałbym, by pan Lasek powiedział, w którym miejscu w kokpicie znajdował
się gen. Błasik. I na których zdjęciach, jakimi dysponuje prokuratura, to widać.
Lasek kryje się za stwierdzeniem, że nikt nigdy nie ujawnia tej
"kuchni", publikuje się jedynie ostateczne ustalenia.
– To bardzo wygodne stwierdzenie, w chwili gdy ich argumentacja w żaden sposób
się nie broni. Moim zdaniem, oni tym samym potwierdzają, że pośrednio przyznają
się do tego, że ich raport jest nierzetelny. Gdyby nie mieli nic do ukrycia, tę
"kuchnię" by pokazali. Tym bardziej że to nie była zwykła katastrofa i budzi
ogromne zainteresowanie opinii publicznej, i dotyka w bardzo szczególny sposób
konkretnych rodzin, chociażby rodziny pana generała Błasika. Obowiązkiem komisji
Millera jest podanie opinii publicznej informacji, jakie konkretne obrażenia
ciała wskazują na to, że dana osoba była w kokpicie, i zestawienie ich z danymi
o obrażeniach ciał innych ofiar katastrofy smoleńskiej. Śmiem twierdzić, że
obrażenia ciała, które miał pan generał Błasik, są charakterystyczne także dla
obrażeń niektórych innych ofiar katastrofy, co nie uzasadnia twierdzenia, że
były one w kokpicie.
Na pytanie, kto konkretnie rozpoznał głos gen. Błasika w kokpicie, Lasek
mówi, że "o zakresie ujawnienia wyników prac komisji zadecydował Prezes Rady
Ministrów".
– Skoro raport jest nie do podważenia, to niech pan premier Tusk ujawni, kto
rozpoznał ten głos, na jakiej podstawie, jakie badania ta osoba wykonała, które
pozwoliły jej ustalić, że to jest głos gen. Błasika. Ja rozumiem, że także dla
pana premiera Donalda Tuska jest to sytuacja niewygodna, ale to nie zwalnia go z
tego obowiązku. On nie jest osobą prywatną, tylko urzędnikiem państwowym,
premierem, i w sytuacji, w której mamy tak poważne wątpliwości, gdzie dokument
urzędowy nie może sam się obronić – powtarzanie jak mantrę jednego słowa szkodzi
wiarygodności tego rodzaju komisji. Prace tej komisji już nigdy, w innych
sytuacjach, nie będą wiarygodne, a przecież działa ona w imieniu
Rzeczypospolitej Polskiej. Reasumując, członkowie komisji Millera lub pan Tusk
powinni pokazać dokumenty, które przemawiałyby za ich tezą, lub przyznać się do
błędu i wyciągnąć z niego wnioski, by ich na przyszłość nie popełniać, oraz
przeprosić tych, których skrzywdzili. Oni jednak, jak widać, nie chcą przyznać
się do błędów, bo za wszelką cenę obstają przy swoim, nie podając żadnych
dowodów.
Lasek twierdzi, że ekspertyza Instytutu Sehna wskazuje na obecność w
kokpicie dwóch generałów.
– Moim zdaniem, ta argumentacja zeszła na poziom "rozmowy podwórkowej". Lasek
nie chce tu jednak budować kategorycznych sądów, pytanie, dlaczego wcześniej je
budował? Wszystko oparte jest jednak na zasadzie kontekstu sytuacyjnego. A
kontekst sytuacyjny to nie żaden fakt, dowód. Mylimy tu trochę jednak ciężar.
Równie dobrze mógłby pan mnie spytać, czy jestem w stanie udowodnić, że każdej
innej osoby poza załogą nie było w kokpicie. Jeżeli stwierdzamy kategoryczny
sąd, to powinniśmy mieć do tego konkretne fakty, argumenty, które za tym
przemawiają. W innym wypadku jest to dywagowanie – jak pana Laska – na takiej
zasadzie, że nie można wykluczać, że w chwili katastrofy generała nie było w
kokpicie, a stawianie takich tez jest po prostu nieuczciwe. Tak rozumując, nie
można też wykluczyć, że każdej innej osoby nie było w kokpicie. To tak jakby
przed sądem – nie mając żadnych dowodów – prokurator oskarżył pana o kradzież i
kazał udowodnić, że pan nie ukradł. W normalnym państwie organy państwa tak nie
funkcjonują, tak się nie stawia sprawy.
Pana zdaniem, eksperci z komisji Millera powinni ustosunkować się do tez
podnoszonych przez ekspertów współpracujących z zespołem Antoniego Macierewicza?
– Uważam, że dobrze by było skonfrontować tę wiedzę, spotkać się, porozmawiać,
czy na posiedzeniu zespołu Macierewicza, czy na jakimś szerszym panelu lub
komisji eksperckiej. Zainteresowanie opinii publicznej jest zbyt poważne, żeby
umywać ręce, nie chcieć rozmawiać, by funkcjonowały dwie odrębne teorie na temat
tragedii smoleńskiej. Jeżeli komisja Jerzego Millera nie ma nic do ukrycia,
jeżeli niczego się nie boi i uważa, że jej raport jest się w stanie bronić, nie
powinna uciekać przed konfrontacją z innymi ekspertami w publicznej debacie. Być
może udałoby się wówczas wypracować wspólne stanowisko. Ze strony panów
profesorów z zespołu Macierewicza widzę pełną otwartość i pewność odnośnie do
swoich tez. Oczywiście zastrzegają oni, że nie mają dostępu do pełnej
dokumentacji i chcieliby mieć możliwość ich uzyskania, co na razie nie jest
możliwe, bo ani komisja Millera, ani pan premier Tusk nie chcą im takich
dokumentów przekazać. Powtarzam jednak: dobrze by było taką konfrontację
zorganizować w interesie państwa polskiego i publicznym.
Dziękuję za rozmowę.
