Polska powstaje z kolan

Od dwóch miesięcy na ulicach polskich miast, a nawet miasteczek gromadzą
się ludzie, aby manifestować swój sprzeciw wobec nieprzyznania telewizji Trwam
miejsca na multipleksie. Manifestują zarówno ci, do których domów "katolicki
głos" docierał każdego dnia, jak i ci, którzy Telewizję Trwam oglądali
okazjonalnie lub nawet wcale. Wyszliśmy na ulicę, bo rząd Tuska, uderzając w
katolicką telewizję, rozpoczął walkę z Kościołem i wiarą. W tym samym czasie
Platforma Obywatelska zapowiedziała dalszy ciąg tej walki – stworzenie warunków
do usuwania lekcji religii ze szkół oraz finansowe uzależnienie Kościoła od
państwa. I stało się to, co w naszej katolickiej Ojczyźnie, Najwierniejszej
Córze Kościoła, stać się powinno – powiedzieliśmy "non possumus".

Przez ostatnie dwadzieścia lat, pomimo wielu powodów do protestów i
niezadowolenia, mimo że symptomy demontażu państwa widoczne były już od dawna i
mieliśmy tego świadomość, żadna "sprawa" nie wyprowadziła tylu ludzi na ulicę i
nie wywołała tak wielkich, narastających protestów, jak rozpoczęta przez
Platformę Obywatelską walka z Kościołem. Tysiące osób, które gromadzą się na
ulicach polskich miast, stają przede wszystkim w obronie katolickiej telewizji.
Nawet w sprawie wydłużenia wieku emerytalnego – sprawie niezwykle istotnej dla
każdego z nas – nie było masowych i tak zdecydowanych protestów.

Dziś nie tylko rządzącej Polską Platformie i jej mocodawcom, ale przede
wszystkim sami sobie pokazujemy, jak bardzo potrzebujemy telewizji, która mówi
naszym głosem. Stacji prezentującej nasz, katolicki sposób postrzegania świata,
będącej symbolem obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Świadczą o tym,
oprócz marszów, ponad dwa miliony podpisów złożonych do Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji. Co więcej, miasta takie jak Wejherowo, Kościerzyna, Malbork do15
kwietnia br. nie były świadkami demonstracji. Nie miały one tam miejsca nawet w
stanie wojennym, a dziś ich mieszkańcy organizują się w proteście przeciwko
dyskryminacji katolików i Telewizji Trwam.

W Piotrkowie Trybunalskim ostatnia demonstracja w 1861 r. była odpowiedzią na
brutalne stłumienie przez carskie wojska manifestacji patriotycznej w Warszawie.
Do kolejnej manifestacji w tym mieście doprowadziły wymierzone w katolików i w
Kościół działania rządu Donalda Tuska.

Zgodnie z sumieniem

Dziś przekonujemy się, jak ważne są dla nas święta wiara i Kościół, a nawet
rodzi się w nas poczucie dumy, że możemy stanąć w ich obronie, jak robili to
wielokrotnie na przestrzeni dziejów nasi przodkowie. Mamy teraz szansę i
możliwość, aby pokazać, że nasza wiara to nie tylko niedzielna Msza św. oraz
pacierz odmawiany rano i wieczorem w zaciszu domowym, ale także gotowość do jej
obrony, do poświęceń i odważnej manifestacji. Z autopsji wiem, że w
przygotowaniu wielu demonstracji, podejmując ryzyko utraty pracy, biorą udział
ludzie zajmujący ważne państwowe stanowiska, ludzie zatrudnieni w służbach
mundurowych, na wyższych uczelniach. Co więcej, zostałam poproszona przez jedną
z takich osób o napisanie tych słów. Ludzie ci postępują tak, jak nakazuje im
sumienie. Warto tu przytoczyć słowa ks. Franciszka Blachnickiego: "Posłuszeństwo
sumieniu jest drogą prowadzącą do wyzwolenia. Człowiek posłuszny owemu
wewnętrznemu głosowi – w duszy pozostaje wolny, nawet gdy znosi prześladowanie i
więzienie, natomiast ktoś, kto postępuje wbrew swojemu sumieniu – staje się
niewolnikiem…". Jakże ważne i trafne jest kolejne spostrzeżenie ks.
Blachnickiego: "Co by się stało, gdyby wszyscy ludzie – albo znaczna ich część w
Polsce – odmawiali systematycznie posłuszeństwa w oparciu o swoje sumienie, w
sytuacji gdy pewnych spraw nie można z nim pogodzić? Gdyby tak czynili masowo
żołnierze, funkcjonariusze MO oraz urzędnicy różnych resortów zmuszani do
egzekwowania niesprawiedliwych ustaw i zarządzeń? Gdyby tak czynili sędziowie,
nauczyciele, lekarze itp.? Wtedy sumienie w skali społecznej stałoby się mocą
dla wyzwolenia Narodu, a posłuszni mu ludzie byliby ostoją wolności!" ("Postsovieticum,
czyli nie wolno ci być niewolnikiem").
 

Potrzebujemy antidotum

Czas więc zadać sobie pytanie, kim chcemy być: niewolnikami niepewnymi swojej
przyszłości i przyszłości naszych dzieci oraz wnuków czy ludźmi wolnymi, którzy
sami kształtują własne życie. Musimy mieć świadomość, że upokorzyć można tego,
kto upokorzyć się daje, a zło rozprzestrzenia się tylko wtedy, gdy z nim
współpracujemy albo zachowujemy wobec niego bierność.

Stając w obronie Telewizji Trwam, wypełniamy swój obowiązek nie tylko wobec
Kościoła i Ojczyzny, walczymy nie tylko o nasze dziś, ale przede wszystkim o to,
kim będą nasze wnuki i prawnuki. Ksiądz Piotr Skarga upominał w "Kazaniach
sejmowych", że "…są pogrożenia Pańskie, które się nie iszczą rychło, ale aż na
potomstwie i synach grzeszących i ojców złych naśladujących".

Wszyscy widzimy, że we współczesnym świecie przy najlepszych chęciach
rodziców i najlepszym przykładzie płynącym z domów rodzinnych nasze dzieci
ulegają wpływom liberalnych mediów, "postępowych" programów nauczania oraz
wychowania, które realizowane są w szkołach. Ich postawy moralne i życiowe
wybory kształtuje wiele czynników, nierzadko sprzecznych z przekonaniami
rodziców. Wiedzą o tym także ci, którzy nie chcą przyznać Telewizji Trwam
miejsca na multipleksie, dzięki czemu katolicka telewizja mogłaby docierać do
wszystkich domów, stanowiąc antidotum na zatruwanie dusz. Dlatego nasza walka o
Telewizję Trwam ma wymiar nie tylko narodowy, ale też indywidualny; leży nie
tylko w interesie Polski, ale każdego z nas z osobna. Jest to także walka o
wizję człowieka w społeczeństwie, o to, czy w przyszłości podstawą jego
egzystencji będą silne moralnie i duchowo rodziny dające człowiekowi poczucie
bezpieczeństwa i miłości. Czy też żyjące własnym życiem i własnymi problemami
egoistyczne jednostki skoncentrowane na karierze zawodowej i osiąganiu kolejnych
sukcesów, w czym przeszkodą jest rodzicielstwo lub starość. To przecież w
liberalnych mediach widzimy ludzi, którzy – kreowani na idoli młodzieży –
pokazują, że wstyd, kultura osobista, przestrzeganie norm moralnych czy nawet
zwyczajowych są im zupełnie obce i za których jeśli nie rodzice, to dziadkowie z
pewnością muszą się wstydzić. Nie mam wątpliwości, że ludzie zaangażowani w
organizację demonstracji oraz ich uczestnicy tak widzą te zagrożenia, bo
przecież przychodzą na nie rodziny z dziećmi i bierze w nich udział wielu
młodych ludzi. Najlepszym przykładem jest rodzina państwa Wroszów z Wejherowa
licząca dwanaścioro dzieci, z których te starsze niosły podczas demonstracji
banner z napisem: "Żądamy koncesji cyfrowej dla TV TRWAM" i banner Krucjaty
Różańcowej w Intencji Ojczyzny. To właśnie ich ojciec, przemawiając w imieniu
Stowarzyszenia Rodzin Wielodzietnych, powiedział: "…w dzisiejszym, medialnym
świecie rodzina katolicka potrzebuje stacji telewizyjnej, która wspierałaby jej
wysiłki wychowawcze. Rodzina katolicka potrzebuje telewizji, która by nie
ateizowała, nie demoralizowała, nie szydziła z kapłanów i ludzi wierzących.
Potrzebujemy telewizji, którą można by włączyć naszym dzieciom bez obaw. Na
multipleksie musi znaleźć się miejsce dla naszej katolickiej Telewizji Trwam".

W trosce o fundamenty polskości

W walce w obronie Telewizji Trwam zjednoczyły się różne, czasem nawet
zwaśnione środowiska, pokazując, że pomimo pewnych różnic łączą nas wartości
katolickie. Przez wieki wartości te były fundamentem rozwoju i trwania naszego
Narodu. Na demonstracji w Gdańsku ze zdziwieniem zauważyłam osoby, które jeszcze
przed rokiem nie oglądały Telewizji Trwam, a nawet wyrażały o niej negatywne
opinie. Dziś widzą to zupełnie inaczej, dostrzegając, że ci, którzy tak
zawzięcie zwalczali toruńską stację telewizyjną, dążą do podcięcia korzeni, z
których wyrasta Naród Polski. Wobec tego nikt, kto twierdzi, że jest duchowym
uczniem Papieża Jana Pawła II, nie może być obojętny, wszak to Ojciec Święty
prosił: "Proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię
"Polska", raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością – taką, jaką
zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym – abyście nigdy nie zwątpili i nie
znużyli się, i nie zniechęcili – abyście nie podcinali sami tych korzeni, z
których wyrastamy". Kto dziś w naszym imieniu, jeśli nie Telewizja Trwam,
przeciwstawi się tzw. małżeństwom jednopłciowym, adopcji dzieci przez
homoseksualistów, usuwaniu krzyży z miejsc publicznych, mordowaniu dzieci
nienarodzonych, które powinny być przyszłością Narodu. Skąd młodzież dowie się,
że żołnierze podziemia antykomunistycznego byli bohaterami, jeśli nie będzie się
o tym uczyć w szkołach i na dodatek Seweryn Blumsztajn (jak miało to miejsce w
tym roku) w dniu Narodowego Święta Żołnierzy Wyklętych napisze na łamach "Gazety
Wyborczej", że byli oni zbandyconymi żołnierzami czasu wojny. Musimy pamiętać,
że to nikt inny, tylko my sami i nasze dzieci będziemy ofiarami społeczeństwa
opartego na antywartościach. A rachunek sumienia będziemy zdawać nie przed
dyrektorem zakładu, w którym jesteśmy zatrudnieni, ale przed Panem Bogiem.

Anna Kołakowska

drukuj