Nie pozwólmy się zastraszyć
Z Andrzejem Jaworskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia
Agnieszka Żurek.
"Żarty się skończyły" – powiedział ostatnio Donald Tusk. Te słowa
skierowane są do polityków opozycji czy do całego społeczeństwa?
– Donald Tusk zasłynął tym, że kiedy w nowej kadencji poczuł władzę, zaczął
walczyć ze wszystkimi i otwierać fronty, gdzie tylko było to możliwe. Na
pierwszy ogień poszedł Kościół katolicki. Pamiętamy słynne stwierdzenie
premiera, że skończył się czas klękania przed księżmi. Zostało to odebrane
jednoznacznie. W Gdańsku na patriotycznych Mszach Świętych przestali pojawiać
się politycy Platformy Obywatelskiej, a urzędnicy reprezentujący tę partię
zaczęli wpadać na coraz bardziej interesujące pomysły eliminowania Kościoła z
przestrzeni publicznej. Przypomnę tu choćby projekt wydania zakazu noszenia
emblematów chrześcijańskich w dużej firmie należącej do Skarbu Państwa. Kolejną
sprawą jest oczywiście kwestia wyrugowania w sposób administracyjny religii ze
szkół czy nawet próba wypowiedzenia konkordatu za pomocą mediów. Była to
operacja, jakiej świat dyplomacji do tej pory jeszcze nie doświadczył. Nawet w
Polsce za czasów komunistycznych czy też w innych krajach, których rządy nie
miały z demokracją wiele wspólnego, jeśli czyniono tego typu zabiegi, robiono to
raczej na drodze formalnej, a nie poprzez media. Jednym z elementów wojny z
Kościołem stała się także – o czym mówimy od dłuższego czasu – sprawa
nieprzyznania Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie. Możliwe, że
działania te nie ograniczą się do Telewizji, ale że kolejnym krokiem stanie się
na przykład odebranie koncesji Radiu Maryja. W tej chwili wydaje się nam to
nierealne, ale nie można przecież wykluczyć, że Platforma Obywatelska wprowadzi
także ograniczenia dotyczące wydawania prasy – na przykład "Naszego Dziennika".
To też jest możliwe.
Premier przestraszył się skali protestów społecznych?
– Kiedy premier dostrzegł skalę oporu społecznego wobec swoich działań i kiedy
zobaczył, że opór ten ma oparcie w opozycji, postanowił spróbować ją zastraszyć.
Nie jest to niczym nowym – w historii polityki nie brakuje przykładów ludzi
kreowanych na liderów niosących demokrację, którzy następnie okazywali się
dyktatorami. Można to zaobserwować chociażby na przykładzie Kaddafiego czy
Mubaraka. Każdy, kto profesjonalnie zajmuje się polityką, zna następstwa tego
rodzaju działań. Trzeba liczyć się z tym, że Donald Tusk otworzył w tym momencie
kolejną furtkę. Jej użycie będzie polegało na tym, iż opozycja, która w tej
chwili ma w Polsce bardzo mało do powiedzenia i jest traktowana jako "zło
konieczne", będzie miała jeszcze większe trudności. Nie zdziwię się, jeśli – co
już zapowiadali politycy Platformy Obywatelskiej – na wniosek nadgorliwych
prokuratorów niektórzy politycy opozycji będą zatrzymywani czy aresztowani.
Ostatnie wystąpienie Donalda Tuska można interpretować jako zapowiedź
stosowania tego rodzaju działań?
– Polacy są najbardziej inwigilowanym narodem Unii Europejskiej. Służby prawie
dwa miliony razy występowały o informację o naszych billingach czy treściach
rozmów i SMS-ów. Oznacza to, że co trzecia rozmowa Polaków jest podsłuchiwana
bądź też, że służby w inny sposób się nią interesują. Według mnie, mamy do
czynienia z rozpoczęciem dyktatury, której wprowadzenie nie zakończy się jednak
tak, jak chciałby tego Donald Tusk. W porównaniu z Kaddafim jest on
przysłowiowym "cienkim Bolkiem", a nawet Kaddafiemu nie udało się stłamsić
narodu.
Pogróżki pod adresem opozycji pojawiły się tuż przed ogólnopolskim
Marszem w obronie Telewizji Trwam.
– Tak. Donaldowi Tuskowi i jego urzędnikom wydawało się, że jeśli ta Telewizja
nie dostała koncesji, to jej widzowie będą siedzieli cicho, co najwyżej
pokrzyczą sobie trochę, ale nikt im w ich walce nie pomoże. Stało się jednak
zupełnie inaczej. W organizowanych do tej pory marszach wzięły udział już setki
tysięcy Polaków, a protesty nadal przybierają na sile. Tusk postanowił zatem
sięgnąć do metod stosowanych kiedyś przez Władysława Gomułkę i innych przywódców
komunistycznych – to znaczy uciec się do zastraszania społeczeństwa. Na pewno
nie uda mu się zastraszyć polityków Prawa i Sprawiedliwości – premiera Jarosława
Kaczyńskiego czy posłów, w tym mnie. Tuskowi może się jednak udać stłumić
aktywność pewnej części społeczeństwa. Niejeden człowiek może stracić ochotę na
"nadstawianie karku" i postanowić poczekać na rozwój wypadków.
Ci, którzy do tej pory protestowali, mimo gróźb pozostaną aktywni?
– Polacy pokazali do tej pory, że nie boją się Donalda Tuska, jego urzędników,
służb specjalnych, nad którymi Tusk sprawuje kontrolę, czy też prowokacji.
Polacy wychodzą na ulice. Nie ma właściwie dnia, żeby któreś ze środowisk nie
protestowało. Dotyczy to związkowców, przedstawicieli służb mundurowych,
drogowców, rolników, rybaków, pszczelarzy…
W warszawskiej manifestacji w obronie Telewizji Trwam biorą udział
zarówno politycy, jak i związkowcy, obrońcy życia czy przedstawiciele różnych
środowisk katolickich. Jest to zatem wyraz nie tylko sprzeciwu określonego
środowiska, ale także tworzenia się silnej wspólnoty.
– Ma pani zupełną rację. Podczas manifestacji w obronie dużych zakładów
produkcyjnych zwracałem uwagę na zjawisko polegające na tym, iż rządzącym jest
na rękę dofinansowywanie małych i średnich przedsiębiorstw i jednoczesne dążenie
do tego, aby duże przedsiębiorstwa dzieliły się czy upadały. W ten sposób bardzo
łatwo stłumić potencjalne źródła oporu. Wiadomo, że małym trudniej jest się
zorganizować. Z tego właśnie powodu zostały zlikwidowane duże zakłady – na
przykład przemysł stoczniowy. Wiem, jakie były naciski na próbę likwidacji
Stoczni Gdańskiej. Nie udało się jej zlikwidować dzięki olbrzymiej determinacji
z jednej strony śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, z drugiej – związkowców
"Solidarności" i mniejszych związków zawodowych działających w tej stoczni.
Także teraz w obronie wartości Polacy potrafią się zjednoczyć.
– PR-owcom Tuska wydawało się, że uda się im skłócić opozycję w taki sposób,
który spowoduje wzajemną nienawiść i brak wspólnego działania. Okazało się
jednak, że gdy chodzi o obronę konkretnych wartości, kiedy pojawiają się
zagrożenia, Polacy się jednoczą. Polacy widzą, że bez względu na to, jak mocno
jest opluwany Jarosław Kaczyński, codziennie przecież media liberalne "wylewają
na niego kubły pomyj", to te ataki tylko go wzmacniają jako lidera opozycji.
Poczucie obowiązku każe nam bronić grup, które są poszkodowane.
Nie mogę nie zapytać o sprawę Smoleńska. Dziś ukazał się wywiad Moniki
Olejnik z tzw. ekspertem, mistrzem sztuk walk wschodnich, panem Krzysztofem
Łozińskim. Krytykuje on wyniki badań komisji Antoniego Macierewicza i ustalenia
prof. Wiesława Biniendy. Próbuje jednocześnie podważać opozycyjną przeszłość
premiera Jarosława Kaczyńskiego, posługuje się określoną retoryką,
przedstawiając prezesa Prawa i Sprawiedliwości jako osobę próbującą wywołać
zamieszki społeczne. Wywiad ten ukazuje się tuż przed sobotnim marszem.
– My, ludzie wiary, z opowiadań biblijnych znamy już sytuację, kiedy władza
opłacała fałszywych świadków i sama powoływała fałszywych proroków. W tej chwili
mamy również ogromną liczbę takich fałszywych świadków i proroków: tych, którzy
są na stałym etacie – tak jak niektórzy redaktorzy TVN, i takich, którzy
pojawiają się od czasu do czasu i za judaszowe srebrniki są w stanie powiedzieć
wszystko. Polacy są jednak bardzo inteligentni i szybko orientują się, kto jest
kim. Myślę, że jest to najlepsza odpowiedź. Prawda zawsze zwycięży bez względu
na to, ile kłamstw będą "wylewali" redaktorzy z TVN czy innych mainstreamowych
mediów. Takie osoby, których wypowiedzi pani redaktor przytoczyła, nigdy nic nie
znaczyły i nie będą znaczyć. Takie wypowiedzi i kłamstwa jedynie pogrążają ich
we własnym środowisku.
Czy retoryka stosowana przez Donalda Tuska i przez wspierające go media
sugerująca, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią dążącą do wywołania wojny, ma
szansę powodzenia w społeczeństwie?
– Taka retoryka nie ma szans powodzenia. Ludzie widzą, że ta sytuacja przypomina
złodzieja, który krzyczy: "Łapać złodzieja!". Wiemy wszyscy, że Donald Tusk jest
już parę lat u władzy i tak naprawdę nie jest w stanie przedstawić żadnej
konkretnej propozycji naprawy funkcjonowania państwa, a tylko pogrąża je w
zapaści. Obywatele widzą z drugiej strony, że Prawo i Sprawiedliwość i jego
lider – Jarosław Kaczyński mają Program Rozwoju Kraju, konkretne rozwiązania,
które systematycznie przedstawiają i promują chociażby w tych mediach, które
jeszcze są wolne. Do tych mediów należą Telewizja Trwam, Radio Maryja czy "Nasz
Dziennik". Oczywiście są też tacy, którzy na skutek propagandy pójdą za
fałszywymi prorokami, ale ostatecznie jestem spokojny co do tego, jaki będzie
rezultat tych zmagań.
Według Pana, na co w tej chwili opozycja i środowiska niepodległościowe
powinny zwrócić uwagę?
– Zwróciłbym uwagę na dwie rzeczy. Na współczesną analogię z przewrotem, do
którego doszło w latach 80. na Wybrzeżu. Nie był on tak naprawdę przewrotem
związanym z żadnymi elementami ekonomicznymi, jak czasem próbuje nam się wmówić.
Był on zorganizowany w obronie niesłusznie pomówionej i zwolnionej z pracy śp.
Anny Walentynowicz. Obecnie sytuacja jest podobna. W pierwszej kolejności ludzie
nie protestują dziś w sprawach ekonomicznych. Oczywiście to także jest
podnoszone – wiele osób żyje na skraju nędzy, ledwo wiążąc koniec z końcem. Ale
tak naprawdę te wybuchy protestów dotyczą jednak spraw kluczowych, czyli
wolnościowych. I to jest istotne. Drugą rzeczą jest fakt, że Polacy dostrzegają
dziś konieczność wspólnego działania i zagrożenia, jakie niesie za sobą podział.
Jest on na rękę obecnej ekipie rządzącej. Nie służy Polsce.
Duch pierwszej "Solidarności" jest obecny na marszach w obronie
Telewizji Trwam czy też podczas protestów związkowców? A może musimy jeszcze
poczekać na obudzenie się społeczeństwa?
– Myślę, że społeczeństwo już się budzi. Możemy dostrzec wiele analogii z latami
80. Ówczesna władza nie spodziewała się konsekwencji, jakie zrodzą protesty.
Uważała, że protestują tylko wariaci. Dziś wobec opozycji używa się podobnych
słów: "oszołomy" czy "mohery". Społeczeństwo jest jednak bardzo roztropne. Ważne
jest także, że wśród protestujących są ludzie młodzi, którzy wierzą, że może być
inaczej.
Dziękuję za rozmowę.
