W drodze na szczyt
Rozmowa z Robertem Radwańskim, ojcem i trenerem Agnieszki, najlepszej
polskiej tenisistki.
Spodziewał się Pan, że Agnieszka tak szybko, bo już w marcu, wykona
ogromny krok do przodu i zostanie czwartą zawodniczką światowego rankingu?
– Ależ oczywiście, wierzyłem w to, a wiara, jak wiadomo, czyni cuda. Doskonale
wiedziałem, że Agnieszkę stać na miejsce na szczycie tenisowej hierarchii,
wiedziałem to już przed dwoma laty. Umówmy się: przez pewien czas nam nie
wychodziło, to znaczy nie potrafiliśmy do końca wykrzesać potencjału drzemiącego
w Isi. Mam tu na myśli zaprzepaszczone szanse, mecze, których nie można było
przegrać, a jednak tak się działo. Teraz, gdy Agnieszka wygrała wielki turniej w
Miami, awansowała na czwarte miejsce w świecie, wszyscy zadają sobie pytanie, co
jest przyczyną postępu. I znajdują: poprawiony forhend, bekhend, serwis. Moim
zdaniem Agnieszka jednak przede wszystkim wydoroślała. Stała się w pełni
dojrzałą kobietą, doskonale wiedzącą, czego chce, ze znakomitą, wyrazistą
osobowością, która wprowadziła ją na tenisowe salony, i to te z absolutnie
najwyższej półki. Dziś plasuje się tuż za podium, a niewykluczone, że w tym roku
zanotuje kolejny krok do przodu, i to znaczący.
Mówi Pan, że Agnieszka wydoroślała, dojrzała. To z pewnością prawda,
tyle że ów forhend i serwis też poprawiła.
– Poprawiła wszystko, każdy element tenisowej sztuki. Najbardziej znaczący
postęp można zauważyć w forhendzie, także serwisie, do tego wzmocniła się
ogólnie. Tak naprawdę zawsze umiała grać świetnie, ale długo nie potrafiła
stawiać kropki nad i. W dużej mierze zależało to od psychiki…
…która teraz staje się jej bronią.
– Zdobyła tenisowy tupet. Czuje się zdecydowanie swobodniej, jest pewniejsza
siebie, swoich umiejętności. Kiedyś lepiej grało się jej w meczach, w których
nie była faworytką. Lubiła atakować z cienia, zaskakiwać. Gorzej wypadała w
pojedynkach, w których kamery były na nią zwrócone i wszyscy oczekiwali od niej
wygranej. Jeszcze półtora roku temu potrafiła przegrać spotkanie, w którym w
trzecim secie prowadziła 4:1 i nagle stawała w miejscu. Prezentowała się dużo
lepiej od rywalki, grała lepszy tenis, a jednak coś jej uciekało. Miała jakąś
blokadę. Dziś radzi sobie o wiele lepiej, spokojnie znosi presję. Wydaje mi się,
że podobne wpadki będą się jej przytrafiały dużo rzadziej. Będą, to pewne, bo
nie jest maszyną, na pewno zdarzy się jej jakiś słabszy pojedynek, ale będzie
już tylko czymś epizodycznym. Mówiąc krótko, Agnieszka gra lepiej, bo
wydoroślała i dojrzała do tego. To cała tajemnica sukcesu.
Jako tata i jako trener bardziej cieszył się Pan po zwycięstwie
Agnieszki nad Marią Szarapową w 2007 roku podczas US Open czy w marcu w finale
turnieju w Miami?
– Trzeba podejść do tych spotkań inaczej, jak do odrębnych historii. Pierwsza
wygrana z Rosjanką była sensacją, potwierdzeniem, że Isia umie grać w tenisa.
Szczerze panu przyznam, że wtedy dawałem jej może 10 procent szans na sukces.
Była młodziutką zawodniczką, dopiero rozpoczynającą przygodę z wielkim sportem.
Teraz jest znana chyba w każdym zakątku świata, bo przecież tenis dociera
wszędzie. Przed finałem w Miami obstawiałem szanse idealnie równo, pół na pół.
Jedyne, w czym Agnieszka nigdy nie dorówna Szarapowej czy Wiktorii
Azarence, to warunki fizyczne. O ile jest jej przez to trudniej dostać się na
szczyt?
– Proszę zobaczyć, że w światowej czołówce 90 procent to są potężnie zbudowane
dziewuchy. Szarapowa, Petra Kvitova czy siostry Williams są wysokie, mają
muskulaturę, której może im pozazdrościć wielu mężczyzn. Zawodniczek drobnych,
filigranowych, poza Agnieszką, nie ma. Może Maria Kirilenko, ale to inna półka.
Reszta to tenisowe czołgi, nikogo nie obrażając.
Agnieszka ma za to inne atuty. Nie jest w stanie dorównać rywalkom w kwestiach
fizycznych, nigdy nie będzie taka silna jak Szarapowa, ale nie znaczy to, że
jest skazana na porażkę. Gra głową i z głową, technicznie, skrótami, często
zmienia rytm, zna cały wachlarz technicznych sztuczek, które cały czas stosuje.
Nie musi bombardować, nie musi robić "bum bum", nie musi stękać, by osiągać swój
cel. Jesteśmy z trochę innej szkoły, fakt, że po części wymuszonej z racji
takich, a nie innych warunków.
Czuje Pan satysfakcję, słysząc zewsząd zachwyty nad Agnieszką?
– Mam satysfakcję, słuchając polskich komentatorów, którzy, delikatnie mówiąc,
przez lata zachowywali się tak, jakby sukcesy Agnieszki nie były im po drodze.
Mam tu na myśli przede wszystkim komentatorów stricte tenisowych, którzy powinni
lansować dyscyplinę, a tymczasem strzelali sobie w kolano. Dla mnie było to
niezrozumiałe, wręcz skandaliczne, i to nie dlatego, że jestem ojcem i trenerem.
Nagrywamy prawie wszystkie mecze z udziałem Agnieszki, wszystkie zjadliwe opinie
mamy zapisane i wiem dobrze, co mówię. Myślę, zachowując wszelkie proporcje, że
ataki na Agnieszkę można było porównać do propagandy przeciw prezydentowi
Lechowi Kaczyńskiemu.
Kilka dni temu Agnieszkę nagle zaatakował Roman Kotliński z Ruchu
Palikota…
– I co ja mam powiedzieć? Ten pan stwierdził, że wiara Agnieszki jest
powierzchowna, bo nie wstydzi się mówić o swojej miłości do Jezusa, a nie zna
żadnej encykliki Jana Pawła II. Zapewne nie zna, jak to ujął. Skoro użył słowa
"zapewne", to nie wiedział, o czym mówi, bo opierał się tylko na swoich
domysłach i przypuszczeniach. Ja wiem, jak wierzy Agnieszka, i naprawdę żaden
pan Kotliński nie jest dla mnie autorytetem w tych kwestiach, wręcz przeciwnie.
Jako ojciec czuję jednak obowiązek obrony córki przed podobnymi ludźmi.
Agnieszka jest dziś wielką gwiazdą, czwartą tenisistką świata. Kiedy w
jej ślady pójdzie młodsza siostra, Urszula?
– Kiedy psychicznie do tego dojrzeje. Umiejętności ma, i to duże. Siła jej gry
tenisowej jest porównywalna, wręcz taka sama jak u Agnieszki, problem stanowi
jednak głowa. Głowa szalona, pełna pomysłów i za często spalająca się w
stresujących sytuacjach. Ula zbyt dużo przejmuje się przegranymi piłkami, nie
potrafi błyskawicznie o nich zapomnieć. Każdą nieudaną akcję rozkłada na
czynniki pierwsze, a rywalki to wykorzystują. Nie ma jeszcze tego tupetu jak
Agnieszka, nie jest w stanie zadać rozstrzygającego ciosu wtedy, gdy się o to
prosi. Niedawno grała z Karoliną Wozniacką, prowadziła 5:2 w secie i 40:15 w
gemie, potem miała jeszcze jedną piłkę setową, mogła mecz wygrać, bo w niczym
nie ustępowała przeciwniczce, a jednak przegrała. Przestraszyła się szansy i ten
strach przed wygraną jest jej bolączką. Ula później dojrzewa, ale nie
zapominajmy, że jest od Agnieszki młodsza. Przyszłość przed nią, jak tylko
przestanie przejmować się pewnymi niedogodnościami i sytuacjami kortowymi,
będzie lepiej. Dobrze.
Po tak dobrym początku sezonu, jakie są cele na dalszą jego część?
– A jakie mogą być? (śmiech) Agnieszka zaatakuje szczyt tenisowej hierarchii,
czyli pierwsze miejsce w światowym rankingu. Teraz czeka ją kilka turniejów, w
których bronić będzie dość skromnej liczby punktów, w przeciwieństwie do
wyprzedzających ją rywalek. Poza tym chcemy wreszcie wygrać któryś z turniejów
Wielkiego Szlema. Jaki? Agnieszka zawsze powtarza, że najlepiej czuje się na
wimbledońskiej trawie. Są jeszcze igrzyska olimpijskie. A Ula? Ma być w czołowej
"20" rankingu, proszę mi wierzyć, stać ją na to.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
