Plan minimum dla młodych
Sądzę, że ostatecznie nie będziemy obowiązkowo pracować do 67. roku życia:
twórcy tej koncepcji przegrali już w świadomości publicznej tę batalię, nawet
gdyby udało się w jakiś sposób uchwalić stosowne zmiany w ustawodawstwie
emerytalnym. Również wówczas znajdzie się dostatecznie dużo powodów, aby w
postępowaniu przed Trybunałem Konstytucyjnym przepisy te uznać za niezgodne z
Ustawą Zasadniczą, a ustawodawca, czyli w istocie rząd, będzie w tych sprawach w
pozycji defensywnej – raczej na straconej pozycji. Dlaczego? Chyba ze wszystkich
możliwych powodów. Gdzie więc tkwią najważniejsze błędy tej koncepcji?
Oczywiście nie tam, gdzie widzą je ci, którzy zdecydują o jej klęsce. Bo jak
zwykle bywało w historii, o sukcesach czy porażkach decydowały czynniki pozornie
drugorzędne. Jakie? Dam tu pierwszy z brzegu przykład: duża część pracowników
umysłowych zaliczających się, mówiąc w sposób staroświecki, do brzydszej części
populacji, faktycznie dziś pracuje dłużej niż do 65. roku życia i chce – jeżeli
zdrowie pozwoli – pracować nie tylko do 67. roku życia. Natomiast wymordowani
pracą fizyczną robotnicy nie chcą zmiany status quo. Są zbyt zmęczeni czy wręcz
wyniszczeni pracą, zwykle chorzy i brak im sił (epidemia chorób serca).
Natomiast gdy chcemy mówić o dylematach emerytalnych naszych pań, to zgadzam się
z poglądem, że na sam pomysł wydłużenia wieku emerytalnego o 7 lat wpadł ktoś,
komu opozycja jest winna dozgonną wdzięczność. To był błąd, czyli – cytując
cynicznego klasyka – coś gorszego niż zbrodnia. Każdy pracodawca wie, że
namówienie kobiet do znacznie krótszego niż siedem lat wydłużenia pracy po
przekroczeniu 60. roku życia jest czymś bardzo trudnym, nawet gdy ich emerytura
będzie "w dolnych partiach stanów niskich". Potwierdzają to znane badania na
temat pracy kobiet, które ukończyły już 55. rok życia. Wymęczone wychowaniem
najpierw własnych dzieci, potem wnuków, często obciążone opieką nad chorym
współmałżonkiem, nie chcą, nawet za "dobre pieniądze", pracować dłużej.
Niestety, nie jesteśmy ani zdrowym, ani tym bardziej silnym, umiejącym
podtrzymać swoje siły społeczeństwem, choć również dobrze wiemy, że nasze żony
nas przeżyją. Dlatego na dłuższą metę nic nie wyjdzie z oficjalnych pomysłów
wydłużenia wieku kobiet. Sugeruję więc wycofanie tego pomysłu i przyjęcie
chociażby bardzo rozsądnego pomysłu koalicjanta (3 lata krócej za każde urodzone
dziecko – proponuje również wychowywane, czyli adoptowane). Jeżeli nie, zrobi to
opozycja, występując w tej sprawie z inicjatywną ustawodawczości lub z wnioskiem
do Trybunału Konstytucyjnego.
A co rząd każdego kraju powinien zrobić, aby przeciwdziałać bankructwu
systemu emerytalnego? Przecież słusznie zauważa się, że spada i prawdopodobnie
będzie spadać ilość zatrudnionych, którzy płacą składki na ubezpieczenie
społeczne. I nie tylko dlatego, że nadchodzi niż demograficzny, spada dzietność,
a w dodatku "wychowane w wolnej Polsce" młode pokolenie ucieka stąd, "bo to nie
jest kraj dla młodych ludzi". Pragnę dodać pewną dygresję: od grubo ponad
trzydziestu lat uczę kolejne pokolenia warszawskich (i nie tylko) inteligentów i
mam szanse poznać ich myśli – również te, które nie są przeznaczone dla
"męczących zgredów". W ich oczach nasz kraj jest wciąż smutny i biedny, a przede
wszystkim brzydki. A w modzie jest "nie mieć złudzeń". Tu nie mamy wyjścia:
każdy rząd musi wreszcie podjąć trud stworzenia do końca wieku co najmniej 1 mln
200 tys. nowych miejsc pracy (plan minimum) dla ludzi młodych w małych miastach
i wsiach, a zwłaszcza na wyludniających się w przerażającym tempie Ziemiach
Odzyskanych. Jest to nie tylko możliwe, lecz wręcz konieczne, a udzielenie
rządowego wsparcia (tzw. pomoc publiczna) jest w tym zakresie w pełni
dopuszczalne, i to w bardzo wielu formach. Żeby to zrobić, oczywiście trzeba
przestać gadać o "upraszczaniu podatków", tworząc model wsparcia zwłaszcza
małych i średnich firm, gdzie przede wszystkim mogą powstać miejsca pracy. Być
może nasze elity są aż tak pochłonięte własnymi problemami, że nie są zdolne do
stworzenia tego rodzaju planu. Chcę wierzyć, że jednak są, chociaż jak zwykle
prawdopodobnie jestem bardzo naiwny. Ale przecież nie mamy innej racjonalnej
drogi. Bo tylko zatrzymanie emigracji młodego pokolenia i powrót jej istotnej
części uratuje nasz system emerytalny przed bankructwem.
Ponure jest to, że straszy się nas napływem obcokrajowców, choć już dawno są
oni zatrudniani w naszym kraju, i to w skali dużo większej, niż sądzą nasi
oficjele. Jeśli strach przed obcym jest aż tak duży, to może warto w programie
tworzenia nowych miejsc pracy zająć się również powrotem do kraju ludzi o
świadomości polskiej (Karta Polaka) ze Wschodu, a przede wszystkim z Zachodu, bo
tam znajduje się co najmniej milion młodych ludzi, którym można znów realnie
zaproponować życie nad Wisłą i Odrą. Ale to wszystko wymaga innej niż
"liberalno-konserwatywna" w naszym wydaniu świadomości rządzących, a tak
naprawdę ich głębokiej metamorfozy – żeby użyć powściągliwego określenia. W
ciągu najbliższych lat, a na pewno do końca tego dziesięciolecia stoją przed
nami, czyli obywatelami naszego kraju, a chyba również przed Polską diasporą,
dwa nadrzędne zadania: stworzenie wielu nowych miejsc pracy dla dorastających (i
już dorosłych) pokoleń naszych rodaków oraz zwiększenie dzietności rodzin
zamieszkujących nasz kraj, aby odwrócić grożącą nam katastrofę demograficzną. A
na to potrzeba pieniędzy, które można uzyskać tylko wtedy, gdy naprawimy
wreszcie nasz system fiskalny.
Prof. dr hab. Witold Modzelewski
Uniwersytet Warszawski, Instytut Studiów Podatkowych
