Egzorcyzmy wokół żydokomuny
O najnowszej książce Pawła Śpiewaka "Żydokomuna" jest coraz głośniej, co
można było przewidzieć, gdyż poruszył on "gorący" temat. Co ciekawe, głos
zabierają głównie publicyści, natomiast historycy wolą na temat tej publikacji
zachować wymowne milczenie. Przyczyna tego stanu jest prozaiczna: autorska
interpretacja historii á la Śpiewak ma istotny defekt: nie spełnia norm
warsztatu historycznego. Publicyści zwracają uwagę, że istotną wartością tej
książki jest swoiste odczarowanie terminu "żydokomuna", stygmatyzującego do tej
pory osoby, które odważyły się go użyć. W dobie panującej politycznej
poprawności to rzeczywiście pozytyw i akt odwagi (choć dyrektor Żydowskiego
Instytutu Historycznego raczej nie musiał obawiać się etykietki antysemity),
niestety jednak to za mało, aby książka zyskała uznanie jako rzetelne
opracowanie historyczne.
Fałszywe stereotypy
Główna teza pracy Śpiewaka brzmi: tytułowa "żydokomuna" była zjawiskiem
mitycznym, fałszywą plotką, która przez dziesięciolecia rzutowała negatywnie na
postrzeganie Żydów w Europie, a szczególnie w Polsce. Sam Śpiewak jednak nie
jest w stanie twierdzenia tego obronić, a opisując wydarzenia i fakty związane z
aktywnością komunistów żydowskiego pochodzenia, wielokrotnie tej tezie przeczy.
Więcej nawet, autor – zarzucając różnym osobom uleganie antyżydowskim
stereotypom – sam nie potrafi wyzwolić się z równie fałszywego stereotypu,
jakoby doświadczenie flirtu z komunizmem było uniwersalnym doświadczeniem
polskich Żydów. Być może wynika to z jego własnych traumatycznych doświadczeń i
hermetycznej jednorodności własnego środowiska – gdyż tylko takie osoby
spotykał. Obraża to jednak pamięć większości polskich Żydów i Polaków
żydowskiego pochodzenia, którzy z komunizmem nie mieli i nie chcieli mieć nic
wspólnego.
Innym fałszywym stereotypem lansowanym przez Śpiewaka jest "kato-endecki"
antysemityzm, zapożyczony od Jana Tomasza Grossa, którym próbuje tłumaczyć
wszystkie konflikty polsko-żydowskie. Niestety, nie zdobył się on na samodzielne
zbadanie tytułowej problematyki, nie pofatygował się do archiwów, ani nawet nie
odwołuje się do dokumentów. Można odnieść wrażenie, że pisze na podstawie
własnego przekonania i nie potrafi odnieść się do tematu z pozycji obiektywnego
recenzenta. Jest to zatem dość sprawnie napisana publicystyka historyczna, a nie
praca naukowa. Operuje w większości obiegowymi faktami i cytatami, które służą
mu do udowodnienia z góry założonej tezy, że głównym powodem angażowania się
Żydów w komunizm był antysemityzm. Niezbyt to oryginalne – w historiografii
anglosaskiej są setki podobnych publikacji, poczynając od lat 70. XX wieku.
Śpiewak pozuje jednak na odkrywcę i z powagą głosi, że widoczna
nadreprezentacja Żydów w ruchu komunistycznym podyktowana była tym, iż ten nurt
polityczny stał po stronie "słabszych, wyzyskiwanych, biednych". Komunizm był
więc dobry, a żydokomuna to postawa wyboru wyższych wartości etycznych – zły był
natomiast otaczający ich świat, "wrogi i antysemicki" (s. 142). W taki sam
sposób tłumaczy angażowanie się Żydów w UB i stalinowskie państwo terroru, jakim
była Polska "ludowa" (s. 205).
Podwójna mentalność
Śpiewak rozpoczyna swoje dzieło rozważaniami o światowej karierze "Protokołów
mędrców Syjonu". Nie pasuje to do sytuacji w Polsce, gdzie – inaczej niż we
Francji czy Niemczech – obecność ponad 3-milionowej rzeszy żydowskiej była
stałym elementem pejzażu. Żydów znano nie z antysemickich ilustracji, ale z
sąsiedztwa, ulicy, sklepu. Autor w ferworze udowadniania, że to "Protokoły…"
były wszędzie powodem antysemityzmu, zdaje się nie rozumieć, że akurat w Polsce
postawy antyżydowskie wcale nie musiały być sztucznie wywoływane jakąkolwiek
odgórną propagandą – ustną czy pisaną – obie społeczności żyły obok siebie w
dużych skupiskach i w toku wzajemnego obcowania konflikty były nieuchronne:
rozwijały się i wygasały. Zupełnie błędna jest jego teoria, że polski
antysemityzm ulegał radykalizacji jak samonakręcająca się spirala: były bowiem
okresy, gdy antagonizm polsko-żydowski narastał (to lata 1912, 1919-1920,
1936-1938), były, kiedy wygasał (1914-1918, generalnie lata dwudzieste, 1939).
Gdyby było tak, jak chce to zjawisko widzieć autor "Żydokomuny", antysemityzm,
od wojny bolszewickiej narastając z każdym kolejnym rokiem, doprowadziłby do
gorszego ludobójstwa niż niemieckie jeszcze przed wybuchem II wojny światowej.
Tymczasem nawet podczas wojny nic takiego jednak nie nastąpiło, przeciwnie,
wielu narodowców przed wojną nastawionych antyżydowsko, w czasie holokaustu
przyszło z pomocą Żydom, o czym świadczą pierwsze z brzegu przykłady: Jana
Mosdorfa, ks. Stanisława Trzeciaka, Witolda Rościszewskiego oraz medale Yad
Vashem dla Jana Dobraczyńskiego (Stronnictwo Narodowe), Edwarda Kemnitza (ONR)
czy Sławomira Modzelewskiego (NSZ).
Twierdzeniem na wyrost można uznać to, że żydowscy komuniści byli traktowani
jak odszczepieńcy, którzy zdradzili żydowski los (s. 11). Nie było jednak
słychać protestów, gdy o swej żydowskości przypomnieli sobie dawni stalinowscy
prokuratorzy, ubecy i propagandyści, którzy po 1968 r. trafili do Izraela i
gdzie indziej. Podobnie było w przypadku kata obozu w Świętochłowicach Salomona
Morela, który także znalazł tam bezpieczną przystań i już jako Żyd i obywatel
nowej ojczyzny nie musiał obawiać się ekstradycji do Polski. Zresztą wielu
podobnych mu komunistycznych zbrodniarzy próbowało, w większości skutecznie,
unikać odpowiedzialności, twierdząc, że oskarżenia są fałszywe, a oni sami są
ofiarami antysemickiej nagonki. Czy odszczepieńcem był też Eugeniusz (Gerszon)
Szyr, komunistyczny aparatczyk, wicepremier PRL, którego zaproszono w 1998 r. na
oficjalną uroczystą akademię z okazji marca ´68 w Teatrze Żydowskim w Warszawie?
Szkoda, że autor nie potrafił przeprowadzić poważnej analizy tej właśnie
niepokojącej podwójnej mentalności, starającej się pomieścić komunizm i żydostwo
w jednej osobie.
"Precz z białą gęsią"
Wiele miejsca Śpiewak poświęca emancypacji żydowskich mas i ich udziałowi w
życiu politycznym. Fakty te same w sobie nie były przez polską większość
postrzegane negatywnie, choć Śpiewak widzi to oczywiście inaczej (s. 36). W 1905
r. obawy Polaków wzbudził natomiast nie tyle udział Żydów w polityce czy też ich
samodzielność, lecz ich programowy brak zainteresowania sprawami polskimi, jeśli
nie wręcz otwarta wrogość w stosunku do Polski, czego przejawem było hasło
"Precz z białą gęsią!", które pierwszy raz pojawiło się w czasie demonstracji
polskiej i żydowskiej lewicy na placu Teatralnym 1 listopada 1905 roku. Warto w
tym miejscu odnotować przerażenie, jakie w Michale Sokolnickim, socjaliście o
poglądach niepodległościowych, wzbudził obraz żydowskich socjalistów
demonstrujących na ulicach Warszawy w 1905 r.: "Warszawa zobaczyła w dniu 1
listopada socjalizm. Dla wielu socjalistów, dla mnie między innymi, dzień ten
pozostał jak ciemny koszmar". Ale o takich faktach i reakcjach ludzi skądinąd
zupełnie niezainteresowanych antyżydowskością w książce Śpiewaka nie
przeczytamy. Kilka stron później musiał on jednak przyznać oczywisty fakt
rezolucji przeciwko niepodległości Polski przyjętej przez kongres Bund-u w
Zurichu w 1905 roku.
Śpiewak sporo miejsca poświęca Rosji, bo jego zdaniem tamtejszy antysemicki
klimat i pogromy miały stać się przyczynami połączenia się radykalnych
żydowskich outsiderów i ruchu socjalistycznego, co zaowocowało zjawiskiem
żydokomuny. Być może tak było, może to uproszczenie. I czy rzeczywiście byli to
outsiderzy, skoro jak sam pisze (s. 62), większość Żydów przyjęła rewolucję 1905
r. entuzjastycznie – nawet jeżeli bezpośrednio się w nią nie angażowali i nawet
jeżeli byli przeciwnikami socjalizmu. Autor nie zauważył natomiast, że w
odniesieniu do Polski zarówno socjalizm rosyjski, jak i większa część Żydów
uważała ten kraj za etnograficzny żart: dla nich Warszawa czy Łódź były miastami
rosyjskimi, częścią imperium carów, podobnie jak Białystok czy Wilno, nie mówiąc
nawet o Mińsku czy Kijowie. Tak pokazywała mapa i nakazywało myślenie
realistyczne – ale Polacy tego nie akceptowali i nigdy nie uznali swojej ziemi
za część Rosji. Dla Polaka przełomu wieku nawet te najbardziej odległe ośrodki
były uważane za polskie – wszędzie była obecna kultura polska i znajdowały się
zasiedziałe polskie społeczności (w Kijowie stanowili oni ok. 30 proc.
mieszkańców). Dla Żydów, nastawionych na Rosję, niepoczuwających się do związków
z Polską i jej nierozumiejących, więcej, nawet niezainteresowanych, żeby
zrozumieć, polskie odwoływanie się do przeszłości i hasła niepodległościowe były
nieporozumieniem i stratą czasu. Było w tym także coś z fanatycznego zachwytu
Rosją, o czym zresztą Śpiewak pisze (s. 70). Tak myśleli także ci, którzy
włączyli się w ruch socjalistyczny. W tym kontekście późniejsza wojna
polsko-bolszewicka – abstrahując od kontekstu poparcia przez nich Lenina i
Trockiego – mogła być przez Żydów widziana jako kłótnia w rodzinie, kolejny
bezsensowny bunt przeciwko Rosji.
Doprawdy zadziwić mogą opisy Śpiewaka o niezwykłej empatii i współczuciu
żydowskich aktywistów socjalistycznych z Warszawy czy Wilna z początku XX w.
wobec doli rosyjskich chłopów (których nigdy nie widzieli i nie poznali) –
natomiast nie było wśród nich zrozumienia dla spraw polskiego ludu, choć żyli
tuż obok Polaków. Trudno nie uznać, że pochodną tego stanowiska była późniejsza
linia polityczna komunistów w Polsce: w latach 20. i 30. głosili oni hasła
oddania Niemcom Górnego Śląska, Pomorza i Gdańska, Sowietom natomiast miały
przypaść tereny na wschód od tzw. linii Curzona. Takiego stanowiska nie da się
wytłumaczyć "negatywnym stosunkiem komunistów do Traktatu Wersalskiego", jako
niesprawiedliwego, co usiłuje uczynić Śpiewak. Stara się on zresztą umniejszać
rolę Żydów w strukturach KPP, dowodząc, że partia nie była całkowicie opanowana
przez Żydów, gdyż pozostawała w całkowitej zależności od Moskwy.
Podawane przez Śpiewaka dane statystyczne dotyczące udziału Żydów w ruchu
komunistycznym w latach 20. i 30. mają udowodnić, że Żydzi – jakkolwiek
stanowili znaczny procent, to jednak nie dominowali. Problem w tym, że dane te
są nieweryfikowalne. Przykładem jest twierdzenie: że w obozie odosobnienia w
Berezie "przetrzymywano pięciuset sześciu komunistów na ośmiuset trzydziestu
dwóch osadzonych" (s. 119). Tymczasem w monografii Berezy pióra Ireneusza Polita
(Toruń 2003) znajduje się imienna lista osadzonych tam 979 komunistów – skąd
więc swoje dane czerpał Śpiewak? Podobnie zresztą, gdy pisze, że 90 proc.
pracowników nielegalnych komunistycznych drukarni i powielarni stanowili
komuniści Żydzi. Spora część książki to opisy działalności i wewnętrznych
układów w KPP – skoro według autora Żydzi nie odgrywali w niej specjalnej roli,
po co zatem poświęca tym sprawom tyle miejsca? Na przyklad opiewa "poświęcenie i
twardość charakteru" członków KPP i dramat, jakim była likwidacja ich partii.
Autor nie wyjaśnił przekonująco przyczyn, które spowodowały na przełomie
wieków na ziemiach polskich tak widoczne i skuteczne przyciąganie Żydów przez
ruch socjalistyczny. Czyni to bowiem w odniesieniu do Rosji – nie Polski, gdzie
były zupełnie inne warunki. Ówczesna endecja, ruch wszechpolski, który odwoływał
się do tradycji I Rzeczypospolitej, państwa tolerancji dla różnych religii i
narodów (włączając w to samych Żydów), i nie występował jeszcze z programem
antyżydowskim, nie cieszył się w ogóle ich zainteresowaniem. Poza nielicznymi
jednostkami, osobami całkowicie spolonizowanymi, których należy traktować nie
jak Żydów, lecz Polaków żydowskiego pochodzenia. Czy więc widoczne odrzucenie
przez ogół Żydów sprawy polskiej nie przyczyniło się w istotny sposób do
powstania zalążków przyszłego konfliktu? Szkoda, że autor nie pokusił się o
wyjaśnienie tego problemu.
Jak Berek Joselewicz
Na szczęście nie dla wszystkich – o czym świadczy dość duży procentowo udział
młodzieży żydowskiego pochodzenia w Legionach Polskich. Nie wnikając bowiem w
różnice polityczne (w tym wypadku drugorzędne) między endecją a legionami, hasła
patriotyczne i reakcje ludzi były identyczne. Rzesze osób wywodzących się z
rodzin żydowskich wybrały nie żydokomunę, lecz polskość – ciekawe, że o tym
fenomenie dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego milczy. Pewnie nie
zetknął się z książką dr. Marka Gałęzowskiego "Na wzór Berka Joselewicza.
Żołnierze i oficerowie pochodzenia żydowskiego w Legionach Polskich" (Warszawa,
IPN, 2010). Byli bowiem Żydzi otwarci na polskość, uważający się za Polaków i
poczuwający się w potrzebie do "polskich obowiązków". Byli oni rzecz jasna nie
tylko w Legionach. Dla nich nie musiano przygotowywać obozów internowania w
Jabłonnie w 1920 roku. Należał do nich chociażby Stanisław Ostwind-Zuzga,
legionista I Brygady Legionów, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej i policjant.
W 1942 r. wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej, wraz z którą znalazł się w
strukturach NSZ. W maju 1944 r. w stopniu majora objął funkcję komendanta
powiatowego NSZ w Węgrowie, którą pełnił po wkroczeniu Armii Czerwonej.
Aresztowany przez UB w styczniu 1945 r., 2 lutego 1945 r. został skazany na
śmierć i stracony. Przykładów ludzi, którzy nie ulegli komunistycznemu
zaczadzeniu, było mrowie i nie dotyczy to tylko polonizujących się Żydów, ale
także tych pielęgnujących swą żydowską tożsamość: konserwatystów z Agudy czy
narodowych radykałów z Betaru (syjonistów-rewizjonistów). Po zajęciu przez
Sowietów Kresów Wschodnich RP w 1939 r. wielu z nich (jak np. Menachem Begin)
razem z Polakami trafiło do łagrów i na syberyjską zsyłkę.
Autor demonizuje endecję i jej antyżydowskie nastawienie, choć nie stanowi to
głównego wątku pracy. Zasadniczo ten obóz polityczny, także w latach 30., nie
miał antyżydowskiej obsesji ideologicznej, przynajmniej nie takiej, o jakiej
myśli Śpiewak. Gdyby tak było, to Dmowski wymyśliłby swoje ustawy norymberskie
na długo przed Hitlerem. Tymczasem nie zrobiono tego także po Hitlerze.
Kwestiami rasowymi się nie interesowano: Stanisław Stroński, mając żydowskie
korzenie, nigdy na ten temat nie usłyszał złego słowa, nawet wówczas, gdy w 1935
r. znalazł się wśród odsuniętej od władzy frakcji SN, która skonfliktowała się z
młodymi radykałami. W wytykaniu endekom i narodowym radykałom żydowskich
przodków specjalizowały się natomiast lewicowo-liberalne "Wiadomości
Literackie", a jednym z propagatorów tego rodzaju publicznych "donosów" był
Julian Tuwim.
Jeżeli gdzieś szukać ideowych fundamentów żydokomuny w Polsce, to właśnie w
kręgu tychże "Wiadomości" i skupionego wokół nich środowiska, które samo swoje
pismo przezywało "Jadą Moski Literackie". Ale ta sprawa nie wydała się autorowi
"Żydokomuny" interesująca.
Pogromy, których nie było
Opisując sytuację w Polsce po wojnie, Śpiewak w dużej części powiela schematy
komunistycznej propagandy, do których należała np. rzekoma "akcja pociągowa",
czyli zorganizowana operacja partyzantów niepodległościowych, którzy mieli
zatrzymywać pociągi i zabijać podróżujących Żydów. Nie jest jednak w stanie
wskazać miejsca jakiejkolwiek tego rodzaju akcji (s. 190). Chętnie natomiast
wymienia miasta, gdzie doszło do rzekomych "morderczych" pogromów. Gdyby znał
literaturę, zapewne byłby ostrożniejszy, gdyż kilka tego rodzaju przypadków
zbadano dokładnie, np. w Rzeszowie 11-12 czerwca 1945 r., gdzie w brutalny
sposób zamordowana została polska dziewczynka (sprawcą był Żyd); doszło co
prawda do zaburzeń społecznych, ale nie było ofiar śmiertelnych. Wypadek ten
zbadał dr Krzysztof Kaczmarski. Wydarzenia w Parczewie 5 lipca 1945 r. zbadał dr
Mariusz Bechta z IPN: partyzanci WiN w czasie ataku na miasteczko zlikwidowali
trzech Żydów ujętych z bronią w ręku, należących do paramilitarnej struktury
współpracującej z MO i UB, jeden z zabitych wręcz słynął jako prześladowca i
morderca członków AK.
Śpiewak jednak niechętnie wchodzi w szczegóły, zadowala się stworzonym na
własne potrzeby czarno-białym obrazem Żydów jako ofiar i Polaków – sprawców ich
nieszczęścia. Nawet jeżeli wymienia fakty działalności Żydów w komunistycznych
strukturach władzy, stara się pomniejszać ich wpływy i nie łączy ich z
prześladowaniami podziemia niepodległościowego. Terror komunistyczny i awans
społeczny Żydów, jak pisze: "przyjmowanych tak licznie na stanowiska państwowe
jak nigdy dotąd", to według niego niemal dwa różne światy. "Nie sposób wątpić,
że Żydzi ginęli nie dlatego, że mieli cokolwiek wspólnego z komunizmem, że
należeli do jakichś rządowych formacji, ale tylko dlatego, że urodzili się
Żydami" (s. 196). W ten sposób każdy zabity funkcjonariusz UB pochodzenia
żydowskiego, nieważne, jak strasznych czynów się dopuszczał, staje się
automatycznie ofiarą polskiego antysemityzmu. Dalej nawet posuwa się do
twierdzenia, że po wojnie zginęło więcej Żydów niż Polaków, co przychodzi mu tym
łatwiej, że książka pozbawiona jest opisu kontekstu, jakim było powojenne
powstanie antykomunistyczne 1945-1947.
Abstrahując już nawet od nieprawdziwości tego stwierdzenia, trudno nie
odnieść wrażenia, że dla autora liczą się przede wszystkim zbrodnie wobec Żydów
– te zaś popełnione przez samych Żydów stanowią wątek poboczny. Za szczególnie
istotne uważa plotki i powtarzane rzekomo z ust do ust opinie o tym, że "Hitler
jedno zrobił dobrze – wybił Żydów". Zdaniem Śpiewaka, tego rodzaju świadectwa są
bardzo rozpowszechnione – można je też, jego zdaniem, znaleźć w archiwach.
Niezwykła to pewność siebie, tym bardziej że przygotowując "Żydokomunę", nie
zrobił specjalnej kwerendy archiwalnej, a przynajmniej nie świadczą o tym
przypisy zawarte w książce. Są jednak świadectwa, których nie trzeba szukać w
archiwach – do takich zaliczają się np. opinie Marii Dąbrowskiej (o
jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno ją otwarcie posądzać o antysemityzm),
która utyskuje na bezkarność ubeków mordujących Polaków i samowolę żydowskich
komunistów. Śpiewak streszcza jej słowa, a następnie zbywa to stwierdzeniem o
uleganiu przez nią panice i stereotypom (s. 193).
PRL – nowa Judeopolonia
Swoistym kuriozum są ubolewania Śpiewaka, powtarzającego za Kazimierzem Wyką
(historykiem "nawróconym na marksizm" po 1945 r.), że polski obóz narodowy nie
zhańbił się kolaboracją w czasie wojny. Jakiż piękny argument mieliby wówczas
komuniści, a obecnie sam Śpiewak, mogąc kompromitować narodową prawicę
porównywaniem do Quislinga i zarzucając jej ideologiczną uległość wobec
niemieckich zbrodniarzy (s. 195). Niemal czuje się w tym żal, że ci "ohydni"
narodowcy ze Stronnictwa Narodowego, NSZ czy ONR walczyli z Niemcami i nieśli
pomoc ofiarom holokaustu. Nie przeszkadzało to jednak Śpiewakowi postawić w
jednym szeregu Obozu Narodowo-Radykalnego i Hitlera (s. 130).
Taka zasada zbiorowej odpowiedzialności za kolaborację mogłaby być użyteczna
(choć, według Śpiewaka, "niestety" nie jest) jako maczuga przeciwko endekom –
nie ma ona jednak zastosowania w przypadku realnej kolaboracji szerokich odłamów
Żydów z sowieckim okupantem. A zatem wysługiwanie się Sowietom nie
kompromitowało i nie może być uznawane za czynnik obciążający. W jego mniemaniu
zresztą, w przypadku Żydów w ogóle nie można mówić o kolaboracji z Sowietami –
ci wszyscy żydowscy funkcjonariusze aparatu terroru, prokuratorzy, politrucy,
propagandziści, ministrowie i urzędnicy niższych rang, których liczebność podaje
kilka stron dalej – to wszystko jednostkowe przypadki, zresztą nieistotne, bo po
wojnie był w Polsce antysemityzm. który powodował, że "nienawiść rasowa do Żydów
została podniesiona do rangi wojny narodowo-wyzwoleńczej" (s. 198). Śpiewak
sprawnie odwraca relację przyczynowo-skutkową, aby po raz kolejny obwinić o całe
zło w stosunkach polsko-żydowskich samych Polaków oraz Kościół katolicki.
Autor ma jednak pewien dyskomfort – w pewnym momencie stawiając pytanie,
dlaczego tak wielu komunistów żydowskiego pochodzenia znalazło się w powojennej
elicie komunistycznej, stara się znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Odrzuca
jednak wyjaśnienia najprostsze, takie np. jak instrumentalne wykorzystywanie
Żydów przez Stalina, którzy dobrowolnie stali się janczarami nowego okupanta.
Innym motywem mogła być chęć zemsty za doznane krzywdy i tragedię holokaustu – z
braku prawdziwych winnych kozłem ofiarnym stali się Polacy, Mazurzy, Ślązacy,
czyli wszyscy, którzy w czasie wojny mniej ucierpieli. Śpiewak woli jednak
psychologizować, uważa, że powojenny akces Żydów do komunistycznego aparatu
władzy wywołała ich "ogólna sympatia do powojennej lewicy", co jest swoistym
potwierdzeniem ich prokomunistycznych inklinacji. Podkreśla, że PKWN i wyrosłe z
niego rządy dawały Żydom ochronę przed antysemityzmem Polaków – tak jakby w 1945
r. polscy powstańcy walczący z sowiecką okupacją nie mieli nic innego do roboty,
jak tylko ściganie ocalałych Żydów. Według niego, powstająca PRL wydawała się
ziszczeniem mesjanistycznego marzenia Żydów o kraju sprawiedliwości i
równouprawnienia, co powodowało, że nie tylko utożsamiali się z "Polską ludową",
ale wręcz udział w rządzeniu nią uważali za swoje powołanie: "Może w mundurze –
pisze Śpiewak – albo w gabinecie rządowym mogli żydowscy towarzysze poczuć się
Polakami, wziąć kawałek odpowiedzialności za naród, który ich nie akceptował i
nie chciał. W głębi serca czuli się i chcieli być częścią narodu, z którym
związali swoje losy". A może, jeżeli już tak psychologizujemy, ci ludzie mieli
stać się nową elitą pojałtańskiej Polski, nową Judeopolonią, wyrosłą na
ubecko-politruckich korzeniach? Tym samym trudno zrozumieć, jak to się stało, że
według Śpiewaka nawet w "najlepszych czasach stalinowskich" życie w PRL było dla
żydowskich komunistów pasmem udręk, większych i mniejszych represji. A finałem
tego smutnego bytowania były "okrutne" czystki marcowe z 1968 r. i wymuszona
emigracja. Można podejrzewać, iż wielu Polaków, zwłaszcza byłych żołnierzy AK i
NSZ, którzy jeszcze w latach 60. odsiadywali wyroki z lat stalinowskich, nie
marzyło nawet o takiej "karze". Wyjazd nobilitował wielu marcowych emigrantów,
otoczył ich nimbem męczenników, a przy okazji umożliwił ucieczkę od
odpowiedzialności za zbrodnie.
Retuszowanie historii
Obsesją Śpiewaka jest twierdzenie, że przedwojenna Polska była państwem
antysemickim. Dla podparcia swoich teorii dopuszcza się modelowania cytatów. Na
przykład słynne stwierdzenie premiera Sławoja Składkowskiego z 1936 r. dotyczące
bojkotu sklepów żydowskich: "Walka ekonomiczna, owszem, ale krzywdy żadnej",
zamieścił w zupełnie zmienionej formie, która wypacza jego pierwotny sens:
"Bicie Żydów wykluczone, bojkot jak najbardziej wskazany" (s. 136). Tak więc nie
chodziło, jak starał się pokazać Śpiewak, o czynne poparcie bojkotu, ale o jego
tolerowanie. Podretuszowany cytat miał uzasadnić wymyśloną tezę o rzekomym
poparciu władz II RP dla akcji bojkotu ekonomicznego, prowadzonego przez
opozycyjne Stronnictwo Narodowe. Dalej, nie licząc się zupełnie z faktami,
posuwa się nawet do twierdzenia, że państwo polskie nie zatrudniało Żydów w
szkolnictwie, administracji państwowej, wojsku i policji. Jest to oczywista
nieprawda, gdyż ani przed 1926 r., ani tym bardziej później nie było w Polsce
przepisów, które ograniczałyby prawo obywateli do zatrudnienia z uwagi na
pochodzenie czy wyznanie.
Reasumując: lektura najnowszej książki Pawła Śpiewaka skłania do wniosku, że
nie sprawdził się on jako historyk. Nie każdy socjolog, nawet taki, który uważa
się za wybitnego, musi być równocześnie dobrym historykiem. Niemniej jednak
należy żałować niskiego poziomu tej książki, gdyż fenomen żydokomuny zasługuje
na rzetelną monografię. Zainteresowani będą musieli jeszcze na nią poczekać. Na
razie otrzymali stek wyświechtanych stereotypów wygenerowanych w środowiskach
żydowskich na Zachodzie i importowanych do Polski w ostatnich latach. Śpiewak
dał przykład publicystyki apologetycznej, gdzie w sposób tendencyjny stara się
umoczyć całe polskie żydostwo w komunizm.
Dr Wojciech Muszyński
historyk, redaktor naczelny kwartalnika "Glaukopis"
