Jak pięknie powstać po upadku
Tomasz Sikora – polski biatlonista wszech czasów. Jest pierwszym i
jedynym polskim mistrzem świata w tej dyscyplinie sportu. Pierwszym i jedynym
medalistą olimpijskim i liderem Pucharu Świata. Sportowcem doskonałym, przy tym
skromnym i bardzo dobrze wiedzącym, co znaczy upaść i powstać. Jest, ale o jego
karierze można już pisać i mówić w czasie przeszłym. Tomasz Sikora, nasz
najbardziej utytułowany biatlonista, zakończył przygodę ze sportem podczas
niedawnych mistrzostwa kraju w Wiśle-Kubalonce. – To była najtrudniejsza decyzja
w moim życiu – powiedział.
Urodził się 21 grudnia 1973 r. w Wodzisławiu Śląskim. Choć biatlon pojawił
się w jego życiu dość wcześnie, długo nie był pewien, czy będzie krótkim
epizodem, pasją czy też może czymś więcej. Na początku sport traktował bardziej
jako hobby niż zawód. Wiele, jeśli nie wszystko, zmieniło się w 1993 r. po
mistrzostwach świata juniorów. Bieg na 10 km ukończył bowiem na drugiej pozycji,
przegrywając jedynie z późniejszym mistrzem nad mistrze, legendarnym Norwegiem
Ole Einarem Bjoerndalenem. Wtedy przekonał się, że może w biatlonie nie tylko
się realizować, ale i odnosić wielkie sukcesy. Zaznaczmy jeszcze, że do sportu
przez duże "S" Sikorę wprowadzał Aleksander Wierietielny, ówczesny trener
reprezentacji Polski, dziś nierozerwalnie związany z Justyną Kowalczyk.
Szczyt, a potem upadek
Na kolejny, historyczny sukces musiał czekać zaskakująco krótko. To była
sensacja, której nikt się nie spodziewał, łącznie z samym zainteresowanym. 16
lutego 1995 r. we włoskiej Anterselvie sięgnął po tytuł mistrza świata,
wygrywając bieg indywidualny na 20 kilometrów. Świetnie wypadł na trasie,
jeszcze lepiej na strzelnicy, nie popełniając ani jednego błędu. Sam potem
przyznał, że przygotowywał się pod kątem tego jednego startu. Wiedział, że w
innych nie ma szans, dlatego skupił się na dwudziestce i zaryzykował. Z
fantastycznym skutkiem. Wydawało się wtedy, że zostanie polskim bohaterem
sportowej zimy na długie lata. To były czasy, w których o Adamie Małyszu i
Justynie Kowalczyk jeszcze nikt nie słyszał. Zima była zatem czasem sportowego
przestoju, bo nie mieliśmy zawodników gwarantujących najwyższy poziom i takowe
emocje. Sikora wkraczał na salony, ale… się potknął i boleśnie potłukł. Po
sukcesie przyszło załamanie. Porażki, najczęściej dotkliwe. Przez dziewięć lat
Sikorze ani razu nie udało się stanąć na podium Pucharu Świata czy wygrać
jakichś prestiżowych zawodów. Dziewięć lat! Jeśli już zdobywał medale, to tylko
na imprezach niższej kategorii. Przykładowo sześć razy sięgnął po krążki na
uniwersjadzie, ale to nie były wyniki, które go satysfakcjonowały. Był coraz
bardziej przygnębiony i sfrustrowany, tym bardziej że wiedział o talencie, który
w nim drzemie. O możliwościach, ponadprzeciętnych. Mimo to z nadziejami pojechał
na igrzyska olimpijskie do Salt Lake City (2002). Te błyskawicznie prysnęły, w
swym najlepszym starcie uplasował się na 25. miejscu. Wtedy spokojnie usiadł i
przemyślał przyszłość. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie skończyć kariery i
nie dołączyć do brata prowadzącego firmę blacharsko-dekarską. – Bardzo wiele
zawdzięczam rodzinie, która w tych trudnych momentach była dla mnie ogromnym
wsparciem. Najbliżsi zawsze mocno we mnie wierzyli, dodawali otuchy, podnosili
na duchu. Owszem, przez te długie lata porażek i niepowodzeń zapewne i oni
nieraz czuli się znużeni, być może zastanawiali się, czy nie byłoby lepiej,
gdybym pozostał w domu, ale nigdy nie dali mi tego odczuć. Nigdy nie usłyszałem
od nich złego słowa, wręcz przeciwnie. Byli za mną na dobre i na złe,
mobilizowali do dalszych treningów, mówili, że jutro będzie lepiej – opowiadał.
Turyn i żółta koszulka
W 2004 r. to lepsze jutro nadeszło. Sikora wyjechał do Oberhofu na kolejne
mistrzostwa świata i na swym ulubionym dystansie, 20 km, uplasował się na drugim
miejscu. Zdobył srebrny medal i na nowo odżył. Odzyskał nadzieję, choć gdzieś w
podświadomości nadal pojawiały się pytania. – Bałem się tylko, czy nie jest to
jednorazowe, czy tak jak było po pamiętnym roku 1995, zaraz nie przyjdzie
załamanie. Na szczęście tak się nie stało. Nabrałem pewności, że mogę, i to z
powodzeniem, walczyć z najlepszymi – mówił. Niedługo potem na Raubiczach na
Białorusi wywalczył też dwa złote medale (w biegu na dochodzenie na 12,5 km oraz
na 20 km), jeden srebrny (sprint na 10 km) i brązowy (4 x 7,5 km) mistrzostw
Europy. Zajął siódme miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ, po drodze wskakując
na podium kilku pucharowych zawodów.
Stał się naszym kandydatem do olimpijskiego podium w Turynie (2006). Chciał
tam zrealizować swe marzenie i zapomnieć o wcześniejszych igrzyskach w
Lillehammer, Nagano i Salt Lake City. Jako takie wspomnienia, i to niezwiązane z
rywalizacją, miał tylko z Norwegii, gdzie podczas ceremonii otwarcia niósł
biało-czerwoną flagę. Na sportowych arenach rozczarowywał. Podobnie rozpoczął
przygodę z Turynem, w pierwszych trzech startach plasując się daleko poza
czołówką. Została mu tylko jedna szansa, ostatnia, w biegu masowym na 15
kilometrów. Wykorzystał ją wspaniale, genialnie pobiegł, genialnie strzelał,
zajął drugie miejsce, osiągając największy sukces w karierze i historii
polskiego biatlonu. Obrazek z Sikorą, który mijając linię mety, płakał i czynił
znak krzyża, wzruszał i urósł do rangi jakiegoś pięknego symbolu wiary, która
faktycznie góry przenosi i niemożliwe czyni możliwym.
Po igrzyskach przyznał, że pozostało mu kilka wielkich marzeń, w tym jedno –
największe: zostać, choćby na jeden dzień, liderem Pucharu Świata. – Wśród
samych biatlonistów dużo większym szacunkiem cieszą się zawodnicy, którzy przez
cały sezon potrafią biegać na dobrym i bardzo równym poziomie – a nie ci
przygotowujący się pod kątem jednej, drugiej, trzeciej ważnej imprezy. Co za tym
idzie, wartość oceniana jest przez pryzmat całego sezonu. A nie ma co ukrywać,
trzeba być doskonale przygotowanym, by wytrzymać ten maraton trwający od
początku grudnia do końca marca. Niewielu to potrafi – tłumaczył i… wreszcie
się doczekał. 10 stycznia 2009 r. po sprincie w Oberhofie założył żółtą
koszulkę. Dzierżył ją długo, bardzo długo, ale na samym finiszu wyprzedził go
Bjoerndalen. W klasyfikacji generalnej uplasował się jednak na wspaniałym,
drugim miejscu, a jakby tego było mało, pod koniec roku został wybrany przez
środowisko biatlonistą 2009.
Biatlon, czyli nieobliczalność
– Kocham to, co robię. Po sezonie, gdy już dwa, trzy tygodnie odpoczywam i
nic nie robię, zaczynam źle się czuć, mój organizm przypomina, że czas wziąć się
do pracy i ostro potrenować. Myślę, że już do końca życia jestem skazany na
intensywny ruch i wysiłek. Biatlon jest moją pracą i wielką pasją zarazem. Co w
nim uwielbiam? Nieobliczalność. Pamiętam doskonale styczeń 2008 r. i pucharowe
zmagania w Oberhofie. Gdy na nie jechałem, przeczuwałem, że mogą być
najtrudniejszymi zawodami w mojej karierze. Byłem po trzytygodniowej chorobie,
osłabiony, z formą pod wielkim znakiem zapytania. Tymczasem wygrałem. Potem
pojawił się kryzys i to w momencie, gdy byłem pewien, że powinno być dobrze, z
górki. Biatlonista nigdy nie wie, co go spotka w następnym starcie, i to jest w
tym sporcie fascynujące. Poza tym lubię wysiłek, lubię czuć się zmęczony,
podejmować walkę z samym sobą i swoimi słabościami. Biatlon to dyscyplina dla
mądrych zawodników, którzy myślą na trasie, wiedząc, że na pewnych jej
fragmentach, czy też tuż przed strzelnicą, trzeba odpuścić, wyregulować oddech –
opowiadał przez lata.
Od 9 grudnia 1993 r. do 13 lutego 2011 r. 23 razy stanął na podium zawodów
Pucharu Świata. Pięć z nich wygrał. Sezon 2008/2009 zakończył na drugim miejscu
w klasyfikacji generalnej. Przez kilka tygodni był liderem cyklu. Zdobył dwa
medale mistrzostw świata, złoty i srebrny. Sięgnął wreszcie po ten najważniejszy
dla sportowca krążek, olimpijski – srebrny. W końcu jednak ta pasja zaczęła się
wypalać. Może to nawet złe słowo, bo biatlonu i rywalizacji nie przestał kochać,
ale przestał odnosić sukcesy. W minionym sezonie w ani jednym starcie nie
uplasował się na miejscu na miarę oczekiwań i nadziei. Od grudnia do marca
zdobył zaledwie 36 punktów i w klasyfikacji Pucharu Świata uplasował się na
fatalnym 72. miejscu. Podobnie wypadł na mistrzostwach świata. Uznał, że nie ma
już sensu ciągnąć tego wózka, bo jemu akurat nie przystoi zajmować tak odległych
lokat. – W tym sezonie nie potrafiłem już dać z siebie tyle, ile wcześniej,
walczyć na 100 procent możliwości. Zatraciłem zawziętość, agresję, a bez nich w
dzisiejszym biatlonie nie można liczyć na dobre rezultaty – uzasadnił decyzję o
zakończeniu kariery. Najtrudniejszą w życiu.
Piotr Skrobisz
