Sedno naszej wiary

Niedziela Wielkanocna. Okiem wiary widzimy zmartwychwstanie tego samego
Chrystusa, który trzy dni wcześniej został ukrzyżowany i który – właśnie poprzez
wyjście z grobu – pokazuje, że jest Chrystusem, Mesjaszem zapowiadanym przez
proroków i oczekiwanym przez lud Izraela. Wielu, także wśród wierzących,
zapomniało, że przez całe wieki w zestawieniu z Wielkanocą Boże Narodzenie było
świętem o mniejszym znaczeniu. A ilu z tych, którzy uczestniczą we Mszy Świętej,
pamięta, że niedziela (domenica) nazywa się tak (dies Domini – dzień Pański)
właśnie dlatego, że 52 razy w roku przeżywamy w tym dniu pamiątkę "dnia po
szabacie", w którym nastąpiło to Wielkie Wydarzenie?

Zmartwychwstanie fundamentem
Bez zmartwychwstania nie byłoby chrześcijaństwa, a Jezus zostałby zaliczony w
poczet kaznodziejów głoszących nadejście końca świata, którzy od zawsze obecni
byli w żydowskiej historii, często kończyli źle, a zawsze w zapomnieniu.
Ewangelie mówią jasno: po hańbiącej śmierci na krzyżu apostołowie, uczniowie,
kobiety – wszyscy, którzy uznali, że oto podążali za kolejnym fałszywym
prorokiem, spakowali swoje ubogie bagaże i ze zwieszonymi głowami opuścili
Święte Miasto, aby powrócić do rodzimej Galilei. Zupełny brak zrozumienia tego,
co się właściwie stało, manifestuje się w słowach dwóch uczniów zdążających do
Emaus. Nie wiedzą, że towarzyszący im nieznajomy to sam Jezus, który właśnie
zmartwychwstał. Mówią: "Mieliśmy nadzieję, że On wyzwoli Izraela". Mieli
nadzieję. A tymczasem od piątku, od godziny trzeciej, wszystko wydawało się
skończone na szafocie wzniesionym – ku przestrodze – niedaleko najczęściej
uczęszczanej bramy Jerozolimy. Sobota od zawsze w tradycji chrześcijańskiej była
dniem poświęconym Maryi, ponieważ tego dnia, po straceniu Chrystusa, pośród
zniechęcenia wszystkich wokół być może tylko Matka dochowała Mu wierności. Stała
się zatem ostatnim bastionem wiary, Tą, która mimo wszystko zachowała nadzieję.
Piszę "być może", ponieważ Ewangelie o tym nie wspominają.
Święty Paweł, autor charakteryzujący się stylem żywym i syntetycznym, mówi
wprost, ostrzegając chrześcijan w Koryncie: "Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał,
daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. (…) Jeżeli tylko
w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich
ludzi godni politowania" (1 Kor 15, 14.19).
Dlaczego trzeba dzisiaj przywołać te słowa? Po to, aby przypomnieć, na czym
opiera się wiara, której Benedykt XVI postanowił poświęcić specjalny rok. Po to,
aby na nowo poddać ją refleksji i na nowo odkryć. Nasza wiara jest prostsza, niż
się wielu wydaje. Zdają się o tym zapominać nawet członkowie Kościoła,
zanurzając się w gąszcz słów mówionych i pisanych, wywodów teologicznych i
wytycznych moralnych. Tymczasem wiara dla chrześcijanina jest tym i tylko tym:
"zakładem" (używając terminu Pascala, wielkiego człowieka wiary i wielkiego
matematyka) co do prawdziwości Ewangelii mówiących nam o pustym trzeciego dnia
grobie i o objawieniach Ukrzyżowanego trwających 40 dni. Przynajmniej raz ukazał
się On nie wąskiej grupie apostołów, ale "ponad 500 braciom", jak mówi św. Paweł
w tym samym miejscu, w którym podkreśla, że zmartwychwstanie jest tym, na czym
opiera się – bądź nie – cała nasza wiara. Świętemu Pawłowi wtóruje także św.
Piotr, który w jednym ze swoich listów pisze, że bycie chrześcijaninem nie
oznacza "postępowania za wymyślonymi mitami", ale przyjęcie na poważnie, aż do
końca (bez "jeśli" i bez "ale") opowieści o zmartwychwstaniu Jezusa zawartych w
Piśmie Świętym.
To są fundamenty. Cała reszta jest niczym innym jak tego konsekwencjami i
komentarzami na ten temat – ważnymi oczywiście, często wręcz zasadniczymi. Do
powrotu do tych właśnie fundamentów, do tej prostoty wzywał Joseph Ratzinger
przez całe ćwierćwiecze, kiedy sprawował urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary.
Teraz jako Papież także chce nam pomóc do nich powrócić, ogłaszając wspomniany
wyżej Rok Wiary. Wpisuje się to w tak drogi jego poprzednikowi projekt Nowej
Ewangelizacji, któremu obecny Papież zapragnął nadać formę instytucjonalną
poprzez powołanie specjalnie mu poświęconej Rady Papieskiej. Benedykt XVI nie
przypadkiem nieraz pozbawiał się cennych godzin snu po to, aby ofiarować nam nie
tylko księgi z dziedziny medytacji, duchowości i moralności, ale także
trzytomowe dzieło na temat Ewangelii i ich wartości historycznej.
Chrześcijaństwo nie jest systemem filozoficznym, etyką, kulturą czy zbiorem norm
życiowych – skądinąd słusznych. Jest oczywiście także i tym, ale jedynie w
sposób pośredni. Jego źródło natomiast to prawdziwa historia osiągająca swój
punkt kulminacyjny w zmartwychwstaniu. Ktoś zauważył, iż gdyby w wyniku jakichś
przeciwności losu Ewangelie zostały ograniczone do kilku zaledwie papirusów,
gdyby zagubiono całe nauczanie moralne Jezusa, gdyby nie zachowały się
przypowieści ani relacje o cudach, chrześcijaństwo mimo wszystko mogłoby istnieć
– dopóki pozostałaby ta gałąź nauczania, którą Tradycja nazywa Misterium
Paschalnym, czyli opowieścią o męce, śmierci i wreszcie o zmartwychwstaniu.
Stracilibyśmy wiele, tracąc dwie trzecie Ewangelii, ale to, co najważniejsze,
pozostałoby niezmienne, dając nam podstawy wiary.

Wyjdźcie z grobu niewiary
Wiara w Boga wydaje się napotykać dzisiaj poważne trudności – przynajmniej na
Zachodzie. W mniejszym stopniu dotyczy to Afryki czy Azji, ale statystyki nie
powinny wprowadzać nas w błąd – kto lepiej pozna sytuację tych kontynentów,
staje się mniejszym optymistą. Książki na ten temat wypełniają całe biblioteki,
liczne instytuty socjologiczne potwierdzają na przykład, że także te kraje,
które jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważane były za głęboko zakorzenione w
wierze, dziś się laicyzują. W państwach i regionach takich jak Irlandia,
Hiszpania, Portugalia, Brazylia, Flandria, Bawaria, Veneto, Bretania czy Quebec
mniej osób niż choćby kilkadziesiąt lat temu przyznaje się do wiary,
przynajmniej publicznie. Nawet Polska może się zachwiać pod wpływem tsunami
niesionego przez ideologię konsumpcjonizmu, która napłynęła tam z Zachodu.
Pewne zjawiska dają do myślenia: spadkowi, gdzieniegdzie gwałtownemu,
przynajmniej niedzielnej praktyki uczestniczenia we Mszy Świętej oraz
zmniejszeniu się liczby powołań towarzyszy z kolei boom pielgrzymkowy zarówno do
sanktuariów maryjnych, jak i miejsc kultu świętych – takich jak na przykład
Ojciec Pio. Często tych, którzy nie uczestniczą już we Mszach Świętych, można
spotkać modlących się na kolanach w Lourdes, w Medjugorie, w Fatimie, w San
Giovanni Rotondo czy w Bazylice Świętego Piotra przy grobie błogosławionego Jana
Pawła II. Także coraz mocniej zaznaczająca się w Europie obecność islamu
inspiruje chrześcijan do odkrywania na nowo ich własnej tradycji religijnej.
Może to mieć niespodziewane skutki. Książki poświęcone tematom religijnym,
nieraz z opracowań, na które nie zwracano z początku większej uwagi, stają się
bestsellerami. Podczas gdy zmniejszenie liczby powołań zakonnych wśród sióstr
jest faktem – chociaż być może nie tak nagłośnionym jak spadek liczby powołań
kapłańskich – to jednak nie dotyczy ono zakonów kontemplacyjnych. Liczba kobiet,
które wybierają ukryte i trudne życie za klauzurą, rośnie.
Tylko Bóg zna przyszłość. Tym, co może zrobić historyk, jest przypomnienie
faktu, że śmierć chrześcijaństwa ogłaszano już nieraz. Chrześcijanie mogą uczyć
się od swojego Mistrza, w jaki sposób opuścić grób, w którym "świat" chciał
pochować Zbawiciela na zawsze.
 

 

Vittorio Messori

tłum. Agnieszka Żurek

Autor jest pisarzem, dziennikarzem i publicystą katolickim. Owocem jego rozmów z
Janem Pawłem II jest książka "Przekroczyć próg nadziei" (1994), a z ks. kard.
Józefem Ratzingerem "Raport o stanie wiary" (1984)

drukuj