Nie przegrał żadnej bitwy
Z końcem lat 70. prawie osiemdziesięcioletni gen. Stanisław Maczek wręczył
Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II swoje wspomnienia. "Podczas audiencji generalnej
papież podszedł do nas – napisał o tej chwili. – Miałem egzemplarz mojej
książki, podałem go papieżowi, a wtedy Jan Paweł II spojrzał na mnie z wyraźnym
zainteresowaniem i zapytał: "Generał Maczek?". Po chwili powiedział:
"Oczywiście, generał Maczek, kawał naszej historii…"".
Nazwy "Maczków" nie ma dzisiaj na żadnej mapie, choć miejsce to zapisano w
świadectwach urodzenia prawie pięciuset Polaków. Maczków – skrawek Polski na
północy Niemiec – istniał od 1945 do 1948 roku. Mieszkali w nim żołnierze 1.
Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.
Mieli wówczas za sobą lądowanie latem 1944 r. we Francji i udział w
największej morsko-desantowej operacji w dziejach świata opatrzonej kryptonimem
"Overlord". Miesiącami przebijali się ku terytorium III Rzeszy, walcząc z
doborowymi jednostkami niemieckimi.
Przed sobą nie mieli żadnej przyszłości. Konferencja jałtańska pozbawiła
większość z nich możliwości powrotu do Polski, zaś plany nowego życia na
emigracji rysowały się bardzo mgliście. Nie wiedzieli, gdzie przyjdzie im się
dalej tułać.
Pierwsi pancerni
Stanisław Maczek urodził się 31 marca 1892 r. w Szczercu pod Lwowem, na
terenie zaboru austriackiego, po wybuchu I wojny światowej został wcielony do
armii austro-węgierskiej, w której szeregach walczył na froncie włoskim.
Zakończenie wojny 11 listopada 1918 r. zastało go wysoko w Alpach. Tego samego
dnia zdezerterował, by przedostać się do Krakowa i wstąpić do formującego się
Wojska Polskiego. Granice młodego państwa nie były jeszcze ustalone, z czego
skorzystali Ukraińcy, zajmując zamieszkałą przez Polaków Galicję Wschodnią.
Stanisław Maczek walczył o te tereny podczas wojny ukraińsko-polskiej 1918-1919
roku.
Wówczas zorganizował nowoczesny oddział wzorowany na jednostkach austriackich
– tzw. lotną kompanię szturmową. Jednostka ta wyposażona w wozy konne z ciężkimi
karabinami maszynowymi oraz moździerzami była o wiele bardziej mobilna niż
piechota i zawsze gotowa do błyskawicznego przerzucenia w potrzebne miejsce na
froncie. Stanowiła swego rodzaju pierwowzór formacji pancernej, ponieważ miała
podobne możliwości bojowe. Ze swoją "lotną kompanią" Maczek bronił kraju podczas
najazdu bolszewickiego w 1920 roku.
W dwudziestoleciu międzywojennym był między innymi szefem wywiadu i
kontrwywiadu na placówce we Lwowie – miejscu o wielkim znaczeniu dla polskiej
obronności, bowiem przez granicę wschodnią przedostawali się bolszewiccy
szpiedzy oraz bandy dywersyjne.
Rok przed wybuchem II wojny światowej Stanisław Maczek zaczął dowodzić
pierwszą w Polsce wielką jednostką motorową – 10. Brygadą Kawalerii
Zmotoryzowanej, która wzięła później udział w obronie Lwowa przed Niemcami. Po
wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 r. przejechał wraz z całą brygadą przez
granicę na Węgry i dotarł do Francji. Tam w 1940 r. bił się z Niemcami na czele
swojej jednostki, aż otoczony przez Wehrmacht wydał żołnierzom rozkaz
zniszczenia reszty sprzętu i przedzierania się małymi grupkami do Marsylii, a
następnie do Wielkiej Brytanii. On sam dotarł tam – przebrany za Araba – przez
Tunis, Maroko, Portugalię i Gibraltar.
Kiedy przyjechał do Londynu, jego żołnierze przebrali go już na dworcu
kolejowym w czarną skórzaną kurtkę i beret pancerniaka. Niebawem zaczęło się
formowanie w Szkocji nowej wielkiej jednostki pancernej pod jego dowództwem – 1.
Dywizji Pancernej, liczącej około 16 tys. żołnierzy, prawie 400 czołgów, 500
dział i 5 tys. innych pojazdów mechanicznych.
Kiedy nadszedł dzień inwazji
Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila: inwazja na kontynent w ramach
operacji "Overlord" rozpoczętej lądowaniem w Normandii w czerwcu 1944 roku.
Dywizja włączona do kanadyjskiej 1. Armii lądowała w Normandii od 1 do 3
sierpnia 1944 r. – właśnie wtedy, gdy w Warszawie wybuchło powstanie. Wiadomość
ta wywołała ogromne poruszenie, ale i lęk o stolicę, gdzie za broń chwycili –
zdaniem żołnierzy Maczka – ludzie nieprzygotowani do walki. Trudno było
czołgistom szkolonym w specjalnych ośrodkach wyobrazić sobie przygotowanie armii
do boju w warunkach podziemnych.
Podkomendni Maczka poczuli, że właśnie na nich jako zdolnych do walki z
niemieckimi siłami spoczywa ciężar polskich wysiłków wojennych. Nasłuchiwanie
wieści z Warszawy przerwał rozkaz natarcia w okolicach Caen, gdzie wcześniejsze
ataki Kanadyjczyków rozbiły się o twardą obronę niemiecką.
Bili się twardo
Maczek miał wiele zastrzeżeń do planów powstałych w sztabie, był jednak
zobowiązany do wypełniania rozkazów kanadyjskich przełożonych. Równocześnie nie
mógł pozwolić na to, by z trudem utworzona jedyna polska dywizja pancerna
została źle wykorzystana i rozbita. Zgłosił zatem swoje korekty, ale spotkał się
z odmową.
6 sierpnia 1944 r., w przeddzień wyruszenia na front, wydał rozkaz: "Idąc do
pierwszej bitwy, będziemy żądali rachunku za całe pięć lat tej wojny – napisał.
– (…) Bijcie się tak, jak bił się zawsze żołnierz polski w ciągu całej naszej
historii. Bijcie się twardo i po rycersku. Niechaj za zaszczyt walczenia z nami
Niemcy zapłacą obficie własną krwią".
Ruszyli więc i bili się pod francuskim miastem Caen, a potem powstrzymywali
Niemców wyrywających się z kotła pod Falaise w Normandii. Przez trzy dni i noce
ginęli okrążeni przez dywizję pancerną SS na wzgórzach Mont Morel, które nazwali
"Maczugą". "Pozostawaliśmy na Maczudze osamotnieni, pozbawieni jakichkolwiek
dostaw i nieustannie atakowani – wspominał podchorąży Jan Winczakiewicz. –
Mieliśmy świadomość, że nikt nie uzupełni nam amunicji. Nasi ranni koledzy
leżeli na polanie, pojękując i gorączkując, czekali na zmiłowanie Boże lub
umierali". Utrzymali się tam aż do nadejścia 21 sierpnia oddziałów kanadyjskich.
Po przełamaniu obrony niemieckiej w Normandii 1. Dywizja Pancerna ruszyła w
pościg za Niemcami. Przeszła granicę belgijską, bez wsparcia artylerii zdobyła
historyczne miasto Ypres. W ciągu dziewięciu dni pokonała czterysta kilometrów.
Po ciężkich walkach żołnierze gen. Maczka zdobyli Gandawę, stolicę belgijskiej
Flandrii.
"Zbyt wiele gruzów"
W połowie września weszli do Holandii, gdzie dzięki manewrowi oskrzydlającemu
zaplanowanemu przez gen. Maczka udało im się wyzwolić Bredę, stolicę
holenderskiej Brabancji, i uratować jej mieszkańców przed piekłem walk w
mieście.
"Źródłem najgłębszej wdzięczności, okazywanej od pierwszego dnia po dziś
dzień, wybuchającej wciąż tym samym płomieniem entuzjazmu dla żołnierza
polskiego w każdą rocznicę wyzwolenia miasta – stał się fakt, że Breda nie
poniosła prawie żadnych strat w mieszkańcach i budynkach w czasie bitwy –
wspominał po latach gen. Maczek. – Od pierwszego dnia zdali sobie mieszkańcy
sprawę z tego, jak by wyglądało ich miasto, gdyby to nie polska dywizja, lecz
główne natarcie sprzymierzonych, dysponujące tak wielką potęgą ognia – stoczyło
bitwę o Bredę. Zbyt wiele było naokoło gruzów i zgliszcz kwitnących przedtem
miast i osiedli holenderskich. Wielu żołnierzy dywizji znalazło tu najlepszych
przyjaciół, wielu znajdzie wkrótce dom i rodziny".
Burmistrz miasta tonącego w biało-czerwonych flagach na cześć polskich
żołnierzy powiedział, witając wyzwolicieli: "Uczucie wielkiej ulgi przerwało
wszystkie tamy i ludność szalała z radości lub płakała z wdzięczności. Nie
zapomnimy tego nigdy". Generał Maczek zwrócił się do swoich żołnierzy: "Gdy
ukończony został zwycięsko jeszcze jeden fragment naszych walk na drodze do
Polski, macie pełne prawo przyjąć te objawy wdzięczności i uznania ze strony
tych, którym się przysłużyliście (…). Łączy nas żałoba naszych matek i żon po
mężach i synach skatowanych przez Niemców. Płaćcie sercem za serce. Niosąc
wolność innym narodom, stajecie się ambasadorami polskości i naszej sprawy".
Postanowienia konferencji jałtańskiej pozbawiające Polskę i inne kraje Europy
Środkowo-Wschodniej suwerenności i oddające je w sferę władzy sowieckiej spadły
na Polaków potężnym ciosem. Rozpacz, rozgoryczenie, zawód, utrata Ojczyzny.
Sowiety zabrać miały przecież Kresy Wschodnie, gdzie wielu żołnierzy Maczka
pozostawiło domy. Alianci nie byli pewni, czy w tej sytuacji dywizję należy
wysyłać na front.
"Kwiaty rzucone rękoma losu"
"Po Jałcie nasz – zdawałoby się pewny – marsz z Normandii przez pokonane
Niemcy do Polski został zachwiany – powiedział Maczek w jednym z wywiadów. –
Wrażenie było przygnębiające, ale nie musiałem robić ankiety wśród swoich
żołnierzy – co dalej? Odpowiedź była tylko jedna: będziemy bić się nadal – za
zburzoną Warszawę, za Oświęcim, za Dachau".
W kwietniu 1945 r. dywizja ruszyła na wschód. Na niemieckim pograniczu
żołnierze Maczka przeżyli chwilę trudną, ale i wzruszającą. Wjechali do obozu
jenieckiego Oberlangen, gdzie z baraków wybiegać zaczęły kobiety wołające do
nich po polsku – uczestniczki Powstania Warszawskiego, pierwsze w historii
kobiety-jeńcy. Było ich ponad tysiąc siedemset i kilkoro niemowląt. "Jeśli za
trudy i straty polskiej dywizji pancernej należały się jakieś kwiaty, rzucone
serdeczną ręką, to tymi kwiatami rzuconymi rękoma losu było uwolnienie tego
obozu" – wspominał Maczek.
Niemcy patrzą na polski mundur
Z początkiem maja 1945 r. dywizja dotarła do bazy niemieckiej Marynarki
Wojennej w Wilhelmshaven, gdzie generał przyjął kapitulację dowództwa twierdzy i
rozkazał wywiesić biało-czerwoną flagę na znak polskiej okupacji miasta. Moment,
w którym Niemcy dowiedzieli się, że tereny nad rzeką Ems znajdą się pod
administracją 1. Dywizji Pancernej, utkwił generałowi głęboko w pamięci: "Miałem
wziąć udział w akcie dyktowania warunków wojennych na odcinku 2. korpusu
kanadyjskiego (…). Weszło 6 oficerów niemieckich (…). Twarze ściągnięte i
surowe, poza maską tą mogło się kryć wszystko i nic".
Kiedy próbowali zabrać głos, przerwał im zdecydowanym tonem dowódca II
Korpusu Kanadyjskiego gen. Guy Simonds. "Nie przyszliście tu, by pertraktować z
nami – macie tylko wysłuchać warunków bezwarunkowego poddania się – powiedział.
– Prędko straciłem wątek tego, co mówił, bo myśl uleciała daleko w przestrzeń, o
kilka lat wstecz. Z nieprzezwyciężoną natarczywością nasunął mi się obraz gen.
Kutrzeby z płk. Pragłowskim przy poddaniu Warszawy w 1939 roku. Czy to nie
rewanż za tamtą tragiczną chwilę" – wspominał gen. Maczek. "Tymczasem gen.
Simonds przeszedł do rozkazów wykonawczych zajęcia terenu przez jednostki
korpusu: "2. dywizja piechoty kanadyjskiej – teren nad Wezerą, 4. dywizja
pancerna kanadyjska – na zachód. Pierw-sza Pol-ska dywizja pancerna (czy mi się
tylko zdaje, że gen. Simonds skanduje wolno i wyraźnie i rozmyślnie każde
słowo)… Wilhelmshaven". Po raz pierwszy przez twarze stojących wciąż na
baczność oficerów niemieckich przeszedł jakby skurcz, oczy Niemców, przedtem
mnie unikających, zwróciły się na mgnienie oka na mnie, na mój polski mundur".
Maczków z makiem w herbie
I wtedy nastąpił dla gen. Maczka oraz jego pancerniaków czas wytchnienia,
spędzony na maleńkim skrawku Polski – niemieckim miasteczku Haren nad rzeką Ems.
Tam właśnie zorganizowano przejściowe schronienie dla jeńców wyzwolonych z
niemieckich obozów jenieckich i koncentracyjnych, także Polek z Oberlangen oraz
innych powstańców z Warszawy, byłych robotników przymusowych wywiezionych do
Niemiec, a także żołnierzy, którzy nie mieli dokąd wracać. 19 maja 1945 r.
żołnierze 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka przenieśli wszystkich Niemców do
okolicznych miast.
Swoje miejsce w miasteczku znalazło pięć tysięcy Polaków. Decyzję o powstaniu
polskiej enklawy zaakceptował brytyjski zarząd wojenny z marszałkiem Bernardem
Montgomerym na czele. W czerwcu 1945 r. gen. Tadeusz Komorowski "Bór" nadał
miejscowości nazwę Maczków, wybrano też polskiego burmistrza, powstały szkoły,
przedszkola i parafia, w której odbyło się 289 ślubów. Ulice ochrzczono polskimi
nazwami: Armii Krajowej, Legionów, Jagiellońska, Lwowska, Wileńska, Mickiewicza.
Herb miasta miał w środku kwiat maku, a nad tarczą umieszczono hełm i skrzydło
husarskie jako znak 1. Dywizji Pancernej.
Zwycięzca spod Falaise za barem
Po wojnie gen. Maczek zamieszkał w Edynburgu w Szkocji. "Nie było mi łatwo
nie wracać [do kraju], ale wielu spośród nas nie miało dokąd wracać. Większość z
nich została właśnie tu i dlatego moja rodzina osiedliła się z nimi" – napisał.
Zwycięzca spod Falaise, pozbawiony przez komunistyczne władze obywatelstwa
polskiego w 1946 r., dostawał od rządu brytyjskiego emeryturę tak skromną, że
musiał zostać sprzedawcą, a później barmanem. W 1961 r. wydał wspomnienia "Od
podwody do czołga", które mogły ukazać się w Polsce dopiero w 1990 roku.
Nie brał intensywnego udziału w życiu polskiej emigracji w Londynie, ponieważ
uważał się przede wszystkim za żołnierza, a nie polityka. Przez wiele lat pełnił
funkcję Kanclerza Kapituły Orderu Virtuti Militari. Stanisław Maczek żył blisko
103 lata, zmarł w 1994 roku. Zgodnie z życzeniem pochowany został obok swoich
żołnierzy w Bredzie.
Niestety, pamięć o nim w Holandii nie jest tak żywa, jak zwykło się w Polsce
powtarzać. Wielu wykształconych mieszkańców Niderlandów nie zna ani nazwiska
gen. Maczka, ani dziejów wyzwolenia własnego kraju spod okupacji niemieckiej.
Taki właśnie jest skutek rugowania od lat historii ze szkół w państwach Zachodu.
Może warto sobie to uświadomić, zanim Polska – zapatrzona w Unię Europejską –
pogrąży się w tej samej chorobie niepamięci?
Anna Zechenter
Autorka pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej, Oddział w Krakowie.
