Nikomu niczego nie udowadniam
Rozmowa z Robertem Syczem, najbardziej utytułowanym polskim
wioślarzem
Pojedzie Pan na igrzyska do Londynu?
– Na chwilę obecną nie. Nie wystąpiłem bowiem, z powodu zdrowotnej przypadłości,
w ubiegłorocznych mistrzostwach świata, które były jednocześnie olimpijską
kwalifikacją. Moje miejsce, obok Mariusza Stańczuka, zajął Miłosz Jankowski i
niestety zajęli 12. miejsce. Awans na igrzyska zapewniało sobie 11 najlepszych
osad. Na razie zatem nie tylko ja, ale w ogóle polska dwójka podwójna wagi
lekkiej nie jest pewna startu w stolicy Anglii. W maju w Lucernie odbędą się
regaty – kwalifikacje ostatniej szansy, z których do Londynu pojadą dwie łódki.
W przeszłości zdarzało się, że musiał Pan walczyć w Lucernie, by za
kilka miesięcy zdobyć olimpijskie złoto…
– Walczyłem dokładnie dwukrotnie, z Tomkiem Kucharskim. Za pierwszym razem, w
2000 roku, wygraliśmy, a potem faktycznie stanęliśmy na najwyższym stopniu
podium w Sydney. W 2008 roku nam się już nie powiodło i do Pekinu nie
pojechaliśmy. Teraz, uprzedzę pytanie, nie jestem jednak wcale pewien, czy w
ogóle do Lucerny się wybiorę. Muszę najpierw wygrać wewnętrzne kwalifikacje, a
jeszcze wcześniej zbudować osadę. Wszystko rozstrzygnie się na regatach w
Poznaniu 28 i 29 kwietnia.
Myśli Pan o nich z optymizmem?
– Tak, ale nie będę oszukiwał: znajduję się w dość nietypowej i trudnej
sytuacji. Nie zostałem objęty szkoleniem Polskiego Związku Towarzystw
Wioślarskich, gdyż nie byłem powoływany do kadry przez trenera prowadzącego wagę
lekką. Pracuję zatem w domu, zajęcia odbywam w klubie, zimą, przykładowo, na
własny koszt pojechałem na zgrupowanie wysokogórskie do Livigno. Wiara góry
przenosi, a ja cały czas mocno wierzę, że karta się jeszcze odwróci. Inaczej bym
już nie trenował, nie inwestował czasu i środków finansowych.
W ubiegłym roku, podczas mistrzostw w Bledzie, wydawało się, że będzie
musiał Pan powiedzieć pas.
– Po szeregu badań okazało się, że nie ma żadnych powikłań i mogę dalej uprawiać
sport. A co było przyczyną problemu? Moim zdaniem, udar cieplny, czyli
przegrzanie organizmu. W Polsce było wówczas chłodno, a gdy przybyliśmy do
Bledu, okazało się, że panują tam temperatury o 15, a nawet 20 stopni wyższe.
Zasłabłem podczas treningu tuż przed ważeniem, gdy w bardzo grubym ubraniu
zbijałem ostatnie gramy, by zmieścić się w limicie. Na szczęście była to tylko
chwilowa przypadłość, po trzech tygodniach znów mogłem normalnie funkcjonować i
trenować.
Dziś z Pana zdrowiem jest wszystko w porządku? Bled był przecież tylko
jednym z kilku problemów, z którymi musiał się Pan zmierzyć w ostatnich latach.
– Pracuję nad tym zdrowiem cały czas. Niestety, mój trening bywa przerywany
chorobami, często borykam się z zapaleniem zatok, a to bardzo nieprzyjemna
dolegliwość. W ten sposób płacę za wiele lat treningu i może zbyt swobodne
podejście do swojego ciała. Nie znaczy to oczywiście, że prowadziłem niesportowy
tryb życia lub robiłem coś, czego teraz powinienem się wstydzić. Nie. Mam na
myśli tylko to, że nie do końca szanowałem zdrowie. Młodość rządzi się swoimi
prawami, gdy człowiek jest silny, sprawny, gdy wygrywa, nie myśli o tym, że może
złapać kontuzję, przemęczyć się, tylko cały czas trenuje, niezależnie od tego,
czy dobrze się czuje, czy jest chory, przeziębiony itd. Przyświeca mu jeden cel:
być najlepszym, trafić na szczyt. Odbywa się to często, niestety, dużym kosztem,
a rachunek przychodzi po latach.
Teoretycznie mógłby Pan już odcinać kupony od sławy i sukcesów.
Dwukrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz świata to przecież sportowa
instytucja, a tymczasem wciąż, uparcie, walczy Pan o powrót na szczyt, i to od
lat. Zapytam wprost: dlaczego Panu się jeszcze chce?
– Bo jestem uparty, jak pan to trafnie ujął. Mam ambicję i tym rozpędem,
przyzwyczajeniem brnę naprzód. Każdy dzień to walka, przygotowania do sezonu,
który – mam nadzieję – okaże się lepszy od poprzedniego. Każdy dzień jest jakimś
krokiem do tego, by być lepszym. Kiedyś postanowiłem sobie, że niezależnie od
wszystkiego do 40. roku życia będę czynnie uprawiał wioślarstwo, walczył,
rozpychał się łokciami. Nie po to, by komuś coś udowodnić, tylko dla samego
siebie, dla własnej przyjemności. Może to komuś wydaje się dziwne, może ktoś
uważa, że dawno powinienem przejść na emeryturę. Niejeden raz słyszałem takie
opinie, nawet wypowiadane prosto w twarz. Sportowcy często kończą kariery, gdy
przestają odnosić sukcesy, i doskonale to rozumiem. Tyle że ja nadal kocham
wioślarstwo, kocham smak rywalizacji i czuję, że nie powiedziałem jeszcze
ostatniego słowa. Oczywiście mój organizm nie jest taki, jak kiedyś, mam swój
wiek, nie daję rady trenować tak intensywnie i mocno, dłużej się regeneruję, ale
mam jeszcze siły na to, by próbować zrealizować swe marzenia.
Od ostatniego Pana medalu wielkiej imprezy minęło sporo czasu, prawie
siedem lat.
– Zgadza się…
Zakładał Pan, że powrotna droga na szczyt może być tak stroma i
wyboista?
– Kiedyś faktycznie miałem inne wyobrażenie. Medale przychodziły mi – i
oczywiście Tomkowi, bo stanowiliśmy team – łatwo i wtedy sądziliśmy, że nadal
tak będzie. Myślałem też, że jak się nam noga powinie, to przestanę pływać i
zmienię swoje życie. Minęły lata, sukcesów zabrakło, a ja wciąż na tę wodę
wracam, haruję, wkładam serce i zdrowie i cały czas mam nadzieję, że zdołam
jeszcze coś wywalczyć. Z takim nastawieniem każdego roku rozpoczynam
przygotowania. Poza tym w każdym sezonie są mistrzostwa Polski, na których
zdobywam medale.
A przy okazji wioślarstwo to dyscyplina, która uczy pokory. Mistrzem jest się w
niej tylko do zakończenia danego sezonu, potem trzeba na nowo na wszystko
zapracować. Jeśli ktoś pomyśli, że coś mu się należy, od razu przegrywa. Zresztą
ja nigdy nie uważałem siebie za specjalnie utalentowanego zawodnika, nigdy nie
uważałem siebie za mistrza. Pracowałem uczciwie, miałem trochę szczęścia. Tyle.
Były takie momenty, w których żałował Pan, że nie poszedł w ślady
Tomasza Kucharskiego?
– Były. Zazwyczaj po wielkich rozczarowaniach, czy to wynikami, czy spotkaniami
z ludźmi, którzy zawodnikom zawdzięczali praktycznie wszystko, a potem
przestawali ich poznawać. Może to nie zabrzmi najpiękniej, ale kiedy sportowiec
jest kurą znoszącą złote jajka, wszyscy do niego lgną, klepią po plecach,
licząc, że z jego splendoru troszkę sobie uszczkną. A kiedy to się zmienia,
zawodnik przestaje przynosić profity, przegrywa, większość tych osób odwraca się
do niego plecami. Takich sytuacji doświadczam coraz więcej i to jest szalenie
przykre. Wtedy myślę sobie, że Tomek dobrze zrobił, ułożył sobie spokojnie
życie. Staram się jednak jak najszybciej o tym zapomnieć i walczyć dalej.
Co Pan czuje, gdy widzi swoje olimpijskie złota?
– Powinienem odpowiedzieć: przyjemność – bo w karierze sportowca nie ma niczego
piękniejszego od olimpiady i wartościowszego od zdobytego na niej złota. Tak
czułem przed laty, może w przyszłości będzie podobnie. Teraz jednak radość
ustąpiła miejsca goryczy. Odkąd przestałem przywozić medale albo przestałem być
na nie nadzieją, straciłem gdzieś ludzi sprzyjających mi w sporcie. Prawdziwych
przyjaciół, którzy cały czas we mnie wierzą i mi pomagają, mógłbym policzyć na
palcach i to chyba tylko jednej ręki.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
Robert Sycz jest jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. W
wioślarskiej dwójce podwójnej wagi lekkiej, razem z Tomaszem Kucharskim, zdobył
po dwa złote medale olimpijskie (Sydney, Ateny) i mistrzostw świata oraz trzy
srebrne krążki mistrzostw globu. Na tej imprezie, z Pawłem Rańdą, wywalczył też
brąz.
