Nie płaczą po Gibale

Łukasz Gibała opuścił PO, ale na razie wątpliwe, żeby spowodowało to
głębszy rozłam w Platformie. Wolta może być za to wykorzystana przez Donalda
Tuska jako pretekst do jeszcze silniejszego skrętu partii w lewo – co zresztą
już można dostrzec.

Dla postronnego obserwatora politycznych wydarzeń przejście posła Łukasza
Gibały do Ruchu Palikota może wyglądać niczym małe trzęsienie ziemi. Gibała to
przecież siostrzeniec ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, więc zmiana
barw politycznych akurat przez niego mogłaby być potraktowana niczym zdrada
rodziny. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, bo jak tłumaczą sami politycy PO,
Gibała na pewno nie był zaliczany do tzw. skrzydła konserwatystów, którego jedną
z twarzy jest jego wuj. Zresztą Gibała sam niedawno złożył deklarację, że buduje
w Platformie nurt liberalny. Miał on być powrotem do korzeni ideowych Platformy.
Teraz, już jako poseł Ruchu Palikota, Gibała powtarza to samo. – Platforma
odeszła od idei, które leżały u jej podstaw – tłumaczył swoje zerwanie z
macierzystą partią.

Ale nasi rozmówcy z PO twierdzą, że to tylko gra, gdyż rozbrat z PO był już
dawno przesądzony. Rozprawę z Gibałą, który przecież do samego końca był szefem
miejskich struktur Platformy w Krakowie, szykował od dawna poseł Ireneusz Raś,
wpływowa persona w małopolskiej PO. – Było tylko kwestią czasu, kiedy Łukasz
Gibała zostanie wyrzucony z naszej partii. Teraz ludzie Rasia mówią, że miało
się to stać jeszcze przed 20 marca, chociaż bardziej prawdopodobne było, że ta
sprawa przeciągnęłaby się na kwiecień, już po Świętach Wielkanocnych – mówi
"Naszemu Dziennikowi" poseł PO. – Być może mielibyśmy cały serial pt.
"Upokarzanie posła Gibały", bo wyrzucony byłby na mocy decyzji władz lokalnych,
potem odwołałby się do władz krajowych. Łukasz chciał tego uniknąć i stąd jego
decyzja – dodaje poseł.

Inny nasz rozmówca wskazuje, że nie tylko Ireneusz Raś i inni posłowie, ale
także sam Donald Tusk byli dobrze zorientowani w konszachtach Gibały z Januszem
Palikotem, więc jego odejście dla nikogo z nich nie było niespodzianką. Co
więcej, Tusk miał wręcz nakazać swoim współpracownikom podjęcie takich działań,
aby przyspieszyć odejście posła Gibały z Platformy. Po prostu im dłużej trwałaby
ta sprawa, tym większe mogła przynieść szkody premierowi. Dlatego siostrzeniec
Gowina był sekowany i dawano mu do zrozumienia, że niedługo zostanie rozliczony
i zapewne wyrzucony z partii i klubu. – Pokładałem spore nadzieje w budowaniu
liberalnej frakcji. Miałem nawet ochotę do tego zespołu przystąpić, ale jak się
zorientowałem, że Łukasz szybciej wyleci z PO, niż tu coś zbuduje, to mój
entuzjazm szybko osłabł – zdradza młody parlamentarzysta z Platformy
Obywatelskiej.

Raś kontra Gibała

Skąd jednak wzięła się taka wzajemna niechęć między Gibałą a Rasiem? Ich
konflikt był niejako personifikacją ostrych sporów w krakowskiej i małopolskiej
PO. Partyjni koledzy przypominają, że bardzo ambitny Gibała jeszcze w
poprzedniej kadencji zadarł z partyjnymi notablami, co o mało nie skończyło się
usunięciem go z listy kandydatów do Sejmu. Młody poseł znalazł się w końcu na
bardzo odległym, bo 19. miejscu, a to i tak tylko dzięki interwencji Grzegorza
Schetyny. Z tym że jego konkurenci z PO nie docenili pomysłów Gibały i
pieniędzy, jakimi dysponował. Poseł pochodzi bowiem z bardzo zamożnej rodziny,
jego ojciec ma dużą firmę handlową. Nic więc dziwnego, że o wydatkach młodego
Gibały na kampanię wyborczą krążą do tej pory legendy, a sztab wyborczy PO w
Małopolsce szacował, że nieposłuszny poseł miał wydać na różne akcje jeszcze
przed startem kampanii wyborczej i na samą kampanię nawet 1 mln zł, podczas gdy
PO wyznaczyła mu limit wydatków w wysokości 1,5 tys. zł (!). Gibała mandat
zdobył bez kłopotów i to wywołało wściekłość partyjnej góry. Sam zainteresowany
twierdził, że wydał dużo mniej przed wyborami, niż podawano do publicznej
wiadomości. Przyznał, że przekroczył partyjny limit, ale prawa i reguł
finansowania kampanii nie złamał, bo "pozbierał" limity od kandydatów Platformy
z innych regionów Polski, którzy nie byli w stanie wydać tylu pieniędzy, ile im
pozwolono. Ale Ireneusz Raś mówił, że Gibała dostał zakaz "zbierania limitów",
tak więc dopuścił się co najmniej niesubordynacji.

Karkołomne tłumaczenia wzmogły tylko wściekłość rywali Gibały. Padały wręcz
oskarżenia, że Łukasz Gibała i krakowska PO sabotowali kampanię partii w
Małopolsce, bo grali tylko na swojego lidera. I od czasu wyborów ponawiane były
żądania "rozliczenia Gibały", co nic dobrego dla niego nie zapowiadało. –
Dlatego los Łukasza był przesądzony, nie wiadomo było tylko, kiedy polityczna
gilotyna zostanie wprawiona w ruch – mówi jeden z posłów PO.

Lewą marsz!

Oficjalnie nikt w Platformie po Gibale nie płacze. Irytację części
parlamentarzystów wzbudzają żale ich kolegi, który zarzuca swojej byłej partii
odejście od idei, które budowały Platformę. Gibała twierdzi nawet, że proponował
swoim szefom "powrót do korzeni", jednak oni jego propozycję odrzucili. Wygląda
teraz na to, że dla Gibały to Ruch Palikota jest ugrupowaniem, które ma wcielać
w życie dawne ideały PO. Ale transfer siostrzeńca, jak się okazuje, nie był
zaskoczeniem dla Jarosława Gowina. – Ze smutkiem obserwowałem ewolucję jego
poglądów – stwierdził minister sprawiedliwości, mając na myśli np. poparcie
Gibały dla hasła budowania "świeckiego państwa", co w przypadku Ruchu Palikota
oznacza podnoszenie najbardziej antychrześcijańskich i antyklerykalnych haseł. –
I pomyśleć, że Łukasz brał ślub w katedrze wawelskiej. Długo wydawał mi się
bliski ideowo wujowi – mówi kolega Gibały z ław poselskich.
Rafał Grupiński, szef klubu PO czy Grzegorz Schetyna z żalem mówią o wolcie
swojego młodego kolegi. Grupiński podkreśla, że Gibała niemal do ostatniej
chwili zapewniał go, że nie opuści PO. – Informację o odejściu dostałem SMS-em.
Poseł Gibała zachował się skrajnie nielojalnie – ocenia Grupiński. – Zdziwiła
mnie ta decyzja, trudno mi ją zaakceptować – stwierdził z kolei Schetyna.
Większość parlamentarzystów Platformy przekonuje jednak, że to dla partii żadna
strata, a Gibała jest politykiem chorobliwie ambitnym i chce coś znaczyć.
Ponieważ w PO nie miał szans na karierę, poszedł do Palikota. – Poseł Gibała był
zawsze nastawiony na swoją karierę – surowo ocenia go Grupiński. – Nie pasował
do Platformy – dodaje Małgorzata Kidawa-Błońska, wiceprzewodnicząca klubu PO.
Najostrzej byłego już klubowego kolegę ocenił poseł Paweł Olszewski. – To
człowiek wybitnie cyniczny, o olbrzymiej ambicji, ale niewielkich
umiejętnościach. Nie mógł sobie znaleźć miejsca w Platformie – stwierdził. I
podkreślił, że nie żałuje, że Gibały już nie ma w PO.

To idzie postęp

Co prawda i Łukasz Gibała, i Janusz Palikot twierdzą, że spodziewają się
kolejnych transferów z Platformy, ale w partii Tuska mało kto wierzy w to, że
możliwa jest jakaś secesja. Poseł Michał Jaros, szef zespołu ds. gospodarki
rynkowej, który założył Gibała, twierdzi, że nikt z tego grona nie opuści
Platformy. Tak samo wydaje się, że PO nie jest przestraszona tym, że przewaga
koalicji PO – PSL nad opozycją zmalała do ośmiu głosów (PO ma teraz 206 posłów,
a PSL – 28, a więc razem 234 posłów). Bo przecież do niedawna Platforma miała
205 posłów, niewiele więc się zmieniło. – Problemem byłoby, gdyby Gibała
przeszedł do PiS czy Solidarnej Polski. Wtedy rzeczywiście straty polityczne i
wizerunkowe naszej partii byłyby duże. A Ruch Palikota jest i tak jedną nogą w
koalicji, bo przecież w wielu głosowaniach już nas wspierał i dalej będzie to
robił – zauważa senator PO. – Premier o większość nie musi się martwić – dodaje
jego klubowy kolega.
Za to inny nasz rozmówca obawia się, że casus Gibały posłuży Tuskowi do
ostatecznego rozprawienia się z tzw. konserwatystami. To prawda, że on sam do
tej grupy nie należał, ale wystarczą rodzinne powiązania z Gowinem.
Tuskowi zależy na osłabieniu tej i tak rachitycznej frakcji, żeby łatwiej było w
partii przeforsować takie projekty, jak ustawa o in vitro czy o związkach
partnerskich. Premier kibicuje w kwestii in vitro nie Gowinowi, a Małgorzacie
Kidawie-Błońskiej i to jej projekt, otwierający szeroko drzwi do finansowania
sztucznego zapłodnienia z budżetu państwa, ma być podstawą dalszych prac w
parlamencie. Z dużą energią są też prowadzone prace w klubie PO nad projektem
ustawy o związkach partnerskich, który ma doprowadzić choćby do legalizowania
układów homoseksualnych. – Tusk nigdy nie był jako polityk przywiązany do
Kościoła, łatwiej więc jest mu uderzać w antyklerykalne tony. Dlatego rzucił
hasło likwidacji Funduszu Kościelnego i nieraz jeszcze będzie puszczał oko do
lewicy, że chce się dobrać do majątku Kościoła – mówi inny senator Platformy.

– Mamy taki proces rozmiękczania, jaki dokonał się w zachodnioeuropejskiej
chadecji, która zaakceptowała w wielu krajach hasła "postępu". I Tusk liczy na
to, że w Platformie będzie tak samo i część obecnej "partyjnej prawicy" porzuci
resztę konserwatywnych haseł, także pod wpływem kampanii medialnych, i
przestanie być wewnętrzną opozycją. Zresztą u nas już od dawna ten nurt
konserwatywny słabnie i bardziej stał się grupą ludzi mających grupowe interesy
polityczne niż walczących z lewicą w PO – tłumaczy senator.

Jego zdaniem, Tuskowi nie odpowiada obecny model relacji państwo – Kościół i
z chęcią już dawno by go zmienił. Premier jest zwolennikiem modelu
obowiązującego na Zachodzie, gdzie Kościół już od dawna nie jest poważnym
partnerem dla strony państwowej, a sprawy wiary zredukowano do sfery prywatnej.
– Premier testuje biskupów. Jeśli łatwo mu pójdzie z likwidacją Funduszu
Kościelnego, odczyta to jako słabość polskiego Kościoła i wtedy łatwiej mu
będzie zdecydować się na inne lewicowe czy wręcz z ducha lewackie projekty
społeczne. Wie, że większość kierownictwa partii podziela jego zapatrywania –
mówi polityk z władz krajowych Platformy Obywatelskiej.

 

Krzysztof Losz

drukuj