W służbie chlamydii

"Zima wasza, wiosna nasza"… W środę ulicami Warszawy przeszła
manifestacja zwolenników Prawa i Sprawiedliwości przeciwko rządowi premiera
Donalda Tuska. Nieomylny to znak, że zbliża się wiosna, którą zapowiadają
zresztą i inne zwiastuny: gałązki wierzby zmieniają kolor, a gawrony uwijają się
wokół nowych gniazd. Tylko patrzeć, jak przylecą inne ptaki, a na manifestacje
wyjdą pozostałe ugrupowania opozycyjne. Taka to ci już nowa, świecka tradycja.
Wszystko jednak wskazuje, że najważniejszym wydarzeniem nadchodzącej wiosny i
początku tegorocznego lata nie będą ani manifestacje opozycji przeciwko koalicji
rządowej, ani koalicji rządowej przeciwko opozycji, tylko Euro 2012.

Ten turniej piłkarski z dawna zapowiadały szczególne znaki i poprzedzały
kosztowne przygotowania. Na przykład ukraińskie gazety podały, że Ukraina wydała
na tegoroczne Euro 42 mld hrywien, czyli ok. 18 mld złotych. Ile na Euro 2012
wydała Polska – tego dokładnie nie wiadomo, chociaż tu i ówdzie przebąkuje się o
90 mld złotych. Z samego złotego kurzu, jaki powstaje przy przeliczaniu takich
pieniędzy, można powykrawać niezłe fortuny i pozakładać mnóstwo starych rodzin,
a cóż dopiero ze zwyczajowego jednego procentu? Pewnie dlatego nie słyszałem, by
którykolwiek z Umiłowanych Przywódców protestował przeciwko tej rozrzutności.
Tymczasem przeciwko wydatkom państwa na Kościół, a ściślej – na wynagrodzenia
dla nauczycieli religii, subwencje dla katolickich uczelni czy uposażenie
kapelanów służb mundurowych, protestowały nie tylko grupy rozwydrzonych kobiet,
cadykowie z "Gazety Wyborczej", dziwnie osobliwa trzódka biłgorajskiego filozofa
i pani Senyszyn, która, nawiasem mówiąc, od lat doi Rzeczpospolitą pod
pretekstem przychylania nam nieba. Być może wszyscy jakoś popodłączali się do
spółdzielni, no, a niezależnie od tego pewnie wiedzą, że Euro 2012 pozostaje
źrenicą oka bezpieczniackich watah, które tradycyjnie "opiekują się" u nas
sportem i na czas igrzysk pewnie przeprowadzą zawieszenie broni w toczonej od
ubiegłego roku wojnie na górze. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze – po co tu
wojować, kiedy znacznie rozsądniej jest się dogadać przy podziale łupów? Bo taki
właśnie ukryty cel ma to całe Euro 2012. Oczywiście nie trzeba o tym głośno
mówić, ponieważ głośno to można mówić o szlachetnej sportowej rywalizacji, na
kanwie której obrotni ludzie chałtu… to znaczy, pardon – oczywiście ludzie
kultury, to znaczy – pracownicy przemysłu rozrywkowego, przygotowują widowiska,
tak zwane circenses. Ale próżno wierzgać przeciwko ościeniowi; tak było w
starożytnym Rzymie i tak jest za demokracji.

Więc tylko na marginesie sygnalizuję publikację, z której wynika, że ludzkość
przegrywa walkę z chlamydią – bakterią wywołującą chorobę weneryczną. Jaki to ma
związek z Euro 2012? Ano taki, że – jak zaznacza autor publikacji – na te
igrzyska przyjadą kibice, a za nimi nadciągną prostytutki z całej Europy, a
nawet pozostałych kontynentów, w następstwie czego dorodne bakterie chlamydii
będą krążyć nad stadionami i w ogóle – w powietrzu, jak chrabąszcze. To
pokazuje, że erotyczna strona Euro 2012 jest co najmniej tak samo ważna jak
aspekt sportowy. Nawet ważniejsza – bo poza sportowymi dziennikarzami, którzy
takie rzeczy muszą wiedzieć ze względów zawodowych, już po miesiącu mało kto
będzie pamiętał, kto tam komu strzelił gola – bo i tak nic przecież z tego nie
wynika. Natomiast nie da się ukryć, że zarówno Ukraina, jak i Polska ogromnym
wysiłkiem finansowym stworzą znakomite warunki rozwoju chlamydii. Wygląda na to,
że tak naprawdę to wszystko dla niej – bo piłkarze, kibice i prostytutki wyjadą,
a chlamydia już u nas zostanie.

Stanisław Michalkiewicz

drukuj