Wygaszona HEAD w Afganistanie

Czy latając do Afganistanu, prezydent, premier, minister obrony łamią
procedury HEAD? Sposób docierania VIP-ów do zamkniętych baz wojskowych jest
problematyczny. Tym bardziej że rząd pozbawił państwo samolotów
długodystansowych.

– Skoro loty z VIP-ami mogą odbywać się na lotniska czynne, to istnieje
prawdopodobieństwo, że ta zasada łamana jest do dziś przy okazji wizyt polityków
w bazach wojskowych w Afganistanie – wskazują piloci, z którymi rozmawiał "Nasz
Dziennik".

– Jeśli dochodzi do sytuacji, że samolot z VIP-em ląduje na lotnisku
zamkniętym, to nie jest to zgodne z procedurą HEAD. W tej sytuacji powielany
jest schemat z kwietnia 2010 roku – twierdzą nasi rozmówcy. Ich zdaniem,
wątpliwości budzi też obsługa polskich delegacji przez statki powietrzne
sojuszników. Chodzi o sprawdzenie zakresu przygotowania takiego środka
transportu pod kątem sprawności technicznej. W procedurze HEAD, stosowanej w
specpułku, samolot był sprawny albo nie, a najmniejsza usterka eliminowała
maszynę z lotu z VIP-em. – Czy tego rodzaju obostrzenia są zachowywane przy
wizytach w Afganistanie? Czy też może okaże się, że katastrofa w Smoleńsku
niczego nas nie nauczyła? – pytają lotnicy.

Warto tu przypomnieć chociażby podróż Bogdana Klicha, który poleciał do
Afganistanu wyczarterowanym samolotem Boeing 737. Maszyna lądowała na lotnisku
Termez w Uzbekistanie. Stąd do Bagram ministra zabrała specjalnie podstawiona z
Krakowa CASA C-295M. Kolejnego dnia minister przeleciał z Bagram do bazy w
Ghazni na pokładzie śmigłowca Black Hawk, a osoby towarzyszące – transportowym
CH-47 Chinook. Potem cała delegacja na pokładach dwóch polskich Mi-17 udała się
do odległej o 20 km bazy Four Corners.

– Czy ktoś spytał, czy sojusznicy spełniają warunki wykonywania lotów HEAD?
Czy wiadomo, na jakiej zasadzie takie loty są wykonywane? – pytają piloci.

– Mam wątpliwości, czy przy okazji tak sztukowanych logistycznie wizyt normy
bezpieczeństwa są zachowywane. Ponadto liczenie na sojuszników w tym zakresie to
takie żebractwo. W jakim świetle stawia nas taka sytuacja? Co o nas myślą
Niemcy, Amerykanie? Niestety, w lotnictwie dla VIP-ów nic się nie wydarzyło, a
wszystko dzieje się od przypadku do przypadku – podnosi Dariusz Seliga (PiS),
członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Loty do Smoleńska z 7 i 10 kwietnia 2010 roku nie powinny w ogóle się odbyć,
bo nie można było lądować na zamkniętym lotnisku – uznała Najwyższa Izba
Kontroli, wzmacniając w zasadzie przekaz komisji Jerzego Millera i unikając jak
ognia wskazania konkretnych osób odpowiedzialnych za organizację dwa lata temu
wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych
– czyli Radosław Sikorski – już na etapie jej planowania i uzgodnień
dyplomatycznych powinno wykluczyć lotnisko Siewiernyj.

NIK zaprezentowała własną ocenę sposobu organizacji wyjazdów najważniejszych
osób w państwie, korzystających z lotnictwa transportowego Sił Zbrojnych RP w
latach 2005-2010. Jak uznano, funkcjonujący system zasadniczo nie zapewniał
należytego poziomu bezpieczeństwa, bo brakowało spójnych procedur. A te
istniejące nie były właściwie realizowane. Błędy popełniali wszyscy – począwszy
od dysponującej flotą kancelarii premiera, poprzez jednostki zamawiające loty,
MON, DSP, specpułk, po BOR, MSWiA i MSZ. NIK też popełniła sporo błędów. Już na
pierwszej stronie swojego raportu myli Komisję Badania Wypadków Lotniczych
Lotnictwa Państwowego z Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych.

W ocenie kontrolerów NIK, loty 7 i 10 kwietnia 2010 r. z Warszawy na lotnisko
Smoleńsk Siewiernyj odbyły się niezgodnie z procedurami, bo "obowiązująca w
kontrolowanym okresie instrukcja organizacji lotów statków powietrznych o
statusie HEAD [wcześniej, do czerwca 2009 r. oznaczonych symbolem "WAŻNY"]
zezwalała startować i lądować samolotom tylko na lotniskach czynnych". Lotnisko
Siewiernyj w kwietniu 2010 r. do takich nie należało. W tej sytuacji z VIP-ami
mogły tam lądować jedynie śmigłowce, po uprzednim rekonesansie ze strony
wykonawcy lotu. Fakt, że Siewiernyj był zamknięty, powodował też to, że w obiegu
międzynarodowym brakowało informacji meteorologicznych z tego obiektu.

Kto powinien zareagować? Tu jest problem, bo NIK zabrakło odwagi, by
precyzyjnie wskazać odpowiedzialnego. Izba woli dyplomatycznie wskazywać na
"procedury". I choć resort spraw zagranicznych posiadał "stosowne instrukcje,
procedury i zbiór dobrych praktyk w zakresie przygotowywania wizyt
najważniejszych osób w państwie", to w niektórych procedurach występowały luki.

Uzyskiwanie zezwoleń dyplomatycznych na przeloty i lądowania nie było przez
MSZ skutecznie monitorowane. Przed lotem prezydenta do Smoleńska w kwietniu 2010
r. o zgodę dyplomatyczną na przelot i lądowanie wystąpiło nie MSZ, ale szefostwo
Służby Ruchu Lotniczego Sił Zbrojnych RP, podpisując wniosek, bez formalnej
podstawy prawnej, jako Protokół Dyplomatyczny MSZ. Nonszalancja urzędników była
tak wielka, że przed wizytą z 10 kwietnia 2010 r. informacja na temat zgody
dyplomatycznej dotyczącej przelotu i lądowania została przekazana Ambasadzie RP
w Moskwie przez rosyjskie MSZ telefonicznie. A później również telefonicznie do
MSZ w Warszawie. Co więcej, 10 kwietnia, gdy samolot z prezydentem RP na
pokładzie wylatywał z Warszawy, nikt z polskich urzędników nie był w posiadaniu
zgody dyplomatycznej (w formie pisemnej noty) na przelot i lądowanie. Do tego
MSZ uzupełniło procedury uzyskiwania zgody na przelot i lądowanie na kwietniową
wizytę… w sierpniu 2010 roku.

Nie ma lotniska, nie ma kontroli

Kontrolerzy ustalili również, że BOR nie sporządzało rzetelnie analiz
zagrożenia ochranianych osób, zajmujących kierownicze stanowiska w państwie, a
to utrudniało zaplanowanie ich ochrony. Nie stworzono spójnego systemu procedur.
Występowały istotne braki w systemie nadzoru nad realizacją działań. W ramach
rekonesansów przed wizytami 7 i 10 kwietnia 2010 r. funkcjonariusze BOR nie
dokonali sprawdzenia stanu lotniska w Smoleńsku, bo nie przewidywały tego
procedury Biura (w stosunku do lotnisk nieczynnych przepisy w ogóle nie
opisywały postępowania w przypadku lotnisk tymczasowo czynnych) – zauważyła
Izba.

W efekcie żaden z podmiotów uczestniczących w rekonesansie nie zwrócił się do
polskich służb dyplomatycznych z wnioskiem o umożliwienie lustracji stanu
lotniska Siewiernyj. BOR pogodziło się też z sytuacją, że zajmie się tylko
ochroną premiera i prezydenta, a całość zabezpieczenia lotniska w Smoleńsku i
ochrona samolotu oddane zostaną stronie rosyjskiej.

Minister spraw wewnętrznych Jerzy Miller nie nadzorował prawidłowo BOR w
zakresie zapewnienia bezpieczeństwa ochranianym osobom.

Rząd akceptował bałagan

W ocenie NIK, za bałagan przy organizacji przewozu VIP-ów odpowiadał brak
spójnego systemu procedur, który utrudniał współpracę między poszczególnymi
instytucjami uczestniczącymi w przygotowaniu i realizacji wizyt. Instytucje to
nie miały bowiem precyzyjnie wyznaczonych zadań, zasad współpracy ani też
zakresów odpowiedzialności. – W praktyce prowadziło to do stosowania różnych
rozwiązań w oparciu o uznaniowość, improwizację i odmienne interpretowanie
niespójnych i nieprecyzyjnych przepisów – uznała NIK.

W praktyce koordynator (czyli kolejni szefowie KPRM) zamiast przesyłać
zamówienie do wykonawców lotu (w sposób opisany m.in. w instrukcji HEAD),
ograniczał się często do przesyłania wykonawcom kopii zawiadomień
(zapotrzebowań) nadesłanych od dysponentów, nawet w sytuacji, gdy były one
niekompletne. Koordynator nawet nie podejmował prób uzupełnienia tych danych.

Izba wskazała też na problemy w specpułku. To m.in. braki kadrowe, brak
szkoleń na symulatorach, lotów szkolnych w trudnych warunkach oraz konieczność
przedkładania obsługi lotów VIP nad zadania szkoleniowe. Nadmiar zadań, niedobór
sprzętu i kadr powodował, że załogi były zbyt obciążone pracą. Ani MON, ani
kolejne rządy nie wypracowały spójnej koncepcji organizowania transportu
lotniczego dla najważniejszych osób w państwie.

Piloci: Realizowaliśmy zamówienia

Piloci wojskowi, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", wskazują, że ustalenia
Izby potwierdzają, iż w zakresie przygotowania wizyt VIP-ów błędy popełniono na
najwyższym poziomie. Nie zgadzają się jednak z konkluzją Izby, że to specpułk
powinien zwrócić uwagę dysponentowi, iż do Smoleńska lecieć nie można. – Skoro
instrukcja HEAD mówiła, że lot na lotniska nieczynne nie powinien się odbyć, to
ci, którzy zaczęli planować taki lot, wysłali zapotrzebowanie dla specpułku,
powinni znać tę instrukcję. Czy w tej sytuacji można uznać, że MSZ jest
"czyste"? Przecież cała procedura rozpoczyna się od spotkań naszych
przedstawicieli z MSZ z władzą miejscową – mówi doświadczony pilot, były dowódca
na Tu-154M.

Zgodnie z instrukcją HEAD lotnisko Siewiernyj nie powinno być brane pod uwagę
na etapie planowania wizyty w Katyniu. – Mimo to w jakiś sposób pozyskano claris,
karty podejścia. Przecież lot by się nie odbył, gdyby tego wszystkiego nie
wysłano do pułku – dodaje.

Czy wytłumaczeniem dla działań strony polskiej może być fakt czasowego
otwarcia Siewiernego? – Rosjanie na swoje potrzeby mogli zrobić wszystko, także
czasowo uruchomić lotnisko. Wówczas mogą sobie przyjmować Putina, Miedwiediewa,
kogokolwiek chcą. Ale nam nasze przepisy nie pozwalają na wysłanie tam VIP-ów –
dodaje. Wykluczających się zapisów można znaleźć więcej. To np. narzucenie przez
Rosjan obecności lidera w sytuacji, w której polskie przepisy zabraniają
zabierania do kabiny "obcych". – W mojej ocenie, strona polska nie powinna
zaakceptować Siewiernego już na szczeblach najwyższych, tam gdzie rozpoczęto
proces uzgadniania szczegółów wizyty. To na etapie prac dyplomacji popełniony
został błąd, który potem był powielany przez kolejne komórki – dodaje nasz
rozmówca.

Inny pilot specpułku podnosi, że nikt nie określił, w jaki sposób po stronie
rosyjskiej rozwiązana zostanie kwestia czasowego uruchomienia lotniska. – Faktem
jest, że za zgodą władz rosyjskich lotnisko zostało uruchomione na uroczystości,
choć wcześniej nie działało. Ono zostało otwarte na te loty. Na podstawie jakich
dokumentów zostało udostępnione? Przecież były zgody dyplomatyczne na przelot,
lądowanie. Gdyby lotnisko było nieczynne, nie otrzymalibyśmy zgody – dodaje.

W ocenie byłych pilotów specpułku, NIK nie do końca zrozumiała problem
szkoleń na symulatorach Tu-154M, które nie zakończyły się w 2008 roku, jak
sugeruje Izba, ale w 1997 roku. – NIK nie rozumie, co to znaczy być szkolonym na
symulatorze. Te urządzenia, które znajdują się w Rosji, nie są symulatorami. To
tylko kabiny treningowe, które według najnowszej nomenklatury tak naprawdę nie
zakwalifikowałyby się do żadnej kategorii – usłyszeliśmy.

Zdaniem pilotów, opisując sposób obsługi VIP-ów, nie można też pominąć faktu,
że problem z obsługą VIP-ów polegał na tym, iż politycy często zmieniali swoje
plany. A priorytetem nie były godziny przygotowanych lotów, ale potrzeby
polityków. – Jako lotnictwo państwowe mieliśmy określone godziny przelotów. Było
to niestandardowe przemieszczanie się, które wymagało specjalnych procedur. Ale
nikt z VIP-ów nie uznawał, że priorytetem jest czas wylotu. Dysponenci
podchodzili do tego lekceważąco i uważano, że zasady nagina się do ich potrzeb –
usłyszeliśmy.

Dokumentacja dla śledczych

W ocenie Janusza Wojciechowskiego, byłego prezesa NIK, raport wskazuje na
istotne elementy mające bezpośredni związek z katastrofą. To m.in. brak
pisemnych uzgodnień dyplomatycznych na przelot i lądowanie czy brak sprawdzenia
lotniska przez BOR. W jego opinii, z raportu NIK nie wynika, by w latach
2005-2010 wysłano jakiś samolot z VIP-em na "kartoflisko". – To stało się w
kwietniu 2010 roku, za rządów Donalda Tuska. Zatem stawianie na jednej
płaszczyźnie ogólnych systemowych zaniedbań i konkretnych błędów związanych z
katastrofą jest nieuprawnione – zauważył.

Marcin Austyn

drukuj