Bez historii ani rusz
Kilkuletnia praktyka dydaktyczna w zakresie nauczania przedmiotów
politologicznych i historycznych skłania mnie do podzielenia się pewnymi
istotnymi obserwacjami odnośnie do zasobu wiedzy historycznej, z jaką młodzież
trafia na studia. Z roku na rok jest ona coraz bardziej zubożona i
fragmentaryczna. Przyczyna tego stanu rzeczy, moim zdaniem, ma charakter
systemowy.
Należę do pokolenia osób, które swoją ścieżkę edukacyjną przeszły w "starym
systemie", tzw. dwustopniowym, czyli opartym na ośmioklasowej szkole podstawowej
i (akurat w moim przypadku) czteroklasowym liceum ogólnokształcącym. W szkole
podstawowej historia jako wydzielony przedmiot była nauczana od czwartej aż do
ósmej klasy włącznie. Przez pięć kolejnych lat wędrowało się przez poszczególne
epoki historyczne, od dziejów najdawniejszych po II wojnę światową. Natomiast w
szkole średniej przedmiot ten miałem właściwie przez trzy i pół roku, również
poczynając od epok najdawniejszych, a na II wojnie światowej kończąc. Ostatnie
półrocze czwartej klasy liceum poświęcone było na powtórzenie i utrwalenie
materiału z tej racji, że wybrałem historię jako przedmiot maturalny. Przedmiot
ten – w wymiarze dwóch godzin lekcyjnych w tygodniu – zawsze był nauczany w
podziale dychotomicznym: na historię powszechną i historię Polski. Taki układ
przedmiotu miał sens, gdyż pozwalał na wytworzenie całościowego obrazu dziejów
świata oraz przyswojenie najważniejszych wydarzeń historycznych, a o to przecież
w szkole powinno chodzić.
Istniał wszakże jeden istotny minus starego systemu szkolnego w kontekście
nauczania historii. Ani w szkole podstawowej, ani w średniej nauczyciele nie
zdołali (lub nie chcieli) wyjść ponad II wojnę światową. Niemniej to wszystko
stanowiło dobrą podstawę, którą można było dalej rozwinąć, dzięki
specjalistycznym studiom humanistycznym oraz samodzielnym zainteresowaniom, w
szczególności historią najnowszą i obserwacją wydarzeń bieżących.
Szkodliwa reforma
Aktualnie, będąc dydaktykiem i pracując jako wykładowca w Wyższej Szkole
Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, mam okazję nauczać osoby, które w
zdecydowanej większości są "dziećmi" reformy edukacyjnej z 1998 roku. Odtąd na
standardową drogę edukacyjną młodego Polaka składają się: sześć lat szkoły
podstawowej, trzy lata gimnazjum i trzy lata liceum ogólnokształcącego. Nie
odnoszę się do innych przedmiotów, lecz w kontekście nauczania historii reformę
edukacyjną uważam za błąd. Wieloletnie zamieszanie związane z brakiem wizji i
pomysłu na tenże przedmiot spowodowało, iż na każdym z trzech kolejnych poziomów
za każdym razem edukacja historyczna rozpoczynała się od starożytności, aż do…
no właśnie, różnie z tym bywało. Taki sposób nauczania jest całkowicie
pozbawiony sensu. Nie da się bowiem logicznie i całościowo przedstawić spójnej
wizji dziejów Polski i świata, gdy co kilka lat od początku rozpoczyna się
narrację. A już zupełnym nieporozumieniem jest historia na etapie szkoły
średniej, która ze względu na możliwości nastolatka powinna być dość
szczegółowa. A tymczasem prowadzona jest przez okres zaledwie dwóch i pół roku
(gdyż ostatnie pół roku trzeciej klasy to czas rekapitulacji przedmaturalnej).
Zdecydowanie nie sprzyja to odpowiednio wysokiemu poziomowi wiedzy. Dodatkowym
elementem w negatywny sposób wpływającym na jakość nauczania historii jest
widoczna ostatnimi czasy swoista "moda" tworzenia gimnazjów i liceów o często
"egzotycznych" profilach nauczania, np. menedżerskim, komputerowym, turystycznym
itp. Efekt jest taki, iż dodatkowo powoduje to zmniejszenie liczby godzin
historii kosztem innych przedmiotów.
Skutki są opłakane. Młodzież trafiająca na studia z nowego systemu edukacji
posiada wręcz żenująco niski poziom wiedzy historycznej. Nie zna często
podstawowych wydarzeń historycznych, nie potrafi skojarzyć zasadniczych faktów.
Obce są jej choćby tzw. polskie przełomy, czyli wydarzenia z lat 1956, 1968,
1970, 1980, 1981, 1989.
Siłą rzeczy braki w nauczaniu historii muszą być na bieżąco korygowane w
codziennym procesie dydaktycznym. Proces ten musi się odbywać – i odbywa się –
nie tylko w ramach specjalistycznych przedmiotów, takich jak najnowsza historia
powszechna czy najnowsza historia Polski. Wiem z własnego doświadczenia, ale i z
rozmów prowadzonych z innymi wykładowcami pracującymi na uczelni, że konieczne
jest wplatanie zagadnień historycznych oraz tych z zakresu wiedzy o
społeczeństwie w ramy nauczania innych przedmiotów, szczególnie tych o
charakterze ogólnopolitologicznym. Kuriozalna jest zwłaszcza sytuacja, w której
największe braki młodzież rozpoczynająca studia wykazuje w materii wydarzeń
dwudziestowiecznych. Dotyczy to w szczególności historii Polski po 1945 roku, a
także historii powszechnej po II wojnie światowej.
Konieczne dygresje
Prowadząc wiele lat zajęcia z przedmiotu współczesne systemy polityczne i
organizacje międzynarodowe współczesnego świata, doszedłem do przekonania, że
niezbędnym warunkiem poprzedzającym analizę szczegółowego tematu
politologicznego jest dokonanie wstępu historycznego odnośnie do najnowszej
historii państw lub regionów związanych z danym zagadnieniem. Dla przykładu,
przystępując do analizy regionalnej organizacji międzynarodowej NAFTA
(Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu), z powodzeniem można pokusić się
o zarys relacji pomiędzy państwami członkowskimi (to jest: Kanadą, Stanami
Zjednoczonymi Ameryki i Meksykiem). Albowiem siłą rzeczy historia tychże państw
w największym stopniu ma odniesienie regionalne i jest ze sobą nierozerwalnie
związana. Podobnie ma się sprawa przy okazji analizy systemów politycznych
poszczególnych państw (Wielkiej Brytanii, Niemieckiej Republiki Federalnej,
Szwajcarii, Federacji Rosyjskiej, Rzeczypospolitej Polskiej itp.). W naturalny
sposób tematy te można poprzedzić rekapitulacją poświęconą najnowszej historii
tychże państw. Taka kilkunastominutowa rozmowa nauczająca, poprzedzająca
zasadniczą część zajęć, pozwala przede wszystkim zorientować się odnośnie do
stopnia wiedzy studentów w danym temacie, a po drugie, daje możliwość
przekazania w tym czasie całkiem dużej dawki faktów historycznych.
Dlatego zachęcam wszystkich, nie tylko nauczycieli akademickich, do mówienia
o historii w różnych sytuacjach. Często bowiem takie nietypowe połączenie daje
zaskakujące rezultaty. Można obudzić pośród młodego pokolenia dodatkowe
zainteresowania i dołożyć kolejną cegiełkę wiedzy – nie tylko teoretycznej.
Stara prawda bowiem mówi, że "historia jest nauczycielką życia".
Dr Przemysław Wójtowicz
wykładowca w WSKSiM
