Liberałów kłopoty z wolnością
Platforma Obywatelska od początku swojego istnienia była określana jako
partia liberalna, a w nieco odważniejszych definicjach nawet jako partia
liberalno-konserwatywna. Najważniejsi ludzie w PO – obecny premier Donald Tusk,
były premier Jan Krzysztof Bielecki, komisarz unijny Janusz Lewandowski –
rozpoczynali swoje polityczne zaangażowanie w Kongresie
Liberalno-Demokratycznym. Premier Tusk na zakończenie swojego pierwszego exposé
w 2007 r., przytaczając słowa Cypriana Norwida, mówił: "Wolni ludzie – tworzyć
czas!". A jednak rządy sprawowane przez PO od 2007 roku stały się na naszych
oczach kolejną egzemplifikacją znanej od niemal dwustu lat prawidłowości
mówiącej o tym, że im dłużej liberałowie są u władzy, tym słabsze gwarancje dla
podstawowych swobód obywatelskich.
Wolność oznacza "kontrola"
Na przykład dla wolności badań naukowych. Napisanie "niesłusznej" pracy
magisterskiej o Lechu Wałęsie skończyło się, jak wiemy, utratą pracy przez jej
autora oraz zapowiedzią ministerialnej kontroli na Uniwersytecie Jagiellońskim
pod kątem "jakości prac magisterskich".
Znacznie ograniczono pod rządami PO nieskrępowany dostęp obywateli do
informacji dotyczących działalności instytucji publicznych. Przeforsowana przez
PO ustawa z 2011 roku na mocy tzw. poprawki Rockiego czyni ów dostęp zależnym od
widzimisię urzędników.
Sądząc po znacznym wzroście od 2007 roku liczby osób, którym zakładane są
podsłuchy, również prywatność obywateli pod rządami "partii miłości" jest
narażona na szwank. Podobny charakter miały kolejne przymiarki platformerskiego
rządu do kontrolowania internetu. Ostatnio nagłośniona mocno sprawa
międzynarodowej umowy ACTA jest tutaj przykładem typowym, choć nie jedynym.
Zamachem na prywatność jest przygotowywana przez ministerstwo edukacji – jeszcze
za urzędowania Katarzyny Hall – ogólnokrajowa komputerowa baza danych o
uczniach. Zamachem na wolność rodziców była próba przeforsowania przez
platformerski rząd arbitralnej decyzji o wysyłaniu do szkół wszystkich
sześciolatków.
Dlaczego liberałom trudno przyzwyczaić się do tego, że obywatele mają prawo
korzystać z niezbywalnych wolności; do tego na przykład, że katolicy mają prawo
oglądać katolicką Telewizję Trwam w technologii cyfrowej? Najkrócej można to
wyjaśnić tym, że będący u władzy liberałowie traktują wolność jako towar
reglamentowany, przeznaczony dla "określonego odbiorcy". Grono wolnych ludzi,
którym oprócz czasu przeznaczono na ich twórczość również rządowe dotacje, jest
– jak wiemy po polityce grantowej ministerstwa kultury – dość wąskie i wyraźnie
określone. Dawne dictum Saint-Juste´a (jednego z przywódców francuskich
jakobinów, autorów polityki terroru w okresie rewolucji francuskiej) o tym, że
"nie ma wolności dla wrogów wolności", pozostaje ciągle w mocy.
Kryterium zaś, wedle którego dokonuje się podziału na to, kto jest, a kto nie
jest "wrogiem wolności" – jest ideologia. Dzisiaj ideologią jest postpolityka
sprowadzająca się do tezy, że wszystkie "zdobycze" kulturowej i politycznej
lewicy są nieodwracalne i powinny być podstawowym składnikiem kodu kulturowego w
XXI wieku. Bo tak chce nowoczesność i postęp. Postęp zaś – lub "rządy cnoty" jak
mówili jakobini – należy wprowadzać żelazną ręką państwa, a ci, którzy tego nie
rozumieją, są właśnie "wrogami wolności". Za tym kryło się mentorstwo wszystkich
"przyjaciół ludu", którzy uważali (i niektórzy uważają do dzisiaj), że oni
wiedzą lepiej, ile wolności, kiedy i jakiej grupie obywateli przysługuje.
Parafrazując klasyka, w miarę budowy "ustroju wolności", wolności jest coraz
mniej.
"Nie ma wolności dla wrogów wolności"
Pierwszym przykładem była rewolucja francuska, gdy ostrzem gilotyny
zaprowadzano "rządy cnoty", a ogniem i mieczem "kolumn piekielnych" karano tych
Francuzów (np. chłopów wandejskich), którzy we właściwym czasie nie rozpoznali
"mądrości etapu". Ludobójstwo popełnione w Wandei w opętanych russoistyczną
ideologią umysłach jakobińskich sekciarzy miało właśnie służyć sprawie wolności,
bo masowo likwidowano przecież "wrogów wolności".
Na początku XIX wieku rozpoczął się na kontynencie europejskim (na Wyspach
Brytyjskich miał on miejsce wcześniej) proces kształtowania się liberalnych
ruchów politycznych. Niektórzy historycy twierdzą, że lokalna (krajowa)
specyfika poszczególnych ugrupowań liberalnych wyklucza możliwość mówienia w XIX
wieku o jednolitym, europejskim liberalizmie. Jednak pewien fenomen pozostawał
wspólny: nieufność wobec pozostawiania obywatelom zbyt wielu swobód i wolności,
zwłaszcza w obliczu zaostrzającej się walki o postęp i kulturę. W czasach
rozpętywanych lub – jak w Niemczech bismarckowskich – aprobowanych przez
liberałów kolejnych antykatolickich "wojen o kulturę" możemy zaobserwować
zderzenie między pragnieniem wolności wielu obywateli, którzy domagali się
swobody obioru drogi życia zakonnego lub posyłania swoich dzieci do szkół
katolickich, z ideologicznie motywowaną i uzasadnianą matrycą postępu i
nowoczesności. Do prokrustowego łoża wolności w wydaniu liberalnym nie pasowało
wielu zwykłych obywateli, którzy naiwnie myśleli, że wolność polega na swobodzie
czynienia dobra, a nie na bezwzględnym torowaniu drogi "postępowi" i "wyższej
kulturze".
W ten sposób rządzący liberałowie nie tracili jednak nic ze swojej werwy w
wymyślaniu kolejnych propagandowych haseł mających przykryć wspomnianą
rzeczywistość. Jedna z pierwszych odsłon w ogólnoeuropejskim cyklu "wojen o
kulturę" nastąpiła w Piemoncie w latach pięćdziesiątych XIX wieku. Emilio Cavour
– liberalny premier tego kraju, który w niedługim czasie doprowadził do
politycznego zjednoczenia Półwyspu Apenińskiego, ukuł hasło: "Wolny Kościół w
wolnym państwie". Powoływali się na nie jako na dowód swoich dobrych intencji
liberałowie po obu stronach Alp.
Nie przeszkodziło to temu samemu Cavourowi patronować polityce państwowej
wymierzonej w Kościół. Piemoncki "wolny Kościół" został więc w latach
pięćdziesiątych XIX wieku pozbawiony swoich majątków i prawa do nauczania w
szkołach publicznych (finansowanych przecież z podatków katolickich obywateli),
zakony zostały wygnane, a ci hierarchowie Kościoła, którzy ośmielili się
krytykować ową "wolnościową" politykę liberalnego rządu, szli na wygnanie (taki
los spotkał na przykład arcybiskupa Turynu).
Aby uzasadnić, że taka antykatolicka polityka nie tylko nie jest sprzeczna,
ale stanowi wypełnienie zapowiedzi o "wolnym Kościele w wolnym państwie",
piemonccy liberałowie dokonywali prawdziwej ekwilibrystyki umysłowej.
Przekonywali więc, że katolickie zakony nie są "kolektywną reprezentacją
indywidualnych i naturalnych praw", są "tworem prawa cywilnego", tak więc ich
wygnanie i skonfiskowanie ich majątków nie jest żadną ingerencją państwa w
autonomię Kościoła i wolność ludzi wierzących.
Ci ostatni jednak zupełnie inaczej postrzegali realizację swojej wolności,
niż wmawiali im to usłużni wobec liberalnej władzy prawnicy i publicyści. W 1854
roku piemoncki parlament został zalany petycjami w obronie zakonów. W ciągu
dwunastu miesięcy zebrano ok. 100 tysięcy podpisów osób protestujących przeciw
temu zamachowi liberałów na wolność. Dla porównania: w wyborach, które wyłoniły
parlament skutecznie forsujący antykatolickie ustawodawstwo, brało udział 54
tysiące wyborców z 91 tysięcy uprawnionych do głosowania (wysoki cenzus
majątkowy).
Zdrowy rozsądek i przyzwoitość zachował Gustavo Cavour – brat premiera
Piemontu i jeden z deputowanych liberalnej frakcji w parlamencie Piemontu –
który w 1855 roku stwierdził, że postawa jego kolegów (i brata) nie ma nic
wspólnego z "prawdziwym liberalizmem", co raczej z "księżofobią". Istotnie.
Argument nienawiści i pogardy zawsze pozostawał na podorędziu, by zagłuszyć
zdrowy rozsądek i przejść do porządku dziennego nad licznymi głosami protestu
zwykłych obywateli. Oni nie mogą mieć racji, bo przecież – jak autorytatywnie
orzekał premier Emilio Cavour – katolickie klasztory to "źródło ignorancji,
przesądów i biedy".
Wolność oznacza "inwigilacja"
Gdy III Republika Francuska odgórnie narzucała społeczeństwu politykę
laicyzacyjną, najczęściej okrzyk "Vive la liberte!" (Niech żyje wolność!) padał
z ust tysięcy świeckich wiernych, którzy gromadzili się na początku XX wieku
wokół klasztorów i domów zakonnych, wobec których żandarmi i wojsko
przeprowadzali egzekucję prawa zmuszającego obywateli francuskich, którzy
podjęli niegdyś wolną decyzję o obiorze zakonnej drogi życia, do opuszczenia
Francji.
Obowiązującą w laickiej republice wykładnię zasady, wedle której im mniej
wolności (dla obywateli katolików), tym jej więcej, dał premier Emile Combes.
Czas jego urzędowania w latach 1902-1905 to okres szczególnie brutalnej rozprawy
z Kościołem, w tym ze szkolnictwem katolickim (prowadzonym przez zakony). Combes,
odnosząc się do zarzutów katolickiej opozycji w parlamencie, że jego polityka
gwałci prawo obywateli do nieskrępowanego wybierania sposobu kształcenia swoich
dzieci, stwierdzał wprost: "Wolność kształcenia nie należy do tych istotnych
praw przynależnych obywatelowi. (…) Nie jest ona jedną ze swobód naturalnych
czy też koniecznych, która stanowiłaby integralną część praw obywatela. (…)
Nie ma przyczyny, dla której państwo nie mogłoby zakazać nauczania osobom
indywidualnym czy też zbiorowiskom, których doktryny oraz interesy są w
absolutnej sprzeczności z fundamentalnymi doktrynami i ogólnymi interesami, nad
którymi ono [państwo – przyp. G.K.] czuwa".
W podobnym duchu wypowiadał się jeden z liderów partii radykalnej Georges
Clemenceau (w okresie I wojny światowej słynny "stary tygrys"). Według niego,
dziecko ma przede wszystkim "prawo do przyszłej wolności", ograniczane przez
rodziców nie tylko poprzez posyłanie go do katolickiej szkoły, ale już wcześniej
w momencie chrztu, który przyszłemu premierowi Francji jawił się jako "gwałt na
nowonarodzonym". Jak podkreślał Clemenceau (podobnie jak Combes, wolnomularz),
katolicka edukacja gwałci ponadto prawo dziecka "do życia, fizycznego i
psychologicznego rozwoju".
Takim poglądom, wyrażanym przez antyklerykalny establishment w rządzie i
parlamencie, wtórowała wojująca o laickie państwo prasa. Dla niej ludowe
protesty w obronie zamykanych szkół zakonnych dały się bardzo łatwo wyjaśnić.
Jak pisała w sierpniu 1902 roku "La Fronde": "Ale mówi się nam, że to sam lud
broni "dobrych sióstr". Tak, w rzeczy samej. Interesujące jest jednak to, że
opór miał miejsce w tych regionach, gdzie lud pozostał najbardziej ignorancki i
najbardziej zacofany, właśnie dlatego, że tam panuje i tam go upokarza duch
Rzymu".
Wolność jest więc cennym dobrem, ale nie powinna być dystrybuowana po równo.
Nie powinni z niej korzystać na przykład znani ze swojego katolicyzmu
Bretończycy, ta "męczennicza ludność, żyjąca jak gdyby o tysiąc mil oddalona od
współczesnej Francji" – jak przekonywał Emil Zola, znany pisarz i wielki
zwolennik odgórnie narzucanej laicyzacji. Na kartach swoich powieści
niejednokrotnie przekonywał, że religia katolicka "panuje nad tymi ograniczonymi
umysłami siłą trwogi", a pobożność Bretończyków "przesiąknięta jest na wskroś
trwogą i pokorą; dlatego przebija w niej przygnębienie, które przypomina
przygnębienie dzikich, żyjących w obawie gromów, zawieszonych nad ich głowami".
Liberalny rząd Combesa – ma się rozumieć w trosce o większy zasób wolności
swoich obywateli – wprowadził w życie systematyczną politykę inwigilowania
francuskich obywateli. Za pośrednictwem lóż masońskich gromadzona była baza
danych na temat religijności francuskich oficerów (czy mają ślub kościelny, czy
chodzą regularnie na Mszę Świętą, czy posyłają dzieci do szkół katolickich). Ci,
którzy skażeni byli piętnem "religianctwa", nie mieli żadnych szans na awans.
Wykluczenie jako zabezpieczenie wolności
Stygmatyzowano więc całe grupy ludności, tak aby uzasadnić, że "nie dojrzały
one jeszcze do korzystania z wolności". Figura retoryczna "moherowe berety"
została użyta w XXI wieku, ale jej sens był wykorzystywany już znacznie
wcześniej. Także bowiem w niemieckiej prasie liberalnej w okresie
bismarckowskiego Kulturkampfu aż roi się od komentarzy wskazujących, że
katolicyzm to "religia niewykształconych". Na jej szczycie – jak pisała w 1873
roku liberalna "National Zeitung" – "są księża, paru książąt i szlachciców,
następnie mówcy, sofiści i cudotwórcy; większa jej część to robotnicy i chłopi".
Regularnie powracał motyw "starej kobiety", która – jak czytamy w jednym z
liberalnych periodyków z tamtego okresu – "chodziła jak koń juczny, udekorowana
czterema łańcuchami z krzyżami i medalikami maryjnymi".
Czyż więc tacy mało atrakcyjni zewnętrznie i intelektualnie (wiadomo,
"katolicka ciemnota") zasługiwali na korzystanie z wolności? Rzecz jasna, że
nie. Mogliby przecież zniszczyć w ten sposób to wielkie dobro, jakim była
utworzona pod egidą Prus Rzesza z jawnie deklarowanym antykatolicyzmem. Kult
państwa w niemieckich środowiskach liberalno-protestanckich szedł w parze z
ostrą krytyką katolicyzmu. Gdy Kulturkampf osiągał w połowie lat 70. XIX wieku
swój zenit, na ogólnoniemieckim zjeździe protestantów deklarowano: "Wszyscy
czcimy wolne państwo niemieckiego narodu jako wielkie dobro, które otrzymaliśmy
od Boga… w walce przeciw Rzymowi stoimy mocno po stronie państwa. Nie
wstydzimy się tego przywiązania do ojczyzny, ale uważamy je za nasz
chrześcijański obowiązek, ponieważ jesteśmy potomkami Lutra".
A więc liczyło się przede wszystkim państwo. Ono nie tylko może, ale ma nawet
obowiązek zaprowadzać żelazną ręką postęp i "wyższą kulturę". W 1874 roku "Deutscher
Protestantenblatt" w zenicie prześladowań Kościoła podczas bismarckowskiego
Kulturkampfu pisał: "Niech ci, którzy w swojej straszliwej mądrości uważają, że
państwo zbyt daleko poszło w podjętych przez siebie środkach przeciw hierarchii
[katolickiej], w końcu zauważą, w jakich czasach żyjemy. Przeciw wrogowi
absolutnie zdecydowanemu na wszystko nic nie można osiągnąć, odwołując się li
tylko do tej biernej tolerancji, która wzdraga się przed każdym zdecydowanym
krokiem i raczej woli wrogowi ustępować. W walce o być albo nie być tylko
posunięte do ostatecznych granic zdecydowanie i zaangażowanie wszystkich sił
może zapewnić zwycięstwo".
Stanowisko to pozostawało w całkowitej zgodzie z definicją liberalizmu podaną
w 1875 roku przez Heinricha von Sybela. Ten jeden z najwybitniejszych
przedstawicieli pruskiej szkoły historiograficznej, a jednocześnie liberalny
pisarz polityczny, stwierdzał: "Być liberałem oznacza wyzwalanie jednostki z
jarzma przesądu, nietolerancji, ze zniewolenia duchowego. Być liberałem – to w
kwestiach narodowych pilnowanie, by większość narodu nie była zniewolona przez
przesądy poszczególnych [katolickich] prowincji".
Bismarcka, Cavoura i Combesa już dawno nie ma, a ciągle znajdują się tacy,
którzy gorliwie pilnują, by obywatele "nie byli zniewoleni" przez "niesłuszne"
poglądy; którzy dbają o to, by obywatele za bardzo nie ulegli kaprysowi
wolności, który domaga się prawa rzeczywistego wyboru, a nie wyboru między
"przyjaciółmi z TVN" i "przyjaciółmi z Woronicza". Ciągle głos zdrowego rozsądku
i obywatelskiego protestu jest zagłuszany przez inwektywy i protekcjonalną
wyższość wobec "ludzi starych, słabo wykształconych z małych miast". Ci, którzy
zakazują, zawsze wiedzą lepiej.
Prof. Grzegorz Kucharczyk historyk, Polska Akademia
Nauk
