Arabska wiosna z perspektywy roku

Rewolucja w Tunezji 2011 roku zapoczątkowała ciąg wydarzeń, szumnie
określanych mianem "arabskiej wiosny" lub wręcz "arabskiej wiosny ludów".
Nastąpiły zmiany u steru władzy w Tunezji, Libii, Egipcie, perspektywicznie w
Jemenie, a w Syrii właśnie trwają walki i demonstracje. Świat powitał zmiany z
dużą sympatią, z nadzieją na większą demokratyzację i – co za tym idzie –
zwiększenie się ogólnie pojętej sfery normalności i bezpieczeństwa na świecie.
"Arabską wiosnę" często ukazywano w kategoriach idealistycznych – jako pęd do
wolności i godności. Jak już pisaliśmy, przyczyny wystąpień były w istocie
raczej ekonomiczne i wywołane zostały z jednej strony skokowo drożejącą
żywnością na rynkach światowych (a wszystkie wspomniane kraje są w większej
mierze importerami niż eksporterami artykułów żywnościowych), z drugiej zaś –
rosnącą świadomością społeczeństw na temat korupcji oraz nieudolności rządów.
Czynniki te nie musiały jednak prowadzić do nieuchronnych zmian, ponieważ
niemało krajów w świecie muzułmańskim spełnia powyższe kryteria, a nie
doprowadziło to (być może tylko na razie) do znaczących wybuchów niezadowolenia
społecznego.

Argument demokratyzacji i "pędu do wolności" jest zaś po prostu bezsensowny w
sytuacji, kiedy pozostałe kraje arabskie pozostają w sferze rządów nierzadko
dalece mniej demokratycznych niż obalone reżimy – wystarczy wspomnieć absolutne
monarchie nad Zatoką Perską, na czele z moim ulubionym przykładem
średniowiecznej w swej istocie Arabii Saudyjskiej. Jedynym chwalebnym wyjątkiem
od tej reguły pozostaje wieloetniczny i wielowyznaniowy Liban. Wprowadzoną na
obcych bagnetach tzw. demokrację iracką można bowiem między bajki włożyć, o czym
świadczyć mogą poważne niepokoje w tym kraju po wycofaniu wojsk okupacyjnych.
Można znaleźć wiele innych wspólnych mianowników "arabskiej wiosny". W tym
miejscu jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwa, które przekładają się na przyszłe
zagrożenia. Jednym jest rzesza bezrobotnej, często pozbawionej jakichkolwiek
kwalifikacji oraz perspektyw na przyszłość młodzieży; drugim zaś fakt, że jak na
warunki arabskie, mieliśmy tutaj do czynienia ze względnie świeckimi reżimami,
starającymi się, aby islam, a raczej islamizm, nie odgrywał zbyt dużej roli w
państwie. Wspomniane mianowniki niosą ze sobą następną groźbę, obejmują bowiem
szereg innych krajów (nie tylko arabskich), nad którymi wisi groźba eksportu
"arabskiej wiosny", z Algierią na czele. Poszukajmy więc jeszcze jednego
czynnika łączącego wydarzenia w interesujących nas krajach – najlepiej wiążącego
się z wyżej wymienionymi – i zza grobu dosięgnie nas szyderczy uśmiech bin
Ladena… Nie chodzi ani o niego, ani o tzw. Al-Kaidę, która w formie jednolitej
organizacji nigdy nie istniała, ale o wojujący, roszczeniowy islamizm,
wyrastający jak grzyby po deszczu wszędzie tam w świecie islamu, gdzie rządzące
od pokoleń reżimy świeckie nie zapewniły społeczeństwu zaspokojenia podstawowych
potrzeb życiowych, a muzułmańscy fundamentaliści roztaczają nad "wykluczonymi"
sielski widok utopijnego państwa sprawiedliwości społecznej, rządzonego w myśl
praw danych przez Boga. Nieistotne, że takie utopie już powstały i niczego
dobrego nie przyniosły – dość wspomnieć Afganistan talibów, kraj nader odległy
od wyobrażeń o "raju utraconym", czy Iran, zapętlony zarówno w polityce
wewnętrznej, jak i zagranicznej.

Powróćmy jednak na razie do bilansu "arabskiej wiosny": Tunezja, w której w
wyniku wyborów 2011 roku mandaty zdobywają przedstawiciele wielu partii – ale
najwięcej (89) umiarkowana partia muzułmańska An-Nahda, wysuwająca postulaty
umiarkowanej islamizacji kraju – z doświadczeń tureckich wiemy już, że
umiarkowana islamizacja po kilku latach rządów nabiera tempa. Zmiany obyczajowe
są zauważalne – coraz więcej tradycyjnie ubranych kobiet i coraz większa rola
islamu w życiu społecznym. Nie dotyka to na razie ani turystów, ani nielicznej
mniejszości chrześcijańskiej czy żydowskiej w tym kraju – podobnie jak w Turcji
islamiści zdają sobie sprawę ze znaczenia przemysłu turystycznego dla kraju.
Sytuacja ekonomiczna pogorszyła się – częściowo wskutek ograniczenia napływu
turystów niepewnych co do stabilności Tunezji.

Wszystkie niemal wskaźniki gospodarcze są gorsze niż przed zmianami. Ulica
rozczarowana wygraną/przegraną rewolucją coraz częściej wsłuchuje się w głosy
radykałów nawołujących do pogłębienia przemian, ale nie w kierunku
demokratyzacji i liberalizacji (które same w sobie stały się jakimś nowym
bożkiem dzisiejszych czasów, pomimo że nie wszędzie i nie zawsze oznaczają
polepszenie jakości życia), tylko w stronę fundamentalistycznej utopii. Libia na
razie skutecznie odwróciła opisany już przez znakomitego arabskiego prekursora
socjologii, pochodzącego z Afryki Północnej Ibn Chalduna (zm. 1406 AD) trend
historyczny (od trybalizmu i nomadyzmu do życia osiadłego państwa) i cofa się do
okresu podziałów plemiennych i frakcyjnych. Wszelkie statystyki mogą być tylko z
grubsza szacunkowe, ale sytuacja społeczno-ekonomiczna jest bardzo zła. Huczne
świętowanie rocznicy wybuchu powstania przeciwko reżimowi Kaddafiego nie
przesłoni faktu, że w kraju nie ma jednolitego kierownictwa, a realną władzę
sprawują szefowie klanów. Nie wiem, czy sytuację należy porównać raczej do
znanej polskiemu widzowi z filmu "Helikopter w ogniu" Somalii czy do
Afganistanu, w którym po przepędzeniu Sowietów dotychczasowi sojusznicy
rozpoczęli wojny – de facto – plemienne; wybór jest raczej mało zachęcający, a w
obu przypadkach skorzystała jedyna siła gwarantująca pewną spójność i stabilność
– islamiści. Jak to się ma do przedstawicieli innych religii? Większość po
prostu opuściła Libię i problem niejako sam się rozwiązał… W Egipcie obalenie
prezydenta Hosniego Mubaraka niczego nie zmieniło w systemie sprawowania rządów,
które nadal dzierży armia pomimo wybrania w 2011 roku nowego parlamentu.
Sytuacja wydaje się patowa, ponieważ armia nie chce oddać władzy w ręce
podzielonego na dziesiątki frakcji i partii parlamentu, słusznie obawiając się,
że z jednej strony oznacza to docelowe zwycięstwo obecnych w wielu ugrupowaniach
islamistów, z drugiej zaś – kontrole parlamentu nad bezkarnym dotąd i
niebotycznie skorumpowanym blokiem wojskowym. Parlament jest tak podzielony, że
nie tylko nie gwarantuje stabilnych rządów, ale daje gwarancje szybkich
powtórnych wyborów, w których przewagę osiągnąć muszą elementy demagogiczne i
radykałowie muzułmańscy. Dlaczego "muszą"? Ponieważ gospodarka zwalnia (z ok.
5-proc. wzrostu przez ostatnie lata do 1,2 proc. w 2011 r.), dług publiczny
wzrasta (z 81,4 proc. PKB w 2010 do 85,7 proc. PKB w 2011 r.), władze przejadają
na bieżąco rezerwy walutowe, aby gasić główne niepokoje społeczne, a bezrobocie
rośnie. Egipt jest niestabilny i nigdy nie wiadomo, kiedy dojdzie do kolejnych
wybuchów niezadowolenia społecznego – a tego nie lubią turyści. Bez turystów
znaczna część Egipcjan traci swoje – i tak głodowe – sezonowe zarobki, a to
budzi niezadowolenie. Frustracja przeradza się w niechęć – do "obcych",
"innych", bogatszych, rządzących. Zamożnych i rządzących dosięgnąć nie można, bo
chronią ich strzeżone dzielnice i potężne siły policyjne; podobnie "obcych",
czyli turystów, którzy stanowią ponadto jeden z filarów gospodarki. Pozostają
"inni", chrześcijańscy Koptowie, stanowiący ok. 10 proc. (oficjalnie – dane
wydają się zaniżone) ludności Egiptu – czyli ok. 9 milionów. Stanowią oni
również cel ataków muzułmańskich ekstremistów i demagogicznych kaznodziejów.
Koptowie są od niepamiętnych czasów wykorzystywani, dyskryminowani społecznie,
politycznie i ekonomicznie, ale… jakoś zaciskają zęby, zakasują rękawy i wiążą
koniec z końcem, czyniąc nawet z wysypisk śmieci pod Kairem dochodowy, a
przynajmniej pozwalający przeżyć, interes. Nie wiadomo, czy to właśnie nie
irytuje frustratów w największym stopniu. Koptowie – podobnie jak pozostali
chrześcijanie na Bliskim Wschodzie – są także wygodnym "chłopcem do bicia".
Kiedy kolejne ekscesy jakiegoś zachodniego skandalisty prowadzą do publikacji np.
karykatur proroka islamu Muhammada (w polskim piśmiennictwie bardziej znany jako
Mahomet), ekstremiści i tłum reagują bardzo żywiołowo. Autor i publikujące go
gazety siedzą sobie bezpiecznie w dalekiej Europie, ale pod ręką są Koptowie w
Egipcie, tzw. Asyryjczycy w Iraku i wielu innych. Ich domostwa płoną, oni są
masakrowani i gwałceni. Jak jest po "arabskiej wiośnie"? Gorzej. Ani wojsko, ani
skłócone siły parlamentarne nie chcą drażnić radykałów, zniżając się do obrony
tak mało znaczącej w ich mniemaniu i pogardzanej mniejszości, jak chrześcijanie.
A to już nie są pojedyncze ekscesy, lecz zorganizowane wystąpienia i masakry –
np. w niedzielę, 9 października 2011 roku, w czasie pokojowej demonstracji
mniejszości koptyjskiej w Kairze zginęło 25 osób, a ponad 300 zostało rannych.
Fatalną sytuację chrześcijan w krajach "owianych wiosną wolności" zmuszone są
dostrzec już nawet instytucje, rozpływające się dotąd nad "postępem
demokratyzacji" w świecie arabskim. Kwestię Koptów dostrzegł wreszcie Parlament
Europejski w środę, 12 października 2011 roku, w ramach posiedzenia plenarnego w
Brukseli, choć odbyło się to jedynie w kontekście debaty na temat sytuacji w
Jemenie, Bahrajnie, Syrii i Egipcie. Czekamy na rozwój sytuacji w Syrii, gdzie
chrześcijanie również stanowią liczącą ok. 10 proc. mniejszość. Ich status nie
jest tak dobry, jak w Libanie, ale nieporównywalnie lepszy niż w Egipcie,
chociaż zjawiska dyskryminacyjne także mają miejsce, a swoboda wyznania może
stanowić wzorzec dla Bliskiego Wschodu.

Na razie w mediach dostrzegamy jednostronny przekaz krwiożerczego reżimu i
demokratycznej opozycji. Niewykluczone, że demonstrantom i bojownikom uda się
obalić reżim prezydenta Baszara al-Asada, choć poparcie dla istniejącego
porządku jest spore. Obawiam się jednak, że zza rozjaśnionego uśmiechem oblicza
zwycięskiego "demokraty" wkrótce wyłoni się inna twarz i będzie to znów
szyderczy, tryumfujący uśmiech bin Ladena – uśmiech zwiastujący kolejny exodus
chrześcijan, którym islamiści – podobnie jak w "demokratycznym" Iraku – nie
pozwolą żyć…

 

Dr hab. Adam Bieniek

drukuj