Sztuka, tak jak człowiek nie może istnieć bez serca
Na motto swojej wystawy "Między sacrum a profanum" wybrał Pan słowa
bł. Jana Pawła II: "Sztuka to to, co czyni człowieka bardziej człowiekiem".
Jan Kuraciński: – Błogosławiony Jan Paweł II w czasie spotkania z artystami w
Warszawie zacytował słowa św. Brata Alberta Chmielowskiego, że "istotą sztuki
jest dusza wyrażająca się w stylu". To zdanie ma dla mnie większą głębię niż
dziesiątki książek na temat sztuki. Jan Paweł II powiedział także, że w sztuce
powinno być obecne piękno i dobro, ponieważ "piękno to widoczność dobra, a dobro
to metafizyczny warunek piękna". Nic dodać, nic ująć. Jan Paweł II to człowiek
na miarę tysiąclecia. Nie wiadomo, czy ktokolwiek mu dorówna. Zmienił on
świadomość artystów. Choć teraz znowu przybrała na sile fala postmodernizmu,
mimo to wiele osób pamięta jeszcze, co o roli sztuki mówił Ojciec Święty. Mam
głębokie przekonanie, że ani człowieka, ani sztuki nigdy nie da się do końca
uprzedmiotowić. Prędzej czy później ludzie odrzucą tego rodzaju rozumowanie.
Znakomity pianista Witold Małcużyński napisał w swoich pamiętnikach, że
najkrótszą żywotność mają utwory awangardowe. Coś w tym jest. Bywa, że ktoś chce
przykuć uwagę publiczności jakimś krzykiem czy szokiem, ale później na ogół się
z tego wyrasta. Znany kompozytor i muzyk Krzesimir Dębski opowiadał kiedyś, że
za czasów jego młodości były modne happeningi artystyczne. Happening, w którym
brał udział, polegał na tym, że siedział on okryty mokrą trawą i oddychał przez
rurkę. W pewnym momencie miał z tej trawy wyskoczyć. Właśnie ten wyskok miał
zaszokować publiczność. Powiedział, że jedynym szokiem tego happeningu okazały
się… przeziębione korzonki.
Moda na artystów, użyjmy modnego słowa – "kontrowersyjnych", chyba
jeszcze nie minęła…
– Wydaje się, że nie. Niedawno dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie wyłożyła
ogromne pieniądze na promocję awangardzistki i skandalistki Katarzyny Kozyry,
stwierdzając, że "bez niej Kraków byłby grajdołkiem".
No tak, co tam Matejko i Wyspiański, jeżeli mamy Kozyrę.
J.K.: – W Polsce mamy takich awangardzistów, że gdyby im na to pozwolić, to i
Ołtarz Wita Stwosza przerobiliby na modłę współczesną. Główny nurt we
współczesnej sztuce sprawia często wrażenie chaosu. Dotyczy to nie tylko Polski.
W latach 70. w Stanach Zjednoczonych nastąpił ogromny wysyp różnorodności w
sztuce. Dyrektor nowojorskiego Guggenheim Museum Tomasz Messer powiedział wtedy
w wywiadzie telewizyjnym, że jest tego wszystkiego już tak dużo, że nikt nawet
nie próbuje tych dzieł sztuki uporządkować według jakiegoś klucza. Dodał jednak,
że "w tym samym czasie, kiedy powstają krzykliwe wytwory pozbawione głębszego
przesłania, istnieją gdzieś artyści, którzy pracując w ciszy i skupieniu, tworzą
wartościowe dzieła". I podsumował swoją wypowiedź zdaniem, że on się o
przyszłość sztuki nie boi. Zresztą to czas weryfikuje prawdziwą wartość. Jak
powiedział Sługa Boży ks. Prymas Stefan Wyszyński: "Sztuka jest procesem
ewolucyjnym". Każda dobra rzecz wyrasta zatem z innej i daje początek kolejnej –
podobnie jak w rodzinie. Tu przypomina mi się historia Memoriału Wojny
Wietnamskiej w Waszyngtonie. Konkurs wygrała studentka architektury, która
przedstawiła mur z ciągiem nazwisk poległych żołnierzy. Ta zgeometryzowana i
oschła emocjonalnie koncepcja nienawiązująca do prawdziwej tragedii tej wojny
wywołała wielkie niezadowolenie amerykańskiego społeczeństwa. Weterani
odpowiedzieli na to, fundując obok muru normalny pomnik pamięci narodowej, gdzie
dwóch żołnierzy amerykańskich wspiera rannego kolegę. Wniosek jest taki, że
formy rzeźbiarskiej nie można uprzedmiotowić, zgeometryzować i wysuszyć z
relacji człowieka do człowieka. To ta relacja jest najważniejsza.
Pańskie prace uwidaczniają duży dystans do siebie – jedną z rzeźb
zatytułował Pan np. "Ego artysty". Ciekawą formę ma też Pana "Autoportret".
– Braliśmy ślub w Nowym Jorku. Byliśmy bardzo biedni i nie mieliśmy dosłownie
nic. Potrzebowałem zatem odpowiedniego stroju, a jak wiadomo – artysta rzadko
posiada marynarkę. Barbara zaczęła szukać kogoś, od kogo moglibyśmy pożyczyć tę
część garderoby. Osobą, która mi ją pożyczyła, okazał się ochroniarz, prawie
dwumetrowy Murzyn. W związku z tym jego marynarka sięgała mi do kolan.
Uwieczniłem to potem w "Autoportrecie". A ego, jak to ego, ciężko z nim i bez
niego.
Spędzili Państwo 25 lat w Stanach Zjednoczonych. Nowy Jork z
artystycznego punktu widzenia okazał się interesujący czy też może Państwa
rozczarował?
– Nowy Jork to niesamowite miasto, które może inspirować. Jest to tygiel
etniczny, co niewątpliwie działa na wyobraźnię artystów. Trudno jest natomiast
mówić o jego wartości duchowej. Jeden z pisarzy powiedział: "Manhattan to iluzja
nieba i prawdziwe piekło".
Jak udało się Państwu pozostać sobą w tak trudnym środowisku?
– Byłem wychowany w wierze katolickiej, bardzo wiele zawdzięczam także mojej
żonie, Barbarze. Nazywam Manhattan "ciągłą olimpiadą". Każdy jedzie tam zrobić
karierę. A wiadomo, jak to jest z karierą. "Robienie kariery" kończy się często
rozpadem małżeństwa. My z żoną mieszkaliśmy i pracowaliśmy zawsze razem, to nam
bardzo pomogło. Jedyną wartością, która nigdy nie pozwoli człowiekowi się
wykoleić, jest wiara. Wiara i patriotyzm – to są korzenie wszelkiego Dobra. Nie
znaczy to jednak, że cały mój życiorys był kryształowy. Popełniałem i nadal
popełniam błędy. Pocieszam się jednak tym, że – jak mówią Chińczycy – nieważne,
ile razy się upada, ważne, ile razy się podnosi.
Jak radzili sobie Państwo z dala od Polski?
Barbara Łojek-Kuracińska: – Stworzyliśmy ją w domu.
J.K.: – Barbara stworzyła na Manhattanie naprawdę polski dom. Choć byliśmy
otwarci na świat i tamtejszą kulturę, często organizowaliśmy w naszym domu
studio polonijne sylwestry, kolędowanie, zapraszaliśmy do organizacji
charytatywnych całą Polonię, często przyjmowaliśmy artystów z Polski, a także
naukowców, a nawet polityków. Nasza galeria była miejscem, które integrowało
Polaków na obczyźnie i gości z kraju. Tam była nasza Polska. Kiedy
przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, powiedzieliśmy sobie, że uratują nas
tylko trzy rzeczy: dyscyplina, upór i wytrzymałość.
Ale oprócz dyscypliny jest też pasja, prawda?
J.K.: – Codziennie dziękuje za nią Panu Bogu. Ta pasja jest cudowna, nie
wiem, co bym bez niej zrobił. Kiedy rano zaczynam pracę, potrafię skończyć
rzeźbić o godz. 3.00 nad ranem. Dobrze, że czuwa nade mną Barbara, nie wiem, co
by było bez niej. Bez Barbary nawet nie wiem, czy jestem głodny, czy
spragniony… Ponadto z Barbarą świetnie się rozmawia, nie wiem, jak bym
rozwijał swoją pasję bez jej komentarzy. Te rozmowy bardzo mi pomagają, bardzo
często udziela mi fachowej korekty, nasze rozmowy są niezwykle głębokie. Praca
rzeźbiarza to przecież zarówno koncept, jak i wykonawstwo. Poza tym ktoś musi
tonować moje nastroje i psychiczne niepokoje mojej duszy.
W swojej sztuce nie unika Pan tematów duchowych. Jaka np. jest
historia rzeźby św. Ojca Pio?
J.K.: – Dużo o nim rozmawialiśmy, czytaliśmy, przeżywaliśmy. Często myślałem
o jego stygmatach i widziałem je trójwymiarowo. Ojciec Pio to jeden z
największych świętych autorytetów naszych czasów.
B.Ł.-K.: – Byłam na pielgrzymce w San Giovanni Rotondo dziesięć lat temu. Tam
jest niesamowita atmosfera. Uczestniczyłam w Drodze Krzyżowej, to było coś
wspaniałego. Rozważania były bardzo głębokie. Czasem zdarzało się nam wszystkim
powiedzieć coś, o czym nawet nie wiedzieliśmy, że w nas było; to dotknięcie
prawdziwej Bożej mądrości, wrażenia niezwykłe, niezapomniane.
J.K.: – Jeśli artysta nie dąży do swoistej równowagi między sercem, umysłem i
duszą, niczego dobrego się nie stworzy. W naszych czasach ogromny nacisk kładzie
się na inteligencję, zupełnie natomiast pomija się mądrość. W Radiu Maryja
usłyszałem kiedyś wypowiedź o tym, jaka jest różnica między inteligencją a
mądrością: inteligencja bez mądrości może być kompletną głupotą, a mądrość bez
inteligencji wciąż jest mądrością.
Tymczasem w naszych czasach inteligencja – zwłaszcza pozbawiona
mądrości – bywa wynoszona na piedestał.
J.K.: – Żyjemy w ciekawych czasach. Człowiek musi być bardzo bystry, żeby
wobec tak ogromnej podaży chłamu wiedzieć, co wziąć, a co odrzucić. Żyjemy w
czasach, kiedy inteligencja jest już tak rozbudowana, że często opisy prac –
zarówno rzeźb, jak i malarstwa – są ważniejsze od ich wartości artystycznej.
Ludzie są już tak inteligentni, że o jednej plamie są w stanie pisać całe
elaboraty.
Ale nie ma w tym duszy.
J.K.: – No właśnie. A przecież to jest chyba najważniejsze. Trzeba tak
budować formę, aby niosła ona ze sobą jakiś ważny przekaz, głęboką ludzką treść.
Sztukę można uprzedmiotowić, zgeometryzować, ale ma ona wtedy wartość jedynie
teoretyczną. Tu przypomina mi się przykład znanego rzeźbiarza, prof. Jerzego
Jarnuszkiewicza, którego pracownia była bardzo awangardowa. Wiele lat później
spotkałem go w odlewni w Iłży pod Radomiem, gdzie przygotowywał piękną rzeźbę,
Pietę, nad którą pracował około siedmiu lat, z zamiarem przeznaczenia jej na
swój grobowiec rodzinny. Historia zatoczyła zatem koło.
Często zdarza się, że artyści z czasem zmieniają poglądy na to, czym
tak naprawdę jest sztuka?
J.K.: – Czas zmienia człowieka. Bez względu na to, gdzie on się rodzi,
funkcjonuje w trzech wymiarach: fizycznym, psychicznym i duchowym. Wymiar
duchowy często zaczyna odgrywać większą rolę wtedy, kiedy nadchodzi jesień
życia. Jednym z najgłośniejszych manifestów sztuki XX wieku był tzw. futuryzm.
Stworzyło go trzech Włochów: Boccioni, Marinetti i Severini. Otóż futuryści
twierdzili, że to wszystko, co zostało dotychczas stworzone w sztuce, to
"cuchnąca gangrena", że trzeba potopić biblioteki, spalić muzea i wtedy dopiero
oni zaczną robić dobrą sztukę. W końcu Boccioni zmarł w wieku trzydziestu paru
lat i on jeden pozostał wierny założeniom futuryzmu. Marinetti pod koniec życia
był faszystą, a Severini na starość uprawiał malarstwo… antyczne.
Tak kończy awangarda…
J.K.: – Znany malarz abstrakcjonista Kazimierz Malewicz podróżował po Europie i
udowadniał, że sztuka figuratywna to "cuchnąca kołdra". Tymczasem pod koniec
życia uprawiał nieudolne malarstwo figuratywne, a ostatnim jego obrazem był
autoportret w stroju renesansowym. Zaś Andy Warhol, twórca pop-artu, w domu miał
same antyki. Popularność tzw. awangardy często jest sztucznie utrzymywana.
W jakim celu?
J.K.: – Myślę, że po to, aby rozkładać wartość etyczną i moralną sztuki. Czołowy
rosyjski abstrakcjonista Wasilij Kandinsky pod koniec życia zauważył, że
najlepszą sztuką jest nie ta, która powstaje w głowie, ale ta, która wychodzi z
serca. Już Mickiewicz przypominał, że "bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy".
Sztuka współczesna zatraciła zaś całkowicie swój wymiar wertykalny – serce i
duszę, i usadowiła się jedynie na poziomie horyzontalnym. Dlatego jej żywotność
jest tak krótka, jak życie każdego z nas, albo i krótsza. Stare rzymskie
przysłowie "Ars longa, vita brevis" jest nie do przecenienia.
Dziękuję za rozmowę.
